Ostatnie tygodnie przyniosły mnóstwo opowieści o wydatkach, jakie nasza administracja państwowa ma zamiar zrobić, by następnie pokryć je – oraz odsetki i dywidendy od pożyczek i papierów wartościowych – wpływami z rozmaitych podatków i majątku państwowego (ale o tym ostatnim nie było już tak głośno): nie można bowiem bez ryzyka założyć, że wydatki te zwrócą się administracji w sposób bezpośredni. Tu spółka Inwestycje Polskie, tam nowe projekty wojskowe, gdzie indziej jeszcze czają się wydatki bynajmniej nieinwestycyjne w sensie materialnym – jak naprzykład zepchnięta na gnuśne barki samorządów edukacja, a wszystko to razem przypomina kukułcze pisklę, które wypchnęło inne pisklęta z gniazda i wyciąga rozdziawiony dziób do nadlatującego zapracowanego rodzica, który niesie pokarm wielokrotnie większemu od siebie i w dodatku nie swojemu ptaszęciu.
Inwestycje, które będą planowane i organizowane przez państwowego molocha? Pomysł godny Hilarego Minca, doprawdy. Właściwie możnaby oczekiwać jeszcze uchwalenia ustaw o planie cztero-, sześcio- czy ileśtamletnim i o przejęciu głównych gałęzi gospodarki narodowej przez państwo. Może należałoby powiedzieć głośno, że Eugeniusz Kwiatkowski nie żyje, a „warszawskie tempo” skończyło się w 1939 r. – krótko mówiąc, nie ma podstaw cywilizacyjnych i kulturowych, by budować etatystyczną gospodarkę, jest za to komunistyczne dziedzictwo antycywilizacyjne, z rezerwatem w administracji i zarządzie majątku państwowego. Jeśli ktoś ma wątpliwości, to niech sobie to jeszcze raz przemyśli – przejezdne autostrady, nieistniejące inwestycje kolejowe i energetyczne, niepotrzebne stadiony nie nastrajają optymistycznie co do sprawności przedsięwzięcia. Jedyne, czego można być pewnym, to kolejne kolosalne długi i podwyżki podatków państwowych oraz opłat komunalnych.* W czasach, gdy zasadna wydaje się raczej powściągliwość w wydatkach państwowych i jak największa wolność gospodarcza, propozycja, by państwo zorganizowało poważną część sektora usług i produkcji (czyli po prostu zakontraktowało sporą część rynku i w ten sposób istotnie zakłóciło stosunki konkurencji), a jednocześnie nieuchronnie podwyższyło podatki, jest chyba, powiedzmy, niezbyt poważna.
Ciekaw jestem, jak te plany monstrualnych wydatków i państwowego zarządzania gospodarką ocenią ekonomiści (mam na myśli poważnych ekspertów, nie felietonistów, którzy porównują kwotę bezrobocia krajowego do średniej EU i wychodzi im, że w Polsce wzrosła ona w liczbach bezwzględnych, ale spadła w stosunku do otoczenia, bo była wyższa od tej europejskiej średniej, a teraz się do niej zbliżyła – co oznacza ni mniej ni więcej, że nie tylko u nas bezrobocie wzrosło, ale i w Unii też, i to szybciej – nie ma się zatem z czego cieszyć). Takie inwestycje planowane przez państwo prawdopodobnie spowodują podwyższoną podaż pieniądza w sytuacji przynajmniej początkowo przeważającego napływu towarów i usług z zagranicy, co może utrudnić rozruszanie krajowej produkcji przemysłowej i naruszyć kurs złotego. Takich działań nie ogłasza się bez subtelnego zaplanowania wszystkich instrumentów ekonomicznych, jakimi administracja państwa może oddziaływać na rynek, i co więcej, nie ogłasza się bez zaplecza intelektualnego, organizacyjnego i ludzkiego, tj. pewnego zasobu myśli technicznej, odpowiedniej liczby inżynierów i wykwalifikowanych pracowników na rynku pracy oraz krajowych firm zdolnych wykonać zamówione prace. Czy takie prace planistyczne przeprowadzono, czy takie zaplecze istnieje, albo czy rząd zrobił cokolwiek, by je skonsolidować? Moim zdaniem brak widocznych wskazówek, by tak było – ten cały plan inwestycyjny to po prostu propaganda, czyli lipa.
Jedną z przyczyn, dla których takie pompatyczne projekty mogą być na wzór bywalca szulerni wyciągane z rękawa przez premiera, jest to, o czym wspomniałem w zapisie z 11 października: parlament nie zachowuje się jak reprezentant podatników, albo przynajmniej główny księgowy, który podlicza słupki, i mówi panie prezesie, na to i to nie będziemy mieć forsy w tym roku. Zwierzchnik administracji przychodzi do legislatury, opowiada z sejmowej ambony swe sny o wydatkach, od których wszystkim nam będzie lepiej, i jest pewien, że nie musi specjalnie ani argumentować, ani przedstawiać wyliczeń, bo to, co mu potrzebne, przegłosują członkowie organizacji politycznej, którą on sam kieruje. Okoliczność, iż parlament jest ciałem reprezentującym zasadniczo wszystkich podatników, jakoś umyka: takie plany powinny jednak zyskać akceptację znaczącej większości tego ciała, choćby z tego powodu, że wchodzą w jego skład reprezentanci także tych podatników, którzy niekoniecznie muszą zgadzać się na wszystkie proponowane wydatki administracji, już nie mówiąc o tym, że podatnicy, lubią rząd czy nie, będą musieli za to wszystko zapłacić. Może należałoby odświeżyć starą zasadę (tak nieszczęśliwie przypomnianą przez urzędującego prezydenta) ucierania większości dla pewnych zasadniczych decyzji?
Pora zatem na kolejną woluntarystyczną propozycję, którą panowie politycy, jak sądzę, z radością mogliby uznać za swoją, w dodatku chyba nie wymagającą zmian w konstytucji w stylu Kukiza. Dlaczego nie podporządkować administracji podatkowej Sejmowi? Rząd może operować składnikami majątku stałego państwa powierzonymi mu w zarząd, oraz zaciągać pożyczki w granicach oznaczonych prawem konstytucyjnym i ustawami budżetowymi, Sejm może subsydiować planowane wydatki i kontrolować ich wysokość wskazując maksymalne kwoty spłat długów zaciągniętych przez rząd, jakich może dokonać planując przyszłe podatki. Fakt, iż powierzono ściąganie podatków administracji rządowej powoduje, że kombinat składający się z fantasty-premiera, Ministerstwa Finansów, urzędów skarbowych i parlamentarnej maszynki do głosowania może sobie ustalać wysokość i rodzaje podatków w dowolny sposób, co prawda formalnie legalny, lecz faktycznie urągający demokratycznemu ustrojowi państwa. Jeżeli to Sejm stanie się realnym kasjerem rządu, panowie posłowie staną się wreszcie tego rządu prawdziwymi partnerami i zyskają kawałek realnej władzy (nie mówcie, że politycy nie są łasi na taką władzę) – a zarazem oczywiste będzie, kto podwyższa i ściąga podatki. Oczywiście, wszelkie tego rodzaju propozycje mogą rozbić się o kolejną kulturową rafę, tj. okoliczność, iż w parlamencie też nie brakuje i nie będzie brakować bęcwałów skłonnych do hojności na koszt wyborców i szafowania niesprawdzalnymi obietnicami. Podejrzewam jednak, że i wśród polityków planujących drogę kariery na stanowiskach obieralnych, a nie w czeluściach administracji, znajdują się ludzie rozsądni i oszczędni, rozumiejący zależność pomiędzy życzeniami wyborców a ich decyzjami przy urnie wyborczej.
W końcu sprzeciw przeciwko silnej władzy rozumianej jako wolność panującego do nieograniczonego zadłużania swej domeny jest elementem polskiej kultury politycznej od XV wieku; czy mamy traktować ją jako umarłą, czy też spróbować wskrzesić?
* Przykład bardzo luźno związany z tematem: gdy wydatki państwa nie mogą być pokryte w jego dochodach, zwykle otwierają się furtki dla przepływu pieniędzy zza granicy. Te pieniądze początkowo mogą być oferowane za nic, ale, nie udawajmy, zawsze jest jakaś cena, najczęściej wykupu zasadniczych uprawnień państwa i wspólnoty obywatelskiej przez obce mocarstwo, por. felieton Jeffa Randalla w Daily Telegraph nt. sytuacji Cypru.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)