Ci, którzy czytali poprzedni tekst, zapewne zauważyli, że był niedokończony – a raczej zaznaczał chęć sformułowania pewnych (ograniczonych) propozycji zmian w otaczającym nas świecie. Zanim możnaby przystąpić do jakichkolwiek rozważań lub snucia mrzonek o możliwej zmianie form państwowych i społecznych, należałoby raczej najpierw zastanowić się nad tym, jakie zmiany są potrzebne, jaka materia ich wymaga, i jak długo może trwać ich wprowadzenie.
Obecna sytuacja naszego społeczeństwa i narodu w większej części wynika bezpośrednio z zaszłości okupacji niemiecko-sowieckiej i dyktatury komunistycznej. Tak, 23 lata po tzw. przełomie trwają nadal skutki społecznej, narodowej, państwowej i kulturalnej polityki dyktatury komunistycznej (a w dużej mierze także skutki ludzkie i materialne nie tylko jej samej, ale i poprzedzającej ją okupacji), a państwo i naród zmagają się nawet z postkomunistycznymi aktywami ludzkimi, co, nie łudźmy się, trwać będzie jeszcze przez wiele pokoleń. Państwo komunistyczne miało ambicję stworzenia nowego społeczeństwa i nowej jednostki, o nowej tożsamości kulturowej – i tę ambicję udało się owemu państwu spełnić. Zamierzonym elementem tej przebudowy było wykorzenienie wszelkich stosunków i więzi dających oparcie obywatelom przed wszechpotężnym państwem i utrudniających temu państwu wychowanie (a właściwie demoralizację) nowych pokoleń. Skutek tego, w najkrótszych słowach ujmując, był taki, że w 1989 r. komuniści zostawili (na krótko zresztą) nie tylko zrujnowany kraj, ale i społeczność wyalienowaną od instytucji państwa i niezdolną w dużej mierze do samodzielnego odbudowania wewnętrznych więzi. Naprzeciwko Polaków stały (i stoją do dziś) struktury państwowe, które siłą rozpędu utrzymały się i funkcjonują nadal. Struktury te, wyalienowane od narodu i społeczeństwa, na mocy najwyższych aktów prawnych pełnią teraz rolę tego narodu i społeczeństwa legitymowanego i jedynego reprezentanta i suwerena.
Takie położenie nie sprzyja niezależności – politycznej, majątkowej, kulturalnej - ani samych obywateli, ani wspólnot składających się na naród. Jak zwykle w takich wypadkach, spuścizna komunistycznej destrukcji społeczeństwa ubrała się w szatę ‘wolności’ (pojmowanej wewnętrznie sprzecznie – jako rzekomo zasadny przymus organizacji społecznej wobec jednostek i zarazem gwarantowany przez tę organizację zespół indywidualnych swobód) i za towarzyszkę przybrała sobie ‘nowoczesność’ pełniącą funkcję uzasadnienia owej ‘wolności’.
Jak wyjść z tej sytuacji? Źródłami obecnego pseudospołecznego ustroju Polski są niemiecka oraz sowiecka, a później komunistyczna przemoc, wywłaszczenie, mord. By szybko dokonać zmian, które z powodzeniem skompensowałyby i odwróciły utrwalone już skutki tyranii panującej nad nami od 1939 r., należałoby zastosować narzędzia równie radykalne. Jak wszystkim wiadomo, w 1989 r. nie wybuchła rewolucja. Skoro nie było nikogo, kto byłby w stanie powiedzieć: „By naród mógł żyć, Kapet musi umrzeć”, i skoro ani Jaruzelski, ani Kiszczak czy Rakowski nie zawiśli na szubienicy na placu Zamkowym, pozostaje nam wyłącznie możność działania z tymi narzędziami, jakie mamy w ręku. Te narzędzia to praca społeczna i edukacja – ale ich działanie zaowocuje w nieokreślonej przyszłości, prawdopodobnie za wiele dziesiątków lat. Konieczne jest zatem sformułowanie postulatów instytucjonalnych i politycznych, które uwolniłyby od państwowej kontroli i obciążeń źródła niezależnego bytu obywateli: własność i pracę, a w dalszej perspektywie przeobraziłyby obecną państwowość polską w prawdziwą republikę. Dodajmy, jest to na pewno propozycja trudna do przyjęcia dla ludzi, którzy nie dadzą rady nic zrobić za marne 12 tysięcy, lub przeraża ich wizja pracy partyjnej w Koninie (nie mówmy tu nawet o specjalistach od kręcenia lodów na szpitalach, budowy autostrad i stadionów oraz zestawiania rozkładu lotów w Excelu – ci nic by nie zrozumieli, oprócz tego, że im to się by nie spodobało).
CDN.


Komentarze
Pokaż komentarze