Zrozumienie, czym jest własność i jakie z jej posiadania wynikają obowiązki wobec wspólnoty, dużo łatwiej przychodzi doktrynerom niż komukolwiek innemu. Czemu? Prostacka odpowiedź brzmi: bo doktrynerzy zwykle rozprawiają o cudzej własności, a postulowane obowiązki wywodzące się z jej posiadania miałyby być powinnościami obróconymi ku ich interesom bądź interesom grup, które dla tych doktrynerów miałyby być zapleczem (realnym, mniemanym lub pozyskiwanym). Krótko mówiąc, niech inni pracują na nas! Na lewym skraju tej grupy ideologów znajdują się ci, którzy chcieliby wprowadzić 100% podatek spadkowy i „skończyć z dziedziczeniem” (szybko też skończyliby ze znanymi nam więziami społecznymi, a co daliby w zamian, niepodobna przewidzieć). Na drugim biegunie są ci doktrynerzy, którzy twierdzą, że własność jest ‘święta’ i nikomu nic to tego, jak i do czego ją jej właściciel wykorzystuje. Tych z kolei, według prostackiej interpretacji, najpewniej interesuje złapanie per fas et nefas swojego ogródka i źródełka zysków, i niech nikt w to się nie wtrąca, skąd, po co i na co mu to. Oczywiście jest to wyjątkowo prostacka interpretacja czyichś konstruktów umysłowo-majątkowych – ale czemu mielibyśmy się wgłębiać w ideologiczne uzasadnienia oczywistości? Te prostackie poglądy odnośnie prawa własności są nie tylko produktami chciwości i nędznych horyzontów umysłowych ich nosicieli, ale również są głęboko zredukowanymi (żeby nie powiedzieć: zepsutymi do cna) liniami rozwojowymi pewnych schematów kulturowych, które niegdyś uzasadnione, dziś funkcjonują w charakterze widm dawnych ustrojów społecznych.
W istocie posiadanie zawsze (przynajmniej w kręgu kultury indoeuropejskiej) pozostawało w ścisłym związku z obowiązkami wobec wspólnoty i jej reprezentantów. Przynależność do wspólnoty terytorialnej dawała niegdyś (bardzo, naprawdę bardzo dawno temu) wyłączny dostęp do posiadania własności w jej obrębie; barierę tę mogła przełamać jedynie przynależność do innej wspólnoty zazębiającej się ze wspólnotą terytorialną – wspólnoty rodzinnej, albo interwencja panującego, zwierzchnika i reprezentanta wszystkich wspólnot. Własność ziemi (a nieraz i dóbr ruchomych) podlegała zwierzchnim prawom wspólnoty – stąd różnego rodzaju ograniczenia i obciążenia nakładane na spadkobierców (ale i ograniczenie dziedziczenia do określonego kręgu rodzinnego oraz rektrakt, zabezpieczający prawa spadkowe wspólnoty krewniaczej), kontrola panujących (jako najwyższych zwierzchników wspólnot) nad aktami przeniesienia własności, zachowana w prawie do dzisiaj instytucja kaduka, czyli przejmowanie przez państwo (niegdyś wspólnotę) własności bez spadkobierców, etc., etc. Pamiętać należy, że własność, jak i niższe formy władania, była jednak objęta gwarancjami, których bez ciężkiego złamania zwyczaju społecznego nie można było naruszyć. Relacje określające stosunki pomiędzy własnością i jej posiadaczami a uprawnieniami wspólnoty ujęte zostały m.in. w kolejnych kodyfikacjach prawa rzymskiego, do dziś po części kształtującego euroatlantycką doktrynę prawną. Postrzymskie porządki, oparte na prawach zwyczajowych ludów indoeuropejskich, także nakładały poważne ograniczenia na posiadanie, a średniowieczne i nowożytne relacje feudalne wytworzyły nieraz skomplikowaną siatkę zależności pomiędzy przynależnością do wspólnot naturalnych (sąsiedzkich, terytorialnych, krewniaczych) i sztucznych (wspólnoty więzi lennych, stanowych, przynależności do praw miejskich) a prawem władania, posiadania i użytkowaniem własności. Co to ma do obecnych stosunków? Niegdyś własność ziemi i umiejętność jej uprawiania ściśle wiązała się z możliwością przeżycia. Przynależność do konkretnej wspólnoty (krewniaczej, sąsiedzkiej, terytorialnej) regulowała możliwości utrzymania się, tzn. uzyskiwania i niesienia pomocy członkom wspólnoty, dystrybuowała pewne uprawnienia wewnątrz niej (np. prawo do osiedlania się), itd. Prawo własności było ściśle powiązane z przynależnością do wspólnoty, z obowiązkami wobec niej i korzyściami uzyskiwanymi z przynależności do niej. Oczywiście, zawsze istniały formy pozwalające na modyfikację lub przełamanie takiego związku uprawnień i obowiązków z posiadaniem – dzięki czemu zaistniały stosunki feudalne, wielkie nadania i fundacje panujących, możliwość stałego dzierżenia własności przez instytuty kościelne (nie będące przecież wspólnotami krwi i w myśl plemiennych zasad nie uprawnione do dziedziczenia), wreszcie możność zadysponowania własnością mocą testamentu. Prawa wspólnoty wobec własności jednak były podkreślane – jak choćby poprzez narzucanie wyższych powinności „dobrom martwej ręki” (jako wyjętym spod dziedziczenia) czy obowiązku uzyskiwania osobnej, ekskluzywnej zgody na tworzenia ordynacji.
Postrewolucyjne i postindustrialne społeczeństwo rządzi się jednak zasadami, które wynikają w poważnym stopniu z zakwestionowania praw rządzących dawnymi, feudalnymi, przedrewolucyjnymi i preindustrialnymi społecznościami. Jeśli chcielibyśmy jednak zdefiniować całkiem od nowa obowiązki ciążące na posiadaczach własności i zakres korzyści, jakie mogą z niej czerpać, szybko dowiemy się, że obecna pseudowspólnota (czy raczej wspólnota przymusowa, jaką jest państwo i struktury przez nie stworzone) powołując się na bardzo stare oraz całkiem nowe konstrukcje prawne, rości sobie wielką liczbę pretensyj do prawa, które, nie wiedzieć czemu, wspomnianym wyżej doktrynerom jawi się jako przywilej indywidualny.
Katalog tych ograniczeń jest znany i z każdym dniem możnaby dopisywać do niego kolejne pozycje: najliczniejsze z nich, dotyczące własności nieruchomości, tworzy prawo budowlane i prawo spadkowe, obrót nieruchomościami (i dobrami ruchomymi) podlega coraz większemu naciskowi fiskalnemu państwa, na naszym, polskim, planie pojawia się coraz częściej perspektywa wprowadzenia podatku katastralnego, pokaźny zakres niechcianych a obowiązkowych służebności wprowadzają stare i kolejne nowe regulacje powołujące się niemal wprost na tzw. interes wspólny, a dotyczące gospodarki wodnej, leśnej, energetycznej, transportowej etc., etc. W Polsce dodatkowo dochodzi jeszcze kwestia zaszłości związanych z wywłaszczeniami dokonanymi przez dyktaturę komunistyczną, których natura jest obecnie uzasadnianiana interesem publicznym czy społecznym, z wielką szkodą dla interesów nie tylko samych wywłaszczonych, ale i całej społeczności. Zakres tych zwierzchnich uprawnień nie jest praktycznie z nikim dyskutowany (a najmniej z samymi zainteresowanymi), pod pozorem ustalania i egzekwowania ich przez legislatury i struktury wykonawcze legitymowane przecież przez demokratyczne wybory.
Tymczasem należałoby raczej zapytać, jaki byłby pożądany status własności, wziąwszy pod uwagę położenie życiowe i finansowe posiadaczy (ale i tych, którzy żadnej trwałej czy dochodowej własności nieruchomej nie mają)? Następne pytanie brzmiałoby, czy to, co obecnie jest uważane przez państwo-demiurga za interes wspólny, nie jest przypadkiem tylko wypadkową partykularnych interesów, i to interesów struktur nie przynależnych do jakiejkolwiek wspólnoty (czy to politycznej, czy to kulturowej)? Punktem wyjścia dla tych pytań jest założenie, że obecna wspólnota polityczna, w której ramach żyjemy, jest pseudowspólnotą, wspólnotą przymusową, której legitymacja wynika z doktrynalnego (tzn. apriorycznego i nierealistycznego) podejścia do demokracji i jej mechanizmów. W największym skrócie mówiąc (jest to bowiem temat na odrębny tekst), dzisiejszy ustrój sprowadza się do obserwowania demokratycznych procedur bez uwzględniania interesów wspólnoty i bez poszanowania interesów indywidualnych, z głównym propagandowym naciskiem na tzw. swobody osobiste, które w rzeczywistości są jedynie kwiatkiem do kożucha, dekoracją na coraz bardziej opresywnym ustroju prawnym. Żeby to szybko zmienić, uświadommy to sobie, konieczna byłaby rewolucja i budowa wspólnoty obywatelskiej na surowym korzeniu – albo cierpliwe formułowanie kolejnych dezyderatów i ich konsekwentne przeprowadzenie. Czy to możliwe? Hmmm. No, cóż, spróbujmy.
Własność w Polsce jest oparciem dla życia rodzinnego, dla prowadzenia przedsiębiorczości, narzędziem twórczości, zarówno na potrzeby własne posiadaczy, jak i tych, którzy z owoców tej twórczości korzystają (za Stefanem Kisielewskim zaliczając rolnictwo do pracy twórczej). Niegdysiejszy ścisły związek posiadania i uprawiania ziemi z możliwością utrzymania się przy życiu i wyżywienia innych rozluźnił się przy obecnych stosunkach – względnej wolności pracy, niezrównanie większych możliwościach rynku – ale nadal istnieje. Nikt nie zaprzeczy, że każdy, aby żyć (i dać godne podstawy życia swoim bliskim) potrzebuje mieszkania, domostwa. Prowadzenie przedsiębiorstwa również wymaga, w większości przypadków, posiadania nieruchomości. Są to kwestie elementarne, jednak nadal nie spotykają się ani z tzw. zrozumieniem społecznym, ani z akceptacją ustawodawcy, struktur państwowych i samorządowych, aparatu fiskalnego państwa, wreszcie sądownictwa. Posiadanie czegokolwiek jest dla tzw. szarego człowieka/człowieka z ulicy itd. synonimem bogactwa, a zatem bogactwa nieuprawnionego, opartego na krzywdzie, pochodzącego z przestępstwa – bo wszelkie bogactwo nie pochodzi z pracy, kosztem ciężko spłacanych pożyczek i wyrzeczeń, lecz pochodzi z kradzieży, wyzysku, oszustwa i nierządu (tak myślą zresztą o bliźnich również ci, którzy sami są posiadaczami, i to wcale nienajskromniejszymi). Mamy zatem do czynienia z oczywistą sprzecznością pomiędzy społeczną rolą własności a społecznym jej wizerunkiem, ukształtowanym przez komunistyczne bezprawie i fiskalnocentryczną doktrynę III RP. W rzeczywistości doszło również (i to dawno) do odwarstwienia obowiązków nakładanych z tytułu własności na jej posiadaczy, od rzeczywistych potrzeb wspólnoty, na rzecz której owe powinności są ustanawiane, i której owi posiadacze jakoby są członkami. Gdyby (tak, to jest to woluntarystyczne ‘gdyby’) chcieć ustalić liczbę obowiązków nałożonych na właścicieli nieruchomości, które naprawdę są bezpośrednio użyteczne dla wspólnoty, okazałoby się, że są to nieliczne ze służebności wskazanych w kodeksie cywilnym. Co więcej, ciężary nakładane na posiadaczy (i wiele innych powinności, niemajątkowego charakteru) uzasadnione są niemal wyłącznie interesami struktur urzędowych i ich potrzebami. Wynika to z ponurego mechanizmu: państwo (jako prawna i demokratycznie legitymowana struktura narodu) przejęło uprawnienia i narzędzia dyscyplinujące, jakimi wspólnoty społeczne składające się na wspólnotę polityczną i narodową dysponowały wobec swoich członków, jednocześnie ograniczając wykonywanie przez się obowiązków tychże wspólnot wobec swych uczestników do formalnych ram (czytaj: do minimum). Skutkiem tego jest rozziew pomiędzy oczekiwaniami społecznymi wobec państwa a jego możliwościami, z jednoczesnym obezwładnieniem aktywności społecznej, jedynie obowiązki członków wspólnot rosną. Zakorzenione w pamięci społecznej obowiązki posiadaczy wobec wspólnoty – umocnione zwyczajem, choć w większej mierze dobrowolne, i tworzące tkankę więzi społecznych – zostały zatem upaństwowione, a więzi, które te obowiązki budowały, zerwane. Zabieg ten spowodował, że w powszechnym odbiorze właściciel czegokolwiek ‘jest coś winien społeczeństwu’ – ale co, a zwłaszcza dlaczego, to już zazwyczaj nie wiadomo, władza (komunistyczna, ale nie tylko) bowiem dba o to, by przypadkiem nie zaczęto jej stawiać wymagań, albo żeby ktoś nie zaczął się zastanawiać, skąd czerpie ona swoje uprawnienia. Jeżeli zatem mamy przygotowywać się do jakiejkolwiek odnowy społeczeństwa czy państwa, to musimy odrzucić obecne zarówno formalnie obowiązujące zapisy powinności obciążających własność, jak i zepsute tradycyjne (a właściwie resztki tradycyjnych) poglądy mówiące o związkach własności z obowiązkami społecznymi. Podstawowym powodem, by tak uczynić, jest słabość majątkowa Polaków: zgromadzone przez nich zasoby majątkowe są zbyt płytkie, by wystarczyły na więcej niż jedno pokolenie (a pewnie i na tyle nie wystarczą). Własność nie może już dłużej być traktowana jako przywilej, jakiego wspólnota (czy raczej pseudowspólnota, tj. państwo) udziela swym członkom, w zamian żądając obowiązków i powinności, ale jako podstawa niezależnego bytu każdego obywatela, jego prawo, i narzędzie pracy i twórczości. Dopiero takie podejście umożliwi zdefiniowanie od nowa obowiązków społecznych (czyli w gruncie rzeczy moralnych), kulturalnych i politycznych każdego członka wspólnoty, bowiem podstawa definiowania wielkości owych powinności – własność właśnie – straciła poważną część swego znaczenia w sytuacji, gdy większa część społeczeństwa nią nie dysponuje, bądź dysponuje nią w nieznacznej liczbie.
Zbadanie stosunków własności w Polsce jest poważnym wyzwaniem dla socjologów i ekonomistów – cząstkowe badania na pewno istnieją, czy jednak istnieją ich syntetyczne zestawienia, które mogłyby urobić opinię publiczną i wpłynąć na jakiekolwiek decyzje o charakterze państwowym? Z braku miejsca (i czasu) pozwolę sobie na streszczenie raczej obiegowych sądów, niż szczegółowych badań (od czegóż jest bowiem Fundacja Republikańska i 12 tysięcy miesięcznie na 1 sztukę posła na Sejm RP? – nie wspominam tu o Instytucie Obywatelskim, bo na nich nawet nie warto uwagi zwracać) – z zastrzeżeniem, że to właśnie obiegowe sądy w największej mierze kształtują opinię publiczną. Co zatem się okazuje? Ludzie w Polsce posiadają zbyt mało, by móc zapewnić godny byt sobie i najbliższym. Mieszkania (nie wspominając o domach) są przedmiotem powszechnego pożądania, ceny ich jednak (oraz warunki uzyskania kredytu) nie odpowiadają możliwościom materialnym większości społeczności. Jednocześnie pewna znacząca część posiadaczy mieszkań nie byłaby w stanie wylegitymować się dochodami odpowiadającymi rynkowej wartości tych mieszkań (a najczęściej jest to ich jedyny majątek). Ci, którzy zyskali kredyty, zadłużając się na nominalnie kilkadziesiąt lat, zwykle kosztem dodatkowych wysiłków własnych i własnej rodziny spłacają je z wyprzedzeniem, co pozbawia banki spodziewanych zysków z oprocentowania (nb. nieraz realnie przekraczającego 100% pożyczonej kwoty), ale za to przynosi tym bankom realny zysk – w postaci szybszego uwolnienia pożyczonej kwoty, a także pewnych opłat czy prowizji za ‘przedwczesną spłatę’ (niby niewielkich, ale pomnóżmy je przez liczbę dłużników). Jednocześnie posiadanie nieruchomości jest dla instytucji państwa i samorządu tytułem do różnego rodzaju nacisków fiskalnych – od manipulowania opłatami od ‘wieczystego użytkowania gruntu’ (co dotyczy głównie właścicieli mieszkań w kamienicach – mieszkania należą do nich, ale związane z nimi udziały w gruncie pod kamienicą najczęściej mają status tylko ‘użytkowania wieczystego’), poprzez nakładanie obowiązku zgłaszania prowadzenia we własnym mieszkaniu przedsiębiorstwa (co nieraz wiąże się z nakładaniem dodatkowych opłat i inspekcji), wreszcie przez obkładanie podatkiem sprzedaży gruntu (o czym ostatnio pisano w ‘Rzeczpospolitej’) – gdzie urzędy skarbowe na siłę szukają sposobności, by sprzedaż gruntu zakwalifikować jako przedsiębiorczość (nawet, gdy sprzedający nie jest zarejestrowany jako przedsiębiorca - !) i obłożyć VAT, lub doszukać się wzbogacenia osobistego i zażądać uiszczenia podatku wg skali PIT, a wtedy, gdy się nie da udowodnić ‘zawodowego’ prowadzenia handlu ziemią czy nieruchomościami, wykazać rzekomo fikcyjną, zaniżoną wycenę przedmiotu sprzedaży, i wyliczyć odpowiednio wyższy podatek na własną rękę. O ile wydawanie pozwoleń na budowę dotyczących mieszkań jest zwolnione od opłat, to już budowa obiektów użytkowych – owszem. Takie przykłady można mnożyć. Osobnym przedmiotem jest kwestia reprywatyzacji – potwora z Loch Ness III Rzeczypospolitej, dokonującej się staraniem wywłaszczonych i ich potomków, bez jakiegokolwiek pozytywnego udziału państwa i samorządów, a raczej przy wrogim nastawieniu legislatury, urzędów ministerialnych i wojewódzkich, sądów powszechnych i administracyjnych, a przede wszystkim agencji rządowych i instytucji samorządu, dzierżących skonfiskowane przez dyktaturę komunistyczną włości. Te ostatnie struktury zazwyczaj część spornego majątku albo zdewastowały, albo wyprzedały, a ich zwierzchnicy najczęściej wykorzystują to do prowadzenia politycznej propagandy, na przemian to obiecując coś dawnym właścicielom (bez zamiaru wywiązania się z tych obietnic), to strasząc powrotem dawnych właścicieli mieszkańców komunalnych mieszkań – czyli strąceniem przez ‘roszczenia’ w kompletną nędzę, a tych co je wykupili, brakiem bezpieczeństwa prawnego ich tytułów własności. Podobnie dzieje się z nieruchomościami rolnymi, skonfiskowanymi na mocy nielegalnej (jak zresztą wszystkie akty prawne z lat 1944-1989) tzw. reformy rolnej; tych, którzy otrzymali ziemię z parcelacji, niepokoi się widmem roszczeń wobec ziemi od dawna przez nich użytkowanej, z kolei dzierżawcy gruntów należących do rolnej agencji rządowej chętnie biorą udział w licytacjach ziemi, wiedząc, że sami jej nie zakupią, lecz znacząco utrudnią odkupienie jej przez dawnych właścicieli (tylko tym bowiem zależy na tym, by ziemię tę nabyć). Kto ich do tego podjudza? Hm, to otwarte pytanie, ale nie sądzę, by dla dociekliwego dziennikarza (są jeszcze tacy?) byłoby trudne ustalenie schematu stojącego za takimi zachowaniami.
Reprywatyzacja – a raczej jej widmo – jest używana przez rządzących (i to wszystkich opcji politycznych) jako narzędzie do propagandowego dzielenia i zastraszania społeczeństwa. A co by zmieniło jej przeprowadzenie? Musiałyby ulec likwidacji struktury państwowe i samorządowe zarządzające całkiem sporym przecież majątkiem (ileż to miejsc pracy wypadłoby z nomenklatury polityczno-rodzinnej!); rzesza ludności miejskiej nagle znalazłaby się poza łaską rozdającej i odbierającej tytuły do mieszkań komunalnych władzy; więcej nieruchomości znalazłoby się na rynku, co wymusiłoby urealnienie cen; wreszcie, lokale użytkowe, znajdujące się obecnie w niemal wyłącznym władaniu gmin, przestałyby podlegać polityce rabunkowego wynajmu (co spowodowało zmianę ulic miejskich w ‘aleje bankowe’). Przeprowadzenie reprywatyzacji nie spełniłoby swego celu, gdyby jednocześnie nie przeprowadzono uwłaszczenia użytkowników tych nieruchomości, które bez reszty przypadły państwu lub samorządom: chodzi tu przede wszystkim o spadki bez spadkobierców oraz o nieruchomości na ziemiach, które włączono do Polski na mocy postanowień konferencji w Poczdamie; przypieczętowaniem reprywatyzacji i powszechnego uwłaszczenia powinno być nałożenie ‘wiecznego milczenia’ na ewentualne dalsze skargi. Oprócz wymienionych powyżej doraźnych konsekwencji takich aktów, ich najistotniejszym i trwałym skutkiem byłoby nadanie wielkiej liczbie obywateli stałej i bezpiecznej rękojmi spokojnego bytu.
Czemu to jest niemożliwe? Władza (jakiejkolwiek opcji politycznej) nie chce podważać legalności najbardziej dotkliwych społecznie decyzji dyktatury komunistycznej, chce utrzymać w dyspozycji narzędzie kreowania konfliktu społecznego, wreszcie, gdy przemawia najsilniejsze (bo ulokowane poza krajem i nie objęte poddaństwem wobec klasy panującej w III RP) lobby żądające reprywatyzacji (tak, drodzy antysemici, wiecie o kim mówię), wymawia się wielkimi kosztami takiej operacji – czy to zwrotu w naturze, czy to odszkodowań. Argumentacja taka odwołuje się jednak nie do potrzeb właścicieli i obywateli, ale do potrzeb wyalienowanej od społeczeństwa i wspólnoty politycznej struktury państwowej: musiałaby wydać za dużo na reprywatyzację i odszkodowania, a wtedy byłoby za mało na to, tamto, siamto i owamto (inna sprawa, że gdyby istotnie byłaby wola doprowadzenia do reprywatyzacji, kwestie wysokości odszkodowań za mienie nie podlegające zwrotowi oraz warunków ich wypłaty, a także ustalenie pierwszeństwa w zwrocie dóbr na rzecz dawnych właścicieli zmieszkałych w kraju, byłyby oczywiście sprawą do negocjacji – i pojawiające się czasami sumy roszczeń należy traktować raczej jako ‘stanowisko negocjacyjne’ niż rzeczywistą wycenę; ale żeby negocjować, trzeba umieć podejmować decyzje). Należy spodziewać się, że postulat reprywatyzacji spotka się też z odpowiedzią: reprywatyzacja – tak, ale w zamian za wprowadzenie podatku katastralnego. Skutkiem takiej wymiany pomiędzy państwem a społeczeństwem byłoby błyskawiczne (tzn. następujące w czasie krótszym od jednego pokolenia) wywłaszczenie tych, którzy jakąkolwiek własność by odzyskali.
Reprywatyzacja i zbycie na rzecz obywateli tego majątku publicznego, który jeszcze można zbyć (w pierwszej kolejności tego, który i tak przez tych obywateli jest użytkowany), nie załatwia ostatecznie sprawy statusu własności w Polsce. Władze (czy to państwowe, czy samorządowe, czy różnego rodzaju inspekcje) dysponują wielką liczbą różnego rodzaju narzędzi fiskalnych, administracyjnych i kontrolnych, które skutecznie potrafią nie tyle utrudnić, co uniemożliwić dowolne majątkiem władanie. Jeżeli zatem postulat powszechnego uwłaszczenia byłby przez kogokolwiek przyjęty, kolejnym związanym z poprzednim byłoby dokonanie rewizji wszelkich uprawnień państwa, samorządów i ich struktur wobec własności, by móc je następnie likwidować. Obecne państwo jest bowiem strukturą wyobcowaną od wspólnoty obywatelskiej – a i sama wspólnota obywatelska (polityczna, narodowa) wymaga określenia swych granic i stanowiska wobec struktury państwa, które ma być jej formą. Jeżeli zatem sama wspólnota narodowa musiałaby wraz z państwem przejść redefinicję, konieczne byłoby określenie od nowa obowiązków leżących na członkach wspólnoty. Jak jednak zbudować taką wspólnotę i jak zmusić obecne struktury państwa do cofnięcia się z obszarów, które od dawna kosztem wspólnoty zajmuje?
Jakkolwiek by nie rozważać zmiany stosunków państwowych i społecznych, nie ulega wątpliwości, że w Polsce nakładanie podatków na własność jest czynem niemoralnym i antyspołecznym.


Komentarze
Pokaż komentarze