FRD FRD
335
BLOG

20120914

FRD FRD Polityka Obserwuj notkę 2

 

12 września, tj. w ubiegły wtorek środę, sejmowa komisja edukacji, nauki i młodzieży rozpatrywała, czy zarekomendować Sejmowi wniosek PiS o uchwalenieustawy o nauczaniu historii w gimnazjach i szkołach ponadgimnazjalnych oraz o zmianie niektórych innych ustaw(projekt ujęty jest w druku sejmowym nr 411), powstały w reakcji na znane zmiany w programie nauczania historii oraz głośne protesty, które ogłoszeniu tych zmian towarzyszyły.

Wg serwisu prasowego PAP, poseł Kazimierz Michał Ujazdowski (PiS), który referował wniosek stwierdził na posiedzeniu komisji, w imieniu autorów projektu, [że] nowelizacja ustawy ma być gwarancją nauczania historii, która nie jest zwykłym przedmiotem szkolnym, lecz „sercem edukacji patriotycznej i obywatelskiej”. Dlatego - jak zaznaczył – powinna być przedmiotem odrębnym, integralnym i kompletnym. Mówił też, że dobrze nauczana historia uczy, wychowuje społeczeństwo kreatywne, zdolne do samodzielnego myślenia. „Marginalizacja humanistyki absolutnie nie jest wyrazem nowoczesności” – ocenił. Oprócz posłów wypowiedział się także Aleksander Pawlicki, ekspert MEN, obecnie nauczyciel w I Społecznym LO „Bednarska” im. Maharadży Jam Saheba Digvijay Sinhji  w Warszawie, niegdyś nauczyciel w szkole im. Cecylii Plater-Zyberk w Warszawie, dalej wg sprawozdania PAP: nauczyciel historii, jeden z autorów podstawy programowej nauczania. „W szkole, gdzie uczę – to jest liceum – jest nadal realizowana dawna podstawa programowa nauczania. Ta podstawa i ten sposób uczenia (…) ma z pewnością trzy cechy: jest przedmiotem odrębnym, integralnym, kompletnym i uczniowie nie chcą na nią chodzić. Trzeba ich bardzo dyscyplinować, aby zgodzili się na nią chodzić” – powiedział. Pytał autorów nowelizacji: jaki jest związek „pomiędzy tym, że program jest kompletny, integralny – cokolwiek znaczą te przymiotniki – a tym, że jest uczony dobrze?”. Swoje wystapienie Pawlicki zakończył słowami: „Tyle tu dobrych rzeczy nasłuchałem się na temat historii. Wzruszyłbym się i zachwycił, gdyby nie to, że za moimi plecami stoi bogini Klio i mówi +pamiętaj, ty nie ucz mnie na kolanach, ty ucz mnie dobrze+”. Częśc posłów nagrodziła je oklaskami.

Oprócz A. Pawlickiego w posiedzeniu komisji wziął również udział podsekretarz stanu w MEN, Mirosław Sielatycki, który również opowiedział się za odrzuceniem wniosku opozycji.

Wniosek o zarekomendowanie sejmowi przyjęcia proponowanej ustawy, głosami 21 (na 31 obecnych), członków komisji został odrzucony (komisja liczy ogółem 40 członków, w większości anonimowych posłów).

Pełny zapis posiedzenia komisji nie jest jeszcze dostępny na stronie sejmu (najświeższe dostępne tam stenogramy dotyczą posiedzeń komisji, które miały miejsce w lipcu).

Aleksander Pawlicki wypowiadał się już dużo wcześniej jako ekspert MEN, używając również metafor:

"Odwołam się do ewangelicznej mądrości, która powiada, że +nie należy lać młodego wina do starych bukłaków, bo i bukłaki pękną i wino się zmarnuje+. I dokładnie tak samo jest ze zmieniającą się młodzieżą. Nie można tej młodzieży napełniać historią uczoną tak jak uczono naszych pradziadków, dziadków i wreszcie nas samych" - powiedział Aleksander Pawlicki, który odwołał się także do swoich doświadczeń jako nauczyciela historii. "Nowa podstawa programowa sformułowana w języku wymagań stawia przed nami nauczycielami zadanie, aby wszyscy uczniowie nauczyli się historii, żebyśmy mieli pewność, że nie zależnie od tego, czy ktoś myśli o studiach humanistycznych czy o politechnice, zna historię Polski (...). Zastanawialiśmy się nie nad tym czego uczyć, bo to mniej więcej wiadomo, ale jak to zrobić. Ta reforma jest odpowiedzią na to jak to zrobić lepiej, skuteczniej, sprawniej" - dodał.

 

Nauczyciel, który demaskuje program nauczania jako nudny, który wymaga dyscyplinowania uczniów, by zgodzili się (sic!!!) chodzić na lekcje prowadzone w zgodzie z tym programem (nie chcę używać określenia realizować podstawę, ze względu na jego ubecko-policyjny rodowód), a swe wywody kończy strawestowaną anegdotką o Janie Styce i Jezusie, chyba więcej uwagi przywiązuje do piękna dźwięku swego głosu, niż do rzeczywistego sensu wypowiadanych słów. Historyjka o Styce, któremu Jezus miał mówić: Janie, ty mnie nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze, w złośliwy sposób kwitowała deficyty stylistyczne malarstwa Styki połączone z jego religijną egzaltacją. Gdy tę anegdotkę dzisiaj opowiada o sobie nauczyciel, w miejsce Jezusa podstawiając Klio (nb. muzę, nie boginię), albo chce powiedzieć, że ci, którzy chcą nauczać inaczej niż on chce, są sensatami z deficytami warsztatowymi, albo – niechcący – kpi sam z siebie. Najwyraźniej jednak tymi Stykami nauczania historii mieliby być posłowie-wnioskodawcy, i to z nich A. Pawlicki miałby kpić. Uprzednio wypowiedziane retoryczne pytania, czy można ów trójprzymiotnikowy zarys nauczania historii połączyć z jakością nauczania, obnażają z kolei deficyty poznawcze eksperta MEN. Jakość nauczania, w ostatecznym rozrachunku, zawsze jest zależna od jakości pracy nauczyciela. Program nauczania może w tym pomóc, może przeszkodzić. Jeżeli ktoś przeciwstawia nauczanie jego programowi – jak zrobił to A. Pawlicki – to tak naprawdę nie argumentuje, ale używa chwytu erystycznego. Trudno przy tym nie zauważyć, że opowieści o uczniach, którzy nie zgadzają się na konkretny model nauczania, to świadectwo osobistej klęski nauczyciela i instytucjonalnej porażki szkoły. Nie znam ucznia, który nauki szkolnej nie uważałby w pewnym stopniu za nudną i polegającą na przymusie. Tu jednak okazuje się, że nauczyciel musi negocjować z uczniami zakres nauki, i ich specjalnie dyscyplinować; moim zdaniem, wynika to wcale nie z takiej czy innej zawartości programu nauczania, lecz z podejścia do nauki i formacji – przede wszystkim wspólnoty szkolnej i nauczyciela, w dalszej kolejności jego uczniów oraz – nigdzie tu nie wymienionych, lecz mających niebagatelnie ważkie zdanie (zwłaszcza w szkołach tzw. społecznych) – rodziców. Tak, zredukowany, lecz tradycyjny model nauczania nie pasuje do pseudoliberalnych eksperymentów.

 

Nie wiem, czy problem nowej podstawy programowej – czy to nauczania historii, czy to nauk przyrodnicznych i ścisłych, które ucierpiały nie mniej – da się załatwić dekretując ustawą sejmową konkretną liczbę godzin lekcji. Za takim dekretem musiałoby iść ponowne opracowanie takiej podstawy i rewizja używanych podręczników – to wszystko chyba za dużo jak na biedne głowy naszych panów posłów. Protest w sprawie nauczania historii, jaki dał początek temu projektowi ustawy (a który, jak podejrzewam, w głosowaniu przepadnie), mógłby jednak dać początek ruchowi społecznej pieczy nad edukacją – a dodajmy, protest ten zebrał ludzi w pracy społecznej doświadczonych. Krótko mówiąc, praca ministerstwa i jego ekspertów wymaga recenzji i konkurencji. Inaczej, sprawa zostanie załatwiona biurokratycznie, jak na tej komisji sejmowej: „no, widzicie państwo, my tu się staramy, pracujemy, piszemy te podstawy, ŻEBY BYŁO LEPIEJ, przecież to wszystko dla dzieciaczków, przyszłości naszej, a wy tu coś mącicie, pan ekspert ładnie wyjaśnił o co chodzi, no, głosujemy, do widzenia”.

 

Moim zdaniem, mamy do czynienia z kryzysem edukacji, którego nie da się skwitować bon-motami, okrągłymi zdaniami i łatwymi receptami. Jedną z przyczyn kryzysu jest błędne, moim zdaniem, przekonanie, że można przekształcić nauczanie w liceach i gimnazjach na podobieństwo wizerunku edukacji uniwersyteckiej, zredukowanego do swobodnej dyskusji i wymiany myśli (ale już bez przekazywania szczegółowej wiedzy i ćwiczeń warsztatowych). To ładnie wygląda w ekspertyzach ministerialnych i w artykułach w „Tygodniku Powszechnym” czy wywiadach w TVN – ale sprawdza się tylko w konfrontacji z obniżonymi standartami nauczania w szkolnictwie wyższym i obniżonymi wymaganiami wobec dzieci elity ze szkoły przy ul. Bednarskiej.

Po marksistowsku mówiąc, konflikt wokół zmian podstawy programowej nauczania historii (ale faktycznie dotyczący  – co uszło niezauważone! – również zmian w programie nauczania przedmiotów przyrodniczych i ścisłych) jest tylko symptomem procesu, który nieuchronnie prowadzi do upadku znanych form i struktur. Szkoła jest jednak instytucją, która ma jakieś dwa i pół tysiąca lat, i można próbować ją reformować – ale jakie będzie miało to skutki dla społeczeństwa, którego edukacja szkolna jest trwałym elementem? Trzebaby zabrać się do modernizowania społeczeństwa, hej ho, panowie inżynierowie dusz.

 

 

Przewodniczącym sejmowej komisji edukacji, nauki i młodzieży jest Bramora Artur, poseł Ruchu Palikota, absolwent Prywatnego Policealnego Studium Optycznego (nie wiem gdzie, ale przypuszczam, że w Częstochowie), kierunek: Optyka Okularowa, które ukończył w pamiętnym powodzią roku 1997. Nigdy wcześniej o nim nie słyszałem, niestety (albo i na szczęście). Pomysł, żeby poseł RuPa był przewodniczącym tej komisji odpowiada najwyraźniej horyzontom umysłowym całej legislatury. Nb. członkami tej komisji są również poseł doktor nauk mniemanologicznych Bauć Piotr Paweł, o którym kiedyś tu pisałem, a który niegdyś dywagował nt. inteligentego używania marihuany, oraz Poznański Marek, magister archeologii obroniony na UMCS, który tego samego 12 IX w oświadczeniu z trybuny sejmowej mówił o tym i o owym, a głównie o tym, że nauka religii w szkołach za dużo kosztuje.

FRD
O mnie FRD

felis domesticus, a czasem silvestris

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Polityka