Dzisiaj zamiast homilii politycznej tylko parę słów komentarza odnośnie do artykułu Tadeusza Płużańskiego z dzisiejszej „Gazety Polskiej Codziennie” (Jak zesłaniec został katem, GPC, #193[288], 20 VIII 2010, s. 11) o filmie Janusza Zaorskiego Syberiada polska, zrobionym w oparciu o powieść Zbigniewa Dominy.
Płużański zapowiada, że nie pójdzie na ten film z powodu osoby autora powieści, pierwowzoru scenariusza, i pyta, czemu syberyjskim zesłaniem Dominy usprawiedliwia się jego późniejszą karierę mordercy sądowego? Czy Domino nie powinien wskazać miejsc ukrycia ciał swoich ofiar? Dlaczego też nie pisze książek o swojej powojennej karierze komunistycznego janczara?
Ja mógłbym od siebie zapytać: dlaczego mamy uwznioślać cierpienie człowieka, który nie odpokutował swych ciężkich win i zadał innym wiele bólu? Dlaczego mamy brać udział w fałszywej ekspiacji?
Czemu filmuje się prozę Dominy, skoro można sfilmować „Inny Świat” czy „Na Nieludzkiej Ziemi”? Czyżby dlatego, że są to książki o tak mocnym wyrazie, i tak nasycone refleksją moralną, że przeciętni scenarzysta i reżyser nie poradziliby sobie z ich adaptacją? A może też dlatego, że Herling-Grudziński i Czapski nie żyją, i trzebaby natrudzić się z prawami autorskimi, a Domino żyje, i tantiemy chętnie przyjmie (o ile już ich nie przyjął). I dlatego ja też nie pójdę na ten film – oprócz powodów, o jakich pisał Tadeusz Płużański, także dlatego, bo nie chcę, by sprawca zza biurka obmywał krew ze swych dłoni moimi pieniędzmi.



Komentarze
Pokaż komentarze