Sprawa węgla mnie zafrapowała. W końcu postanowiłem sięgnąć po lektury nie ruszane od lat prawie dwudziestu, i o prawie zapomnianej już treści, i by sprawdzić, jak to działało gdzie indziej, zerknąłem do pochodzących z lat 1541-1573 rachunków kuźnic i hut stali Robertsbridge i Panningridge w Sussex, by zobaczyć, czy jest tam mowa o węglu kamiennym. Nie było nic. Rachunki opiewały na koszty drewna, opłacenia wypalenia go na węgiel drzewny, wreszcie zakupu gotowego węgla drzewnego i jego transportu. Sezony aktywności hut także zbiegały się także z sezonami wyrębu drewna – głównie późną zimą. Przez ponad 30 lat działalności kompleks hutniczy Williama Sidneya, a później jego syna, Henry’ego, nie zakupił w ogóle węgla kamiennego.
Tak naprawdę zrodziło to tylko dodatkowe pytania. W Anglii, kraju, gdzie węgiel w czasach nowożytnych wydobywano już na dużą skalę, i rozwożono wzdłuż wybrzeża? Kuźnice w Sussex leżały w dorzeczach spławnych rzek, dostarczenie tam węgla kamiennego nie byłoby jakiś znacznym kłopotem. Sussex, pozbawiony własnych znaczących złóż węgla, lecz z dostatkiem rudy darniowej i z lasami dającymi obfitość taniego drewna (a wraz z nim węgla drzewnego), mógłby być w końcu niereprezentatywny, by wystawić sobie działanie typowej XVIwiecznej kuźnicy, która mogłaby być zasilana także węglem kamiennym. A po drugie, czy te właśnie huty potrzebowały węgla kamiennego? To pytanie wzięło się stąd, że sprzedawały one stal surową (pig iron), przeznaczoną do dalszej obróbki, nie trudniły się poważniejszymi pracami.
Odpowiedź przyniosła nieoceniona książka Fernanda Braudela, w której – obok konstatacji, że większość wynalazków, surowców i procesów potrzebnych do uruchomienia rewolucji przemysłowej była już znana w średniowieczu, a w pewnych regionach toczyła się ona już w wieku XV – znalazłem wskazówkę w gruncie rzeczy decydującą o wszystkim: węgiel kamienny nie nadawał się do wytopu stali z rudy żelaznej. Wysokoenergetyczne paliwo, wydobywane i używane jako opał już w XI wieku, było zwykle zasiarczone. Stal wytapiana z rudy (nieraz również zasiarczonej) i węgla kamiennego była po prostu marnej jakości – tego problemu nie było, gdy używano węgla drzewnego. Alternatywą było użycie antracytu (który był dość rzadki) lub koksu – który jednak nauczono się wyrabiać z węgla kamiennego dopiero w pierwszej połowie XVII w. (metodą zresztą niemal identyczną, jak ta, którą wyrabiano węgiel drzewny z drewna), a do użycia w wytopie stali zaczęto go używać dopiero w drugiej połowie XVIII wieku, gdy ceny węgla drzewnego wzrosły na tyle, że opłacało się użyć drogiego dotąd koksu.
Czy to jednak zupełnie eliminuje węgiel kamienny z rozważań o rewolucji przemysłowej, a zwłaszcza wyrobu stali? Nie. Węgiel był używany nie tylko do opalania domostw, ale i do wypalania wapna, w rafineriach cukru, do suszenia słodu, wyrobu soli z wody morskiej – wszędzie tam, gdzie potrzebny był wydajny opał. Używany był również do obróbki stali – do rozgrzewania i kucia gotowej i już zahartowanej stali. Liege, „arsenał” Europy zachodniej w XV w., zawdzięczało powodzenie swych kuźni broni właśnie węglowi kamiennemu, wydobywanemu w rejonie zresztą znacznie wcześniej. Węgiel kamienny nie był zatem potrzebny bezpośrednio przy wytopie stali, ale przy jej przeróbce na dużo kosztowniejsze i dużo potrzebniejsze sprzęty (choćby broń) był niezbędny. Rachunki hut z Sussex nie opiewały nań, bo huty te takiego węgla nie potrzebowały – produkowały surowy materiał.
Czy zatem demoniczni bracia Hohenzollernowie, zabiegając o Śląsk Opolski, mogli mieć na uwadze ewentualną eksploatację tamtejszych złóż węgla (nb. już chyba rozpoczętą przez księcia Jana)? Być może. Spławna Odra, i liczne tamtejsze kuźnice, dające surową stal, w połączeniu z wydobyciem węgla kamiennego, mogły stworzyć podstawę do zbudowania kompleksu przemysłowego, produkującego wysokiej jakości – i porównywalnej ceny – przedmioty stalowe – chyba jednak głównie broń. W pobliżu nie było wielkich miast, takich jak Londyn, które mogłyby konsumować surową stal lub gotowe produkty, dla celów nie tylko wojskowych. Jeżeliby zatem w XVI wieku miał powstać na Śląsku koncern państwowo-przemysłowy, to jego domeną byłby raczej bardzo zyskowny handel dalszego zasięgu – handel gwoźdźmi, ale i działami, arkebuzami, zbrojami, rapierami, których Europa Zachodnia potrzebowała wówczas bardzo dużo.
Trochę wątpliwości można utrzymać – czy to dlatego, że księstwo opolskie było lennem cesarskim; w śląskich księstwach lennych cesarz przejmował w bezpośredni zarząd niezarezerwowane literalnie w uprzednich aktach inwestytury tradycyjne uprawnienia książąt – i były to najczęściej regalia, w tym te odnoszące się do własności kopalin. Jak było w księstwach opolskim i karniowskim, trzebaby to dokładnie zbadać (wydanie ordynacji górniczej przez księcia Jana wskazuje, że uprawnienia do tego regale jednak zachował – tzn. mógł wywieść swe prawa z wcześniejszych aktów), nie ma jednak wątpliwości, że jako suweren, cesarz po śmierci bezpotomnego księcia lennika mógł zawarować sobie używanie regaliów.
Czy zatem Hohenzollernowie potrzebowali, oprócz śląskich kuźnic i spławnej Odry, także śląskiego węgla? Mogli to planować, owszem, jak najbardziej. Mogli go potrzebować, gdy już Georg Hohenzollern w posiadanie Śląska wszedł – ale czy musieli? Dożywotni zastaw księstwa opolskiego, słono opłacony, to dość tłusty kąsek, ale czy opłacało się weń inwestować, skoro nie była to jednak własność dziedziczna? Po co budować majątek dla swego wspólnika i zarazem zwierzchnika i rywala? Lepiej już wyeksploatować to, co jest, a było tego niemało. Po podpowiedź można wrócić do wstępu do wspomnianych na samym początku rachunków kuźnic z Sussex. Wydawca dokumentów relacjonując przebieg przedsięwzięcia, wyzierający z wydatków i wpływów firmy, sucho stwierdza fakt, najwyraźniej w przedmiocie badań ewidentny, kłopotów firmy ze zbytem produktu, które rozpoczęły się około 1568 r., spowodowane masowym napływem tańszej surowej stali z Bałtyku – czyli najwyraźniej z krajów Rzeszy, Korony, Prus Książęcych, pewnikiem i Inflant, może Litwy, najprawdopodobniej i z Rosji. Wśród tej tańszej od rodzimej angielskiej stali – mimo kosztów spławu i ekspedycji drogą morską – mogła być też i stal z księstwa opolskiego. Z innego fragmentu dowiadujemy się, kim byli londyńscy kontrahenci hut Sidneyów, skupujący od nich stal do przeróbki – wielu z nich to byli drobni przedsiębiorcy, a niektórzy z nich byli poważnymi kupcami, prowadzącymi również handel z Moskwą.
***
O czym jest ten krótki tekst powyżej? Książka, która przeczytałem (a wcześniej kupiłem u wydawcy i zarazem autora), zawiera sugestie co do celów, jakie przyświecały demonicznym braciom – Albrechtowi i Jerzemu Hohenzollernom – w tym odnośnie do ich zabiegów uzyskania dochodowych władztw w Europie Środkowej. Czy jednak jest to w istocie rzeczy książka o tych kombinacjach, jak też o kulturze materialnej ery wczesnoprzemysłowej, rządach Jagiellonów w Koronie, na Węgrzech i w Czechach, operacjach polityczno-finansowych Fuggerów – tych, którzy woleli pieniądz od papieru, chwiejnej i agresywnej zarazem polityce Habsburgów, koszmarnej klęsce Węgier, wreszcie tzw. humanizmie renesansowym i jego Kulturträgerach? Moim zdaniem nie, mimo, iż nosi wszystkie cechy publikacji popularnonaukowej. To jest książka o nas, a raczej o tym, jak powinniśmy postrzegać teraźniejszość, by rozpoznać nie tylko nasz wspólny interes, ale i nitki interesów obcych lub nam wrogich, a wreszcie nieudolne rządy, jak uchwycić widomy lub skryty kompleks motywacji osobistych, grupowych i ekonomicznych. Nie jest to ‘powieść z kluczem’, w której pod A. Hohenzollerna podstawimy X, pod G. Hohenzollerna Y, pod Kallimacha Alfę, itd. i wszystko nam się wyjaśni. Autor uczciwie mocuje się z przeszłością, tzn. nie konstruuje tego co pisze, by stworzyć namiastkę teraźniejszości, jednak w pewnym momencie oświadcza (nie cytuję dokładnie), że nie będzie odwoływał się do źródeł dziejowych, bo zamierza pozostać przy wywodzeniu podejrzeń. Właśnie konsekwentne stosowanie schematu śledczego: motyw-sposobność-narzędzie, decyduje o piorunującym (choć nieraz odrobinę paranoidalnym) przekazie książki. Dodajmy do tego polot pióra (czy tak to się nazywa) autora, umiejętność ujęcia w skrócie wielkich przestrzeni i planów, by stwierdzić, że owa powieść kryminalno-polityczno-finansowo-hutnicza jest naprawdę świetnym kawałkiem literatury. Oczywiście, autora zawiodły pewne braki w lekturach – z pewnością przydałoby mu się przeczytanie jakiś regularniejszych opracowań o historii owych czasów, bibliografia ujęta na końcu książki hula od Sasa do lasa, i można w niej znaleźć solidne opracowania, m.in. Igora Kąkolewskiego czy Krzysztofa Baczkowskiego, obok powieści Kraszewskiego i popularnonaukowych książeczek. Z pewnością dla wywiedzenia dalszych podejrzeń, czy skorygowania pewnych danych przydałaby się lektura monografii Janusza Kurtyki o Tęczyńskich, pism Janusza Bieniaka o polskim rycerstwie późnego średniowiecza, wspomnianej trzytomowego dzieła Fernanda Braudela (Kultura materialna, gospodarka i kapitalizm XV-XVIII wiek), czy też innych drobniejszych książek, choćby Anny Sucheni-Grabowskiej o polityce własnościowej Zygmunta Starego, lub znanego autorowi Krzysztofa Baczkowskiego o sukcesji Jagiellonów i Habsburgów na Węgrzech. Dość powiedzieć, że tematy, na które autor się porwał, do łatwych i bezdyskusyjnych nie należą. Nie piszę tego, by się czepiać, bądź zwyczajem zawodowych historyków-recenzentów wytykać wszystkie błędy, jakie można znaleźć; wydaje mi się raczej, że autor zyskałby na lekturach więcej, a krytycy nie mieliby się specjalnie czego wieszać. Tacy recenzenci (na razie tylko w internecie), zawodowi historycy, już się znaleźli, i wskazali – jak sądzę, w dobrej wierze – pewnie niedoskonałości książki, umknął im jednak podstawowy fakt: to nie jest książka historyczna napisana przez amatora! To książka o tym, jak interpretować współczesność, jak interpretować węzłowe jej problemy – a że metoda została zastosowana do dekonstrukcji akurat „polskiego złotego wieku”, to tylko zwiększa jej nośność. Przykład historyczny, ujęty w atrakcyjnej formie, ma niesłychaną siłę oddziaływania: do dziś utrzymują się przesądy i stereotypy odnośnie republikańskiego ustroju Rzeczpospolitej przedrozbiorowej, wykute przez Stańczyków, oraz zachwyty nad oświeceniowymi elitami Polski i Litwy przełomu XVIII i XIX w., które wpływają na jak najbardziej nowoczesny – i całkowicie fałszywy – sposób myślenia o polskim społeczeństwie i jego cechach zbiorowych. Jeżeli książka o Jagiellonach, Habsburgach i Hohenzollernach może zmusić czytelników do myślenia o Polsce i Polakach w nowej formie, trzeba spróbować – i autor robi to z talentem i zapałem, który czyni lekturę jego książki przyjemną, by nie rzec: ekscytującą. Błędy? Jeśli idzie i o ujęcie tematu, i o formę, autor cieszy się przywilejem pioniera: ma do nich prawo (choć czasami – jak z wczesnym rozwojem przemysłu – wywala otwarte drzwi). Miałem zresztą do czynienia z historykami-amatorami, i zwykle wiedzą oni wszystko o najdrobniejszych szczegółach – ale nie obejmują spraw i procesów o bardziej ogólnej naturze. Tutaj jest dokładnie odwrotnie, a też powiedzmy, autor, jeśli będzie chciał, szybko uzupełni wiedzę na temat szczegółów. Sądzę zresztą, że każdy zawodowy historyk, po chwilowej konsternacji wynikającej z niesłychanej atrakcyjności tej książki (i, dodajmy, zastosowania schematu zagadki kryminalnej do opisywania przeszłości) i lekkim zdenerwowaniu nonszalanckim podejściem autora do literatury przedmiotu, gdy już ochłonie, walnie się z rozmachem w czoło i krzyknie: więcej takich książek! One robią nam tylko reklamę!
Czy Gabriel Maciejewski, Coryllus, autor tej fascynującej książki, jest nowym Pawłem Jasienicą? Czas pokaże – zresztą podobno pisze już trzeci tom Baśni jak niedźwiedź. Sądząc z okładki (nb., panie Mrówka, nie masz pan racji) cykl będzie miał łącznie tomów cztery – chyba, że oprócz stiuków z żagielków pod kopułą kaplicy w kościele w Tarłowie jako obrazki zostaną wykorzystane inne przedstawienia z tej kaplicy.



Komentarze
Pokaż komentarze (14)