Spotkanie dzięcioła w wielkim mieście nie jest już rzadkością. Kilka lat temu - owszem, było to trudniejsze, teraz jednak przychodzi to łatwiej. Usłyszenie charakterystycznego terkotu dzięcioła wykuwającego owady z pnia drzewa najczęściej nie prowadzi do spotkania - jest głośny i słychać go z daleka. Co innego, gdy usłyszymy nad głową charakterystyczny zaśpiew (dzięki płytom dołączonym do książki dra Andrzeja G. Kruszewicza o ptakach można go zapamiętać) - wówczas rozejrzawszy się, niechybnie gdzieś go blisko zoczymy, jak skacze po jakimś pniu. Pamiętam sprzed roku dzięcioła przy bocznej ulicy, acz w dość ruchliwej dzielnicy, jak pracowicie i systematycznie odkuwał korę z martwego pnia sporego drzewa, za nic mając sobie 15 stopni mrozu i nieodległe hałasy wielkomiejskiej arterii. I tak było i tych parę dni temu, gdy zaśpiew, a potem kilka głuchych, lecz donośnych stuknięć kazało mi podnieść głowę - i na tle szarego nieba, niecałe 100 metrów od hałaśliwej czteropasmowej ulicy zobaczyłem dzięcioła, który sprawdzał kolejne połacie kory - czy nie jest luźna, czy pod nią nie ma spróchniałego pnia, kryjącego smakowite owady. Chwilę później poleciał dalej - wydaje mi się, że zdołałem go sfotografować ponownie, już podczas inspekcji kolejnego drzewa.
865
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (11)