FRD FRD
271
BLOG

20120905

FRD FRD Polityka Obserwuj notkę 1

O naukach płynących z frywolnych zabaw.

Poseł na Sejm RP z listy PO, wybrany w Białostockiem, pan Jacek Żalek, miał niedawno w wywiadzie udzielonym pismu „Wprost” na pytanie czy, skoro jest jakoby monarchistą, to czy również odżegnuje się od demokracji i obieralności głowy państwa, odpowiedzieć jakoś tak: Demokracja ma wiele wad. Jest straszliwie kosztowna. Dlatego nie obawiałbym się przywrócenia monarchii. Kolejne pytanie: Kto mógłby być królem Polski? znalazło dość schematyczną odpowiedź: Wyobrażam sobie, że każdy, komu ufają Polacy, chociażby Bronisław Komorowski. Miałby te same kompetencje ale zaoszczędzilibyśmy publiczne środki na kosztowne plebiscyty wyborcze. Podobnie jest w wielu krajach zachodnich, choćby Anglii, Szwecji, Belgii, Hiszpanii czy najbogatszym państwie Europy – Norwegii. W Rosji też sytuacja byłaby oczywista, gdyby Putin był po prostu carem, a nie udawał prezydenta czy premiera. Więcej wywodów pana posła w internecie na ten temat nie znalazłem (ale też nie szukałem), a „Wprost” nie kupowałem ani nie czytałem chyba nigdy (nie tylko nie byłem ciekaw, ale i nie chciałem, żeby mnie ktoś z takim pismem zobaczył*). Ciekawe, czy nieliczni, acz w końcu uważający się za poważnych ludzi monarchiści polscy zastanawiali się, czy w sprawie tej wypowiedzi zająć jakieś stanowisko – ale dotąd żadnego nie odnotowałem (ale też specjalnie nie interesowałem się). Robert Mazurek w ostatniej Rzeczypospolitej zlitował się nad Panem Posłem i go o to nie pytał (szkoda, bo mógł go zgrillować lepiej niż to zrobił pytając o deregulację), podobnie odpuścili mu w Gościu Niedzielnym – może i w jednej, i w drugiej gazecie rozumieli, że pytając o te fantazje, obniżą wymowę reszty wypowiedzi Pana Posła.

Pierwsza fala drwin z prostych koncepcji pana posła oraz specjalnie z ukoronowanego in spe B. Komorowskiego już przeszła. Teraz zestawmy sobie urzędującego prezydenta – z jego znanym sposobem wypowiadania się, ludycznym traktowaniem obowiązków państwowych oraz troskliwie budowanym zapleczem politycznym, dzięki któremu od 20 lat jest on obecny w najważniejszych organach państwa bez względu na konfiguracje polityczne, a teraz jest tego państwa Osobą Głowy – zestawmy więc go z realnym królewskim majestatem. Hm. Wydaje się, że to nie on sam by zyskał, ale majestat królewski by się poniekąd zredukował. Jeśli ktoś jest ciekaw, jak to by wyglądało, to niech wyobrazi sobie koronację Bronisława I Komorowskiego na Wawelu czy w Gnieźnie, i następującą koronację królowej Anny w katedrze warszawskiej.

Tymczasem refleksja przyszła skądinąd, a dodajmy, że jej autora zapewne niewiele obchodzi urzędujący prezydent RP, a o pośle Żalku pewnie nigdy nie słyszał. Jak zapewne czytelnikom wiadomo, niedawno infant brytyjski, książę Harry (ten rudy, nie ten co się ostatnio ożenił, tylko ten drugi), lekko zaszalał w Las Vegas, zabawiając się z jakimiś swawolnymi mołodyciami w rozbieranego bilarda, dał się przy tym sfotografować bez gaci wraz z jakiemiś z towarzyszących mu dziewcząt (podobno również nieprzyzwoicie nieubranymi), a w dodatku fotografie te ci niemożliwi Amerykanie zawiesili w internecie, gdzie każdy może je sobie obejrzeć. Reakcji w ojczyźnie księcia oczywiście było mnóstwo – ta która mnie interesuje, to ogłoszony w internetowej wersji The Telegraph artykuł Petera Oborne’a Prince Harry: Conduct unbecoming, którego autor karci nie tak znowu już młodego królewica, wypominając mu zaprzepaszczenie poważnej pracy, jaką dwór włożył ostatnimi laty, by jego dawny hulaszczy wizerunek zmienić w obraz wesołego, lecz – gdy trzeba – poważnego i obowiązkowego reprezentanta rodziny królewskiej i oficera. Od opieprzania księcia za wspomniany występ publicysta przechodzi do przypomnienia mu, że ma już 27 lat, ma obowiązki, dowodzi ludźmi, powinien wiedzieć jak się zachować, etc., po czym dochodzi do sedna: Ostatecznie, Rodzinę Królewską [czyni] jedno słowo: obowiązek. Naród akceptuje i podziwa monarchię prawdopodobnie bardziej teraz niż kiedykolwiek w przeszłości [hehehe, co za podlizywanie się, p. Oborne - FRD]. I to dlatego, że Królowa zrozumiała znaczenie służby i osobistych ofiar, których ona wymaga. Ona [Królowa] zawsze przedkładała jej kraj przed własnym interesem, nigdy nie skarżyła się, zawsze robiła to, co należy. Nigdy nie było nawet cienia skandalu lub wymówek. Wartości, pod którymi ona się podpisuje, są staroświeckie i łatwe do wyszydzenia. Lecz ludzie szanują i cenią je, prawdopodobnie daleko bardziej niż je rozumieją. Bez tych wartości, istnienie Rodziny Królewskiej i uprzywilejowane życie, jakie jej członkowie zdają się prowadzić, jest bezwartościowe. Dodatkowo autor objeżdża księcia-hulakę przypominając, że jest on oficerem – a armia ma swój kodeks etyczny, a ponadto jest instytucją, która wymaga dyscypliny, powściągliwości, wytrwałości i poświęcenia. Książę należy do instytucji [rodziny królewskiej], która zależy od pewnych form zachowania, i nie przetrwa, jeśli jej członkowie będą je lekceważyć. Po kolejnych gromach rzucanych na głowę młodego birbanta, i przypomnieniu mu paru wstydliwych zajść z przeszłości, Peter Oborne znów bierze wyższe „C”: To nie tylko smutne, to może również być niebezpieczne. Jest republikański kolos, który chciałby zniszczyć Rodzinę Królewską, gdyby tylko mógł. Nienawidzi on wszystkiego związanego z monarchią – jej historii, jej tradycji, jej brytyjskości, jej długotrwałego związku z armią, idei służby, poczucia obowiązku, pozycji monarchy jako głowy państwa (dalej okazuje się, że chodzi tu o Ruperta Murdocha i jego świtę). Kilka linijek dalej przypiekanie księcia trwa nadal: Ułatwi on ludziom uwierzyć, że nasza Rodzina Królewska jest częścią przemysłu rozrywkowego, i że jej członkowie są celebrytami, ze wszystkim co temu towarzyszy. Świat celebrytów jest płytki, i nic w nim nie przetrwa. I gdy Rodzina Królewska w istocie może w pewnym stopniu być porównywana do przemysłu rozrywkowego, co monarchiści zawsze rozumieli, ostatecznie jest ona oparta na wzmacnianiu moralnych, religijnych i społecznych struktur. Być może to odrobinę zbyt wiele żądać od księcia Harry’ego, by rozumiał intelektualną i historyczną podstawę monarchii brytyjskiej w całym jej bogactwie i mądrości (a dalej jest o tym, na kim z najbliższych mógłby się wzorować).

Nie należy się spodziewać, by Rex Bronislaus Ius Komorowski miał zdrowie na takie zabawy, jak książę Harry – serce nie to, a na latanie na golasa z małolatami królowa-małżonka chyba by nie pozwoliła (zresztą, która małolata chciałaby takiego? Choć podobno władza i pieniądze to najlepszy afrozjebak - ©Boris Vian i jego polscy tłumacze). Jego już znane pomniejsze występy (z wizytą u powodzian, rozmnożenie kieliszków, hohohoho, inne takie) jednak nie dodawałyby chyba powagi urzędowi, na który chce go wywindować poseł Żalek. Bądźmy litościwi: król Hiszpanii też gigantem myśli podobno nie jest, król Szwecji ma podobno coś za uszami, itd., itp. Czy jednak byłby nowy król Polski w stanie nie tylko pojąć, na czym polega uosobienie Majestatu Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, ale również na czym polegają obowiązki monarchy (choćby takie, jak opisane przez Oborne’a)? O szczególnej roli związków brytyjskiej korony z siłami zbrojnymi (które np. gwarantują apolityczne stanowisko armii i służb specjalnych) nie ma co mówić – ‘szczególne związki’ Osoby Głowy Państwa w wydaniu Br. I Komorowskiego z siłą zbrojną nowej monarchii polskiej byłyby, podejrzewam, zarówno przez osobę JKM, jak i samo wojsko rozumiane zupełnie inaczej. Jednak mimo wszystkich drwin z urzędującego prezydenta, nie lekceważyłbym go – jest to człowiek, który mimo dobrze znanych już chyba wszystkim w kraju potknięć i szczególnych cech charakteru, żałosnej swady, problematycznego wykształcenia (ale magistra ma, nie to co Kwaśnieski), nieznajomości języków obcych (może to i lepiej, wyobraźmy sobie jego wynurzenia a la Kwaśnieskiego ja skażu tiepier eto pa francuzki, sawuar wiwre, eto znaczit żenszczinam nada w głaza smatriet’, czy też wywód o bigosowaniu we własnym przekładzie na angielski), itd., itp., utrzymuje się w polskiej polityce od dwudziestu z górą lat, stale zwiększając swe wpływy – czego świadectwem jest nie tylko obecne jego stanowisko, ale nieprzerwane zasiadanie w Sejmie, czy wynik prawyborów w PO. Skład świty B. Komorowskiego – dawni politycy UD/UW i SKL, kilku postkomunistów, dość szerokie znajomości w środowiskach wojskowych (delikatnie mówiąc), oraz pewne, nieobliczone, ale z pewnością poważne wpływy w partii władzy – wszystko to świadczy, że jego zaplecze jest dużo stabilniejsze i okopane w różnych środowiskach i instytucjach, niż choćby zaplecze obecnego premiera. Krótko mówiąc, jest to dużo potężniejszy polityk, niż jego misiowato-bęcwalski wizerunek zdaje się sugerować, a i nie należy wykluczać, że ma on dalsze apetyty – w końcu może ubiegać się o kolejną kadencję na obecnym urzędzie.

Wracając do zestawienia Bronislausa I z ks. Harrym - w belferskim komentarzu Oborne’a chodziło o coś szczególnego: obowiązki członków rodziny królewskiej, których chyba jednakże próżno szukać w księdze praw. Krótko mówiąc, chodziło o etos. Termin ten krótko gościł w polskiej polityce po 1989 r. – użył go, o ile pamiętam, Tadeusz Mazowiecki, tym samym przy pomocy grubej kreski i innych swych niewątpliwych zalet kompletnie go kompromitując. Teraz zastanówmy się, czy Bronisław Komorowski – czy to jako prezydent, czy to jako król (w gruncie rzeczy, co za różnica), byłby w stanie w ogóle pojąć, na czym polega etos czy to najwyższego urzędnika Rzplitej, czy to monarchy z łaski bożej? Pomińmy już stanowisko obecnego prezydenta w sprawie likwidacji WSI, pomińmy jego wypowiedzi o prezydencie, który „gdzieś poleci, i wszystko się zmieni”, czy też słynną motywację podpisania noweli ustawy o IPN („gdyby [Lech Kaczyński] chciał ją zaskarżyć [do Trybunału Konstytucyjnego], to by to zrobił” – gdy ustawa trafiła z parlamentu do kancelarii prezydenta 8 czy 9 IV 2010 r.). Moim zdaniem, o rozumieniu etosu państwowego (a i zwykłego, prywatnego honoru) przez obecnie urzędującego prezydenta świadczy ochocze przyjęcie przezeń – jako marszałka Sejmu – obowiązków prezydenta połączone z tryumfalnym ubieganiem się o tenże fotel w wyborach. Ktoś inny postawiony wobec takiego wyboru albo zrezygnowałby z kandydowania, albo ustąpiłby ze stanowiska marszałka Sejmu i kandydowałby bez cienia, w jaki spowijałoby go wykorzystanie swego stanowiska. Oczywiście, od strony formalnej (jak nie liczyć wejścia w urzędowanie bez oficjalnego stwierdzenia śmierci prezydenta) wszystko było, oczywiście, w porządku, jakżeby inaczej, u nas wszystko zawsze jest w jak najlepszym porządku. To, że w papierach i paragrafach Komorowskiemu – hrabiemu, marszałkowi Sejmu, pełniącemu obowiązki prezydenta i zarazem kandydatowi na prezydenta – wszystko się zgadzało, nie zmienia jednak okoliczności, że wyglądało to raczej na chapanie władzy, niż zachowanie honorowe. Etos? Obowiązki? Tożsamość? Poczucie służby? Hm. Z tego B. Komorowski dobrze czuje tylko tożsamość, w szczególnym kształcie: tożsamośc to bigos z Polski, z całej Polski.

 

 

* por. M. Świetlicki, Jedenaście, Kraków 2011, strony nie pamiętam, ale kto czytał, ten wie, o co chodzi, a jak ktoś nie czytał, to lepiej jak przeczyta jeszcze Dwanaście i Trzynaście tegoż autora.

FRD
O mnie FRD

felis domesticus, a czasem silvestris

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka