12 września, tj. w ubiegły wtorek środę, sejmowa komisja edukacji, nauki i młodzieży rozpatrywała, czy zarekomendować Sejmowi wniosek PiS o uchwalenieustawy o nauczaniu historii w gimnazjach i szkołach ponadgimnazjalnych oraz o zmianie niektórych innych ustaw(projekt ujęty jest w druku sejmowym nr 411), powstały w reakcji na znane zmiany w programie nauczania historii oraz głośne protesty, które ogłoszeniu tych zmian towarzyszyły.
Wg serwisu prasowego PAP, poseł Kazimierz Michał Ujazdowski (PiS), który referował wniosek stwierdził na posiedzeniu komisji, w imieniu autorów projektu, [że] nowelizacja ustawy ma być gwarancją nauczania historii, która nie jest zwykłym przedmiotem szkolnym, lecz „sercem edukacji patriotycznej i obywatelskiej”. Dlatego - jak zaznaczył – powinna być przedmiotem odrębnym, integralnym i kompletnym. Mówił też, że dobrze nauczana historia uczy, wychowuje społeczeństwo kreatywne, zdolne do samodzielnego myślenia. „Marginalizacja humanistyki absolutnie nie jest wyrazem nowoczesności” – ocenił. Oprócz posłów wypowiedział się także Aleksander Pawlicki, ekspert MEN, obecnie nauczyciel w I Społecznym LO „Bednarska” im. Maharadży Jam Saheba Digvijay Sinhji w Warszawie, niegdyś nauczyciel w szkole im. Cecylii Plater-Zyberk w Warszawie, dalej wg sprawozdania PAP: nauczyciel historii, jeden z autorów podstawy programowej nauczania. „W szkole, gdzie uczę – to jest liceum – jest nadal realizowana dawna podstawa programowa nauczania. Ta podstawa i ten sposób uczenia (…) ma z pewnością trzy cechy: jest przedmiotem odrębnym, integralnym, kompletnym i uczniowie nie chcą na nią chodzić. Trzeba ich bardzo dyscyplinować, aby zgodzili się na nią chodzić” – powiedział. Pytał autorów nowelizacji: jaki jest związek „pomiędzy tym, że program jest kompletny, integralny – cokolwiek znaczą te przymiotniki – a tym, że jest uczony dobrze?”. Swoje wystapienie Pawlicki zakończył słowami: „Tyle tu dobrych rzeczy nasłuchałem się na temat historii. Wzruszyłbym się i zachwycił, gdyby nie to, że za moimi plecami stoi bogini Klio i mówi +pamiętaj, ty nie ucz mnie na kolanach, ty ucz mnie dobrze+”. Częśc posłów nagrodziła je oklaskami.
Oprócz A. Pawlickiego w posiedzeniu komisji wziął również udział podsekretarz stanu w MEN, Mirosław Sielatycki, który również opowiedział się za odrzuceniem wniosku opozycji.
Wniosek o zarekomendowanie sejmowi przyjęcia proponowanej ustawy, głosami 21 (na 31 obecnych), członków komisji został odrzucony (komisja liczy ogółem 40 członków, w większości anonimowych posłów).
Pełny zapis posiedzenia komisji nie jest jeszcze dostępny na stronie sejmu (najświeższe dostępne tam stenogramy dotyczą posiedzeń komisji, które miały miejsce w lipcu).
Aleksander Pawlicki wypowiadał się już dużo wcześniej jako ekspert MEN, używając również metafor:
Nauczyciel, który demaskuje program nauczania jako nudny, który wymaga dyscyplinowania uczniów, by zgodzili się (sic!!!) chodzić na lekcje prowadzone w zgodzie z tym programem (nie chcę używać określenia realizować podstawę, ze względu na jego ubecko-policyjny rodowód), a swe wywody kończy strawestowaną anegdotką o Janie Styce i Jezusie, chyba więcej uwagi przywiązuje do piękna dźwięku swego głosu, niż do rzeczywistego sensu wypowiadanych słów. Historyjka o Styce, któremu Jezus miał mówić: Janie, ty mnie nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze, w złośliwy sposób kwitowała deficyty stylistyczne malarstwa Styki połączone z jego religijną egzaltacją. Gdy tę anegdotkę dzisiaj opowiada o sobie nauczyciel, w miejsce Jezusa podstawiając Klio (nb. muzę, nie boginię), albo chce powiedzieć, że ci, którzy chcą nauczać inaczej niż on chce, są sensatami z deficytami warsztatowymi, albo – niechcący – kpi sam z siebie. Najwyraźniej jednak tymi Stykami nauczania historii mieliby być posłowie-wnioskodawcy, i to z nich A. Pawlicki miałby kpić. Uprzednio wypowiedziane retoryczne pytania, czy można ów trójprzymiotnikowy zarys nauczania historii połączyć z jakością nauczania, obnażają z kolei deficyty poznawcze eksperta MEN. Jakość nauczania, w ostatecznym rozrachunku, zawsze jest zależna od jakości pracy nauczyciela. Program nauczania może w tym pomóc, może przeszkodzić. Jeżeli ktoś przeciwstawia nauczanie jego programowi – jak zrobił to A. Pawlicki – to tak naprawdę nie argumentuje, ale używa chwytu erystycznego. Trudno przy tym nie zauważyć, że opowieści o uczniach, którzy nie zgadzają się na konkretny model nauczania, to świadectwo osobistej klęski nauczyciela i instytucjonalnej porażki szkoły. Nie znam ucznia, który nauki szkolnej nie uważałby w pewnym stopniu za nudną i polegającą na przymusie. Tu jednak okazuje się, że nauczyciel musi negocjować z uczniami zakres nauki, i ich specjalnie dyscyplinować; moim zdaniem, wynika to wcale nie z takiej czy innej zawartości programu nauczania, lecz z podejścia do nauki i formacji – przede wszystkim wspólnoty szkolnej i nauczyciela, w dalszej kolejności jego uczniów oraz – nigdzie tu nie wymienionych, lecz mających niebagatelnie ważkie zdanie (zwłaszcza w szkołach tzw. społecznych) – rodziców. Tak, zredukowany, lecz tradycyjny model nauczania nie pasuje do pseudoliberalnych eksperymentów.
Nie wiem, czy problem nowej podstawy programowej – czy to nauczania historii, czy to nauk przyrodnicznych i ścisłych, które ucierpiały nie mniej – da się załatwić dekretując ustawą sejmową konkretną liczbę godzin lekcji. Za takim dekretem musiałoby iść ponowne opracowanie takiej podstawy i rewizja używanych podręczników – to wszystko chyba za dużo jak na biedne głowy naszych panów posłów. Protest w sprawie nauczania historii, jaki dał początek temu projektowi ustawy (a który, jak podejrzewam, w głosowaniu przepadnie), mógłby jednak dać początek ruchowi społecznej pieczy nad edukacją – a dodajmy, protest ten zebrał ludzi w pracy społecznej doświadczonych. Krótko mówiąc, praca ministerstwa i jego ekspertów wymaga recenzji i konkurencji. Inaczej, sprawa zostanie załatwiona biurokratycznie, jak na tej komisji sejmowej: „no, widzicie państwo, my tu się staramy, pracujemy, piszemy te podstawy, ŻEBY BYŁO LEPIEJ, przecież to wszystko dla dzieciaczków, przyszłości naszej, a wy tu coś mącicie, pan ekspert ładnie wyjaśnił o co chodzi, no, głosujemy, do widzenia”.
Moim zdaniem, mamy do czynienia z kryzysem edukacji, którego nie da się skwitować bon-motami, okrągłymi zdaniami i łatwymi receptami. Jedną z przyczyn kryzysu jest błędne, moim zdaniem, przekonanie, że można przekształcić nauczanie w liceach i gimnazjach na podobieństwo wizerunku edukacji uniwersyteckiej, zredukowanego do swobodnej dyskusji i wymiany myśli (ale już bez przekazywania szczegółowej wiedzy i ćwiczeń warsztatowych). To ładnie wygląda w ekspertyzach ministerialnych i w artykułach w „Tygodniku Powszechnym” czy wywiadach w TVN – ale sprawdza się tylko w konfrontacji z obniżonymi standartami nauczania w szkolnictwie wyższym i obniżonymi wymaganiami wobec dzieci elity ze szkoły przy ul. Bednarskiej.
Po marksistowsku mówiąc, konflikt wokół zmian podstawy programowej nauczania historii (ale faktycznie dotyczący – co uszło niezauważone! – również zmian w programie nauczania przedmiotów przyrodniczych i ścisłych) jest tylko symptomem procesu, który nieuchronnie prowadzi do upadku znanych form i struktur. Szkoła jest jednak instytucją, która ma jakieś dwa i pół tysiąca lat, i można próbować ją reformować – ale jakie będzie miało to skutki dla społeczeństwa, którego edukacja szkolna jest trwałym elementem? Trzebaby zabrać się do modernizowania społeczeństwa, hej ho, panowie inżynierowie dusz.
Przewodniczącym sejmowej komisji edukacji, nauki i młodzieży jest Bramora Artur, poseł Ruchu Palikota, absolwent Prywatnego Policealnego Studium Optycznego (nie wiem gdzie, ale przypuszczam, że w Częstochowie), kierunek: Optyka Okularowa, które ukończył w pamiętnym powodzią roku 1997. Nigdy wcześniej o nim nie słyszałem, niestety (albo i na szczęście). Pomysł, żeby poseł RuPa był przewodniczącym tej komisji odpowiada najwyraźniej horyzontom umysłowym całej legislatury. Nb. członkami tej komisji są również poseł doktor nauk mniemanologicznych Bauć Piotr Paweł, o którym kiedyś tu pisałem, a który niegdyś dywagował nt. inteligentego używania marihuany, oraz Poznański Marek, magister archeologii obroniony na UMCS, który tego samego 12 IX w oświadczeniu z trybuny sejmowej mówił o tym i o owym, a głównie o tym, że nauka religii w szkołach za dużo kosztuje.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)