Większość problemów, które dręczą zarówno polską ‘wielką’ politykę, jak i zwykłe życie szarego obywatela, bierze się ze schematu, który ustawia sprawy publiczne we wszystkich skalach. Krótko mówiąc, nikt nie chce dbać o sprawy wspólne – zaczynając od sąsiada wyrzucającego śmieci przez okno i wysrywującego swego psa na podwórkowym trawniku, przez prezydent miasta stołecznego zarzynającą wszystkich sklepikarzy po równo kosmicznymi czynszami (o innych posunięciach fiskalnych nie wspominając) tytułem imperialnych inwestycji na kredyt, aż po polityków zachowujących się niczym gimnazjaliści po lekcjach albo piraci w tabernie po udanym rajdzie. Oczywiście, większość ludzi nie brudzi, nie zajmuje się przykręcaniem śruby współobywatelom ani nie hula za 12 tysięcy miesięcznie (plus nieokreśloną kwotę apanaży). Niestety, również nie wchodzi w grę skuteczne zwrócenie uwagi sąsiadowi, protest przeciw megalomańskim wydatkom samorządu kosztem pracy i życia setek (jak nie tysięcy) ludzi, czy wreszcie zaangażowanie się w życie partyj, by przestały być klubami birbantów.
Nie tak dawno na tym portalu (nie przypomnę sobie, niestety, gdzie) padło porównanie polskiej społeczności do Dorosłych Dzieci Alkoholików – większość z nas byłaby Dorosłymi Dziećmi Komunizmu. I choć minęły 23 lata, nadal dokonujemy wyborów – życiowych, społecznych i politycznych – tak, jakbyśmy dalej byli krnąbrnymi lecz bezradnymi poddanymi komunistycznej dyktatury, współuzależnionymi od swych zdegenerowanych i egoistycznych rodziców/władców. I tak formalne istnienie wspólnoty sąsiedzkiej jest wymuszone funkcjonowaniem odpowiedniej ustawy - ale i tak wspólnoty mieszkaniowe działają na zasadzie oddelegowywania najważniejszych spraw na jednostki – te, którym akurat się chce, bądź jest im z jakichś powodów to wygodne. Spółdzielnie mieszkaniowe mają tyle wspólnego ze spółdzielczością, co z ruchem galaktyk. Wybory samorządowe – zwłaszcza w większych miastach – zazwyczaj nie przekładają się na poważne traktowanie potrzeb społecznych przez władze: przeważa traktowanie ich na zasadzie „znowu kolejna gęba do garnka”, lepiej coś pomalować, bo to widać. Partie polityczne od strony ideowej to najczęściej teatry jednego aktora, ich aparaty działają na zasadzie generowania „szabel” wspierających personalno-majątkowe ambicje różnych führerków („baronów”, „spółdzielców”), a nie realnej pracy partyjnej. Wszystko to działa w siatce procedur niby demokratycznych i niby praworządnych, a w gruncie rzeczy delegitymizujących akt wyborczy, który w zasadzie je ustanowił (to jest zresztą tematem na odrębny tekst).
Zbudowaliśmy zatem demokrację, ale nie zbudowaliśmy republiki.
Hybrydowy system łączący fikcyjny liberalizm i fikcyjną wspólnotę, w którym żyjemy, z jednej strony nie daje rozwinąć umiejętności i aktywności ludzkiej, z drugiej strony tworzy różnego rodzaju nisze i całkiem spore obszary ujutnego bezpieczeństwa, chwiejnych swobód i małych radości – a zamieszkujące je DDK nie mają w sobie dość psychicznej siły, by zorganizować się lub zaprotestować. Czemu? Bo nie ufają sobie wzajemnie, nie potrafią współdziałać, i nie potrafią wyobrazić sobie przestrzeni wolności nieograniczającej innych. Efekt? Bierność – skutkująca alienacją ludzi od instytucji i scedowaniem decyzji w sprawach wspólnot na syndykaty i grupy nacisku, takie jak związki działkowców, zarządy spółdzielni mieszkaniowych, partie polityczne w obecnym wydaniu, związek nauczycielstwa polskiego i inne takie struktury.
Łatwo narzekać (i można narzekać długo, wytrawnie, szczegółowo i ze znawstwem), ale co można zrobić, by temu zaradzić? Z jednej strony – ryba psuje się od głowy: politycy winni zająć się porządną pracą, przestać traktować partie jako pasy transmisji swoich pomysłów (bądź po prostu propagandy) do mas oraz narzędzia gwarantujące utrzymanie pieniędzy i beztroskiego życia (tak, wiem, ciągle ktoś tak gdera, a politycy i tak mają to w …; może jednak któryś słucha?). Z drugiej strony (i to jest dużo trudniejsze) ludzie mogliby wreszcie zacząć się organizować; istnieją przecież struktury, które odrobina zaangażowania zmieniłaby w naprawdę silne organizacje społeczne: parafie, rady rodzicielskie w szkołach, organizacje konsumenckie, związki zawodowe, wreszcie wspomniane wspólnoty i spółdzielnie mieszkaniowe, i wiele, wiele innych. Spróbujmy zatem!


Komentarze
Pokaż komentarze (1)