FRD FRD
299
BLOG

20121011

FRD FRD Polityka Obserwuj notkę 10

 

 

Trójpodział władzy jest oczywiście tylko doktryną – dodajmy, doktryną przyjętą powszechnie do stosowania jakieś dwieście lat z kawałkiem po jej sformułowaniu. Przez całe średniowiecze i większą część czasów nowożytnych władza panujących obejmowała nie tylko kompetencje wykonawcze, ale i jurysdykcję, a w wielu przypadkach dzieliła z różnymi ciałami reprezentacyjnymi władzę kreacji ustaw (do dziś zresztą ostateczne zatwierdzanie ustaw – choćby było tylko formalnością – jest prerogatywą głów państwa). Sun Jat Sen do montaigne’owskich trzech władz dodał jeszcze czwartą – kontrolną (co mogło wynikać z pewnych tradycji chińskich – jeśli ktoś się na tym zna, może to jeszcze objaśni).

Co z tego wynika? Doktryna to tylko doktryna, właściwie to tylko kawałek papieru. To, co w istocie tworzy ustrój, to nie tylko doktryna, ale przede wszystkim wspólnota tworząca państwo, jej mechanizmy wewnętrzne i prawa je regulujące, oraz tradycja podejmowania przez nią decyzji i godzenia sporów. W polskiej praktyce możnaby powiedzieć, że owszem, takie pojmowanie ustroju jest prawidłowe, ale w stosunku do Rzeczpospolitej sprzed 1795 r., od biedy przy mocnym naciągnięciu – w odniesieniu do Księstwa Warszawskiego i Królestwa Polskiego do 1831 r. Potem wszystko do reszty diabli wzięli, jeśli idzie o związek ustroju ze społeczeństwem, a jak wiadomo, okres 1918-1939 to raczej czas budowy nowego państwa i społeczeństwa, niż rekonstrukcja tradycyjnej wspólnoty. To samo można powiedzieć o czasach, jakie mamy od 1989 r., z tą istotną różnicą, że w porównaniu z czasami przedwojennymi wszystko idzie o wiele bardziej wieprzowato.

Obecny ustrój państwa wydaje się być wypadkową wielkiej liczby zupełnie przypadkowych tendencji – jest właśnie papierowy, a jedynym elementem trwalszej natury jest konstytucja, ale nie dlatego, by miała jakiś szczególny walor, lecz dlatego, że ma zaporowe warunki zmiany. Gdyby nie to, do zmian w niej dochodziłoby równie często jak w ustawie o VAT czy innym niezwykle ważnym, sezonowym prawie.

Dlaczego zatem mowa o trójpodziale władz (i o tej czwartej, sunjatsenowsko-mandaryńskiej władzy kontrolnej – jak najbardziej zresztą w postaci NIK w Polsce obecnej)? Wydaje się, że uczniacka praktyka naszych polityków dłubania przy prawie i tworzenia obejść wokół jego formalnych zapisów doprowadziła i do tego, że jakikolwiek trójpodział władz nawet przy formalnych zapisach konstytucji przestał dawno istnieć. Proszę zwrócić uwagę, ilekroć publikatory używają zwrotu „rząd przyjął ustawę”? Oczywiście nie chodzi o ustawę, lecz o projekt ustawy, który dopiero ma być przedstawiony pod głosowanie w parlamencie. Ile razy premier lub minister finansów wypowiadał się w tonie kategorycznym o kształcie planowanego dopiero budżetu, podwyżce wspomnianego już VAT lub innych podatków? Okoliczność, iż o kwocie podatków i o budżecie decyduje parlament, stała się najwyraźniej nieważna. Zespolenie sejmowej reprezentacji z rządem stało się już dawno faktem – każdemu zresztą znane jest chyba pojęcie „maszynki do głosowania” i różnych przejawów jego działania, jak np. istnienia w klubie parlamentarnym głównej partii koalicyjnej zakazu zgłaszania poprawek do projektów ustaw zgłaszanych przez rząd. NIK jest tylko instytucjonalnym wcieleniem esprit d’escalier. Sądy z przyczyn personalno – państwowych (kto im ustala budżet, kotki?) też nie są wiarygodne w swej niezawisłości. Gdy weźmie się do ręki przeciętny podręcznik licealny do tzw. WOS-u, zapewne w większości z nich znajdzie się podobną definicję partii: „organizacja biorąca udział w wyborach, by uzyskać władzę”. Zachwianie równowagi między władzami wykonawczą i ustawodawczą na korzyść egzekutywy jest u nas obecne od 1989 r. i wydaje się, że weszło już do kanonu „trybu załatwiania spraw politycznych we wspólnocie”.

Może najwyższy już czas, by przypomnieć panom politykom, że głównym zadaniem partii parlamentarnych jest reprezentacja wspólnoty politycznej (tzn. narodu) – i w ramach tej reprezentacji dzierżenie niepodzielnego prawa do legislacji i ustanawiania podatków i sposobu ich wydawania. Reprezentacji nie można mieszać ze sprawowaniem władzy wykonawczej: ta ma zupełnie inny zakres kompetencji, i nie jest prawdą, że musi ona koniecznie rządzić za pomocą narzędzi parlamentarnych – tzn. manipulowania legislacją. Czy sądy mają prawo swobodnego określania własnego budżetu i negocjacji z legislaturą na takich prawach, jakimi dysponuje władza wykonawcza? A dlaczego nie miałyby go mieć? A czy będą wtedy niezawisłe? Formalnie i po części finansowo tak (choć wolałbym nie wyobrażać sobie wysokości grzywien i orzeczeń o obciążeniach kosztami sądowymi, gdyby istotnie sądom przyznać niezawisłość budżetową). A czy będą personalnie niezawisłe? Z tym byłoby chyba gorzej.

Skoro traktujemy poważnie konstytucję RP, bo nie można jej ad hoc zmieniać, to może należałoby skłonić elitę polityczną do poważnego obserwowania podstawowych doktryn w niej zapisanych – z tą o trójpodziale władz na czele, by papierowe zapisy konstytucyjne wypełnić treścią? Jeżeli nie zaczniemy zmieniać mechanizmu funkcjonowania elity władzy, to najlepsza nawet formalnie konstytucja (system wyborczy, podatkowy, sądowniczy) niczego nie załatwi. A od czego najłatwiej zacząć? Od parlamentu, a raczej jego zawartości: jako wyborcy mamy obowiązek wymagać, by członkowie legislatury i powołane przez nich w porozumieniu z głową państwa władze respektowali zasady podziału swych kompetencji.

FRD
O mnie FRD

felis domesticus, a czasem silvestris

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (10)

Inne tematy w dziale Polityka