FRD FRD
246
BLOG

20120911

FRD FRD Polityka Obserwuj notkę 8

Wojskowość jest podobno sprawą zbyt poważną, żeby zostawiać ją samym wojskowym. Niestety, wygląda na to, że w ciągu ostatnich lat cywilne władze naszego kraju odpuściły sobie kontrolowanie wojska na całej linii, żądając od sił zbrojnych tylko dwóch rzeczy: świętego spokoju i korpusu ekspedycyjnego na kolejne przedsięwzięcia sojusznicze. Korpus ekspedycyjny jest najwyraźniej mobilizowany metodą „na kogo padnie, na tego bęc”, a że wojsko ewidentnie zanadto nie fika i nie próbuje awanturować się, ani tym bardziej sięgać po władzę, więc święty spokój jest. Oczywiście miało to swoją cenę; z najbardziej oczywistych kosztów można wymienić brak nawet nominalnej dekomunizacji i naskórkową lustrację w siłach zbrojnych, zachowywanie korpusu oficerskiego bez specjalnej weryfikacji zawodowej, cichą zgodę na różnego rodzaju ‘kręcenie lodów’ przez ludzi z różnego rodzaju wojskowych agend oraz utrzymywanie kompleksu wojskowo-przemysłowego (w granicach możliwości) przy życiu (gdy inne zakłady niegdyś państwowe prędzej czy później upadły bądź poważnie się skurczyły). Dobrze płatne bezhołowie, jakim jest LWP PRL przemalowane 22 lata temu na WP RP, zyskało w dodatku protektorów, z których długodystansowym i najważniejszym jest obecnie urzędujący prezydent ze swą świtą, choć nie należy zapominać o Radosławie Sikorskim, którego epizodyczne i niemal już zapomniane ministrowanie w resorcie obrony w rządzie PiS-LPR-Selbstschutzu miało zmienić jego stosunek do kompleksu budżetowo-wojskowego o 180 stopni. Z drugiej strony, gdy któryś z wyższych wojskowych zbyt bezpośrednio podszedł do swych obowiązków i zaczynał publicznie coś krytykować, dostawał kopa na emeryturę – ale wielkich rozliczeń z kadrą wojska chyba nigdy nie było. Podobnie było z różnego rodzaju zamówieniami wojskowymi – jak wojsko czegoś potrzebowało, to dostawało może 30% tego, o co prosiło, ale zawsze coś mu skapło. Co ciekawe, tylko czasem (najwyraźniej gdy już ktoś zanadto przesadził) robił się prokuratorski smród wokół jakichś spraw majątkowych wojska, ale szybko się rozwiewał. Dzisiaj najbardziej znanym przykładem niegospodarności w wojsku jest projekt korwety ORP „Gawron”, która może w tej chwili służyć co najwyżej jako taran; są jacyś odpowiedzialni za to? Nie słyszałem. Podobnie jak nie słyszałem, co się ostatecznie stało z projektem samolotu pola walki PZL „Skorpion”, który zdaje się, w publicznym odbiorze sprowadził się do zrobienia makiety, wygenerowania paru obrazków oraz wyciągnięcia forsy na różnego rodzaju badania nad urządzeniami, które miały być wyposażeniem samolotu. Wydaje się po prostu, że te przedsięwzięcia polegały na finansowaniu przez państwo istnienia różnych struktur, które po prostu miały trwać – a korwety, samoloty, inne takie, to preteksty, by dać ludziom pracę i utrzymać budynki. Czy ktoś ostatnio wypowiadał się o rozliczeniu offsetu za F-16? Nie słyszałem. Jakie są z tego wszystkiego zyski dla obronności? Nie wiem, ale poza eskadrą F-16 (dodajmy, bez systemu szkolenia pilotów) chyba żadne. Dodajmy, gdy w sprawy obronności próbuje się zaangażować ktoś spoza kompleksu wojskowego, zwykle nic mu się nie udaje (przykład: co się stało z projektem odrzutowego samolotu szkoleniowego EM-10 „Bielik”?).

Oczywiście, politycy w kilku momentach złamali ten niepisany i obowiązujący od lat „pakt świętego spokoju”. Najpoważniejszym wykroczeniem przeciwko niemu była likwidacja WSI, w dodatku powierzono to zadanie Antoniemu Macierewiczowi, który do sprawy podszedł w sposób nieprzyjemnie zasadniczy, i okazało się, że to, co do tej pory uważano co najwyżej za grajdoł z przyjemnym ciepełkiem (ale potrzebny), było w istocie „domem publicznym na literę B” wyposażonym w kółka i barek, w dodatku bynajmniej nie spełniającym nawet minimum swych statutowych zadań. Publikacja części raportu o WSI spowodowała, że nie dość, że odsłonięto zepsucie wojskowego aparatu, a w dodatku uniemożliwiono bezbolesne dalsze trwanie tego stanu. Koszt był duży, ale bolało – odtąd wojskowi mają w Antonim Macierewiczu dyżurnego wroga, co zresztą daje obecnemu rządowi carte blanche na różne działania wobec wojska.

Drugim takim złamaniem paktu, w dodatku takim, którego charakteru wojskowi, zdaje się, nie pojęli do dzisiaj (co tylko potwierdza podejrzenie, że to żadne orły), była przeprowadzona przez rząd PO likwidacja poboru. Spójrzmy bowiem z odrobiną bezstronności na to, co rządy Tuska zrobiły z wojskiem, i czym to wojsko było i jest. Postkomunistyczny moloch, którego funkcjonowanie nie było (i chyba nadal nie jest) dostosowane do jakichkolwiek wymogów obrony kraju (ale jakie są to wymogi? dobre pytanie!), tu i tam reformujący się, dotąd miał dzięki powszechnemu poborowi (choć kto chciał, to od wojska i tak się wykręcił) obok ściśle obronnych zadania na wpół społeczne, na wpół szkoleniowe. Teraz nie dość, że wojsko zostało skadrowane i zmuszone do wprowadzenia rachunku ekonomicznego w swojej organizacji na większą skalę, to jeszcze musi po prostu rozliczać się z bardzo konkretnych zadań. Dotychczasowy system polegał na tym, że pewne struktury wojska robiły co do nich należało, a niektóre ich struktury, jakoś podwieszone formalnie, po prostu były po to, żeby wojskowi mogli się gdzieś zaczepić, zarobić, względnie żeby mieli gdzie ulokować rodzinę. Specjalne pole zajmowały różnego rodzaju związki z firmami i instytucjami pracującymi dla wojska: czy to fabrykami, czy ‘ośrodkami badawczo-rozwojowymi’, czy po prostu instytucjami usługowymi – tu po prostu robi się pieniądze. Niektóre z tych instytucji dostają pieniądze za przedmioty i prace potrzebne i pożyteczne, inne za byle co, a podejrzewam, że sporo z nich i za to, i za to. Profesjonalizacja wojska w wydaniu PO (czyli prowadzona w stylu Bogdana Klicha, i.e. nieudolnie, na przemian z ‘racjonalnym’ zarządzaniem, jakie – jak się wydaje – próbuje wprowadzić obecny minister), po prostu równa się dezorganizacji takiego aparatu. I, moim zdaniem, jest to prawdziwe osiągnięcie rządów Platformy (choć trudno powiedzieć, czy zamierzone): dekomunizacja i deburdelizacja systemu obronnego Polski poprzez jego rozwiązanie. Problem w tym, że za tą likwidacją najwyrażniej nie idzie sformułowanie doktryny obronnej: wojsko dla obecnego rządu to kolejna zapchajdziura, gęba do garnka, temat propagandowo nieatrakcyjny.

Reakcja systemu jest symptomatyczna, i to wyrażona usty najważniejszego przedstawiciela jego lobby w kraju, czyli urzędującego prezydenta: wyartykułowano (nb. oczywistą) potrzebę przebudowy systemu obrony powietrznej kraju (nazwanego propagandowo ‘tarczą antyrakietową’), do zrobienia za ogromne pieniądze, siłami własnymi wojska i kompleksu przemysłowego (oraz wszystkich nisz, jakie ów system ukrywa). Co to oznacza, w skrócie? „Dajcie nam mnóstwo forsy na utrzymanie tego, co jest, w takim stanie, jaki nam odpowiada”. Nie ma bowiem lepszego sposobu na utrzymanie biurokracji, jak powierzenie jej Nowego Wielkiego Projektu. A na budowie, w tym wypadku ‘krajowej tarczy antyrakietowej’, jak to na budowie: tam się wywróci, tu się wysypie, koszty lecą, ludzie robią, jak się nie robi, to się nie robi błędów, w rozliczeniu zawsze są nieprzewidziane pozycje, itd. itp., czyli, jak mówiono przed wojną na Murdzielu, man drejc zich (po polskiemu: sze krenczi).

Czy autonomiczny postkomunistyczny kolos, jakim jest wojsko, wreszcie padnie? A jeśli padnie, to czy zostaną zbudowane nowe siły zbrojne? I jak? Kluczem są dwa pojęcia, pracowicie przez ostatnich dwadzieścia kilka lat opróżniane z sensu i zawartości: doktryna obronna i cywilna kontrola nad siłami zbrojnymi. Pierwszy element to zbiór pustych pojęć: tak naprawdę sprowadza się do tego, że musimy mieć wyszkolonych żołnierzy, żeby było kogoś podesłać do pomocy Amerykanom. A bezpośrednie bezpieczeństwo kraju? Tu chyba nikt nie jest w stanie wykazać się jakąkolwiek wyobraźnią: w końcu jak walnie bomba A czy H, to i tak nie będzie co zbierać. Po nas choćby potop! To, w jaki sposób toczyły się wojny na obszarze postsowieckim: w Mołdawii, na Kaukazie, w Azji Środkowej, czy w estońskiej cyberprzestrzeni, jakoś do wyobraźni strategów nie przemawia. Cywilna kontrola nad siłami zbrojnymi polegała dotąd na tym, że między komunistycznym wojskiem (komunistycznym w sensie i organizacyjnym, i zasobów ludzkich) i demokratycznymi we własnym rozumieniu rządami utrzymywał się stan równowagi – „żyj i daj żyć innym”. Cywilnej kontroli z prawdziwego zdarzenia, polegającej na traktowaniu wojska jako jednej z wielu struktur państwa, i stawianiu przed nim konkretnych wymogów – instytucjonalnych i społecznych – nigdy nie było. Czy teraz coś się zmieni? Zobaczymy. Nie ma jednak co się łudzić: żeby Polska miała system obronny z prawdziwego zdarzenia zamiast obecnej korporacji społeczno-zawodowej utrzymywanej z podatków, muszą być wypełnione trzy warunki minimum: siły zbrojne muszą zostać zbudowane od nowa, na surowym korzeniu, doktryna obronna musi być opracowywana pod kątem realnych potrzeb obronnych społeczeństwa i polityki międzynarodowej państwa przez niezależne od armii, ale fachowe struktury, polityczna kontrola nad siłami zbrojnymi musi przede wszystkim opierać się na tworzeniu takiej doktryny obronnej i ścisłym rozliczaniu wojska z jego zadań w tej doktrynie ujętych.

Czas (i to chyba najbliższy) pokaże, czy dokona się to na modłę likwidacji WSI – z marsem na czole i z rozliczeniem czerwono-złodziejsko-sowieckiej przeszłości wojska, czy w stylu PO – demontażu przez złe zarządzanie. A może kompleks trepów i trepoidów, rękoma prezydenta i jego orszaku, zdoła przedłużyć sobie dolce far niente?

FRD
O mnie FRD

felis domesticus, a czasem silvestris

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (8)

Inne tematy w dziale Polityka