612 obserwujących
1599 notek
9301k odsłon
353 odsłony

Odpowiedzialność

Wykop Skomentuj73

 

Historia kataryny nie jest przygnębiająca. Przeciwnie – budująca. Pokazuje, że jak wielkich i skomplikowanych środków musi użyć machina propagandy i kłamstwa, by zwalczać wypowiadającego się gdzieś w Sieci, wolnego obywatela, wolnego człowieka. To doprawdy niesamowita lekcja na temat siły wolnego słowa. Dokładnie w taki zawzięty sposób zwalczali je nasi niemieccy i rosyjscy okupanci w czasie II wojny i po jej zakończeniu wszyscy sowieciarze. Kataryna powinna być więc dumna, że aż tylu ludzi trzeba było zatrudnić i aż takie instrumentarium wykorzystać, by dokonać spektakularnej próby zastraszenia, zaszantażowania i jednocześnie zaszczucia w iście esbeckim stylu – podkreślam – swobodnie wypowiadającego się, zwykłego człowieka. Dołączam się oczywiście w tym miejscu do głosu tych wszystkich przyzwoitych osób, którzy namawiają katarynę do dalszego publikowania, gdyż jej zamilknięcie uznane byłoby przez ludzi sięgających po esbeckie metody za zwycięstwo nad nią. Zapewniam jednocześnie katarynę, że tak naprawdę NIC nie mogą jej oni zrobić od strony prawnej – jeśli zaś spróbują, skrzykniemy takich prawników, że się nie pozbierają i nawet skierujemy sprawę do Trybunały Strasburskiego. Niewykluczone jednak, że będą chcieli katarynę nękać, np. wysyłając papparazzich (czy jakichś przekupnych urzędników skarbowych), ale wtedy tym bardziej trzeba będzie podać ich (a być może i firmę Axel Springer) do sądu, uczynić sprawę skandalem na poziomie międzynarodowym (nie tylko ze względu na walkę z prawem do swobodnej wypowiedzi, ale i za naruszanie prywatności przez prasę).

 

Należy jednak pamiętać, że tu nie chodzi wyłącznie o katarynę. Sam C. Michalski przyznaje, zresztą „ta linia” obowiązywała od samego początku tej akcji, że chodzi o „podobnych jej anonimowych rycerzy polskiego internetu”. Dobrze, że Michalski dodaje od razu „polskiego”, bo widać od razu, jaki region monitoruje. Podejrzewam zresztą, że na temat anonimowych rycerzy niemieckiego internetu nie miałby wiele do powiedzenia w wydawnictwie Axel Springer. Akcja z kataryną ma skutecznie odstraszyć innych od publikowania ostrych komentarzy na temat dziennikarzy i polityków, ponieważ tajemnicą poliszynela jest to, że blogerzy nie tylko zyskali sobie olbrzymią popularność u czytelników, ale i niejednokrotnie zdominowali sferę debaty publicznej, wypierając zawodowych publicystów pracujących dla przeróżnych mainstreamowych mediów. To oczywiście typowe dla naszego kraju, a dla korporacji zawodowej związanej z mediami(nieliczni doprawdy jej przedstawiciele prezentują uczciwą postawę), że w sytuacji wyrastania konkurenta na rynku medialnym, robi się wszystko, by tego konkurenta zniszczyć, a nie podnosi się jakości własnych usług. Na marginesie dodam, że akcja ta wymierzona jest także w I. Jankego oraz salon24, jako – powiedzmy – siedlisko „anonimowych rycerzy”, ale nie wiem, czy sam Janke już to zrozumiał, czy jeszcze nie, bo już wiele razy starałem się tłumaczyć mu te sprawy, co kwitował głuchym milczeniem. Pocieszające jest na razie to, że wyraził ubolewanie z powodu tego, co redakcja „Dziennika” uczyniła katarynie i przyznał się do wstydu z tego względu, że uprawia zawód „co ci, którzy zdecydowali o tej publikacji”.
 

Warto do tej kwestii poruszonej przez Jankego nawiązać. Słowa „dziennikarze” oraz – jak najbardziej - „odpowiedzialność”, odmieniane są przez wszystkie przypadki przez organizatorów akcji „kataryna”. Tymczasem podstawowe pytanie brzmi – a jakimże to dziennikarzem jest Michalski? Jakimiż to dziennikarzami są S. Czubkowska i R. Zieliński? Te pytania zresztą można postawić, rozpisując długą listę ludzi pracujących w rozmaitych ośrodkach propagandy w Polsce, nazywanych eufemistycznie gazetami, stacjami radiowymi czy telewizyjnymi etc. Amerykańska dziennikarka R. Blood w swoim tekście „Weblogs and Journalism: Do They Connect?” (w: Nieman Reports. The Nieman Foundation for Journalism of Harvard University, Vol. 57, no. 3, Fall 2003) podkreśla, że niczyja reputacja, niczyje zatrudnienie w środkach przekazu nie jest jeszcze powodem do nazywania kogoś dziennikarzem – o tym decyduje wierność pewnym zasadom i standardom związanym z tymże zawodem. Jeśli więc ktoś fabrykuje relacje (jak choćby swego czasu J. Blair z „New Yor Timesa”, choć takich historii było więcej – nawiasem mówiąc – także wytropionych i nagłośnionych przez amerykańskich blogerów), posługuje się kłamstwem, zwodzi, dezinformuje czytelników, to w żadnym wypadku nie zasługuje na miano dziennikarza, choćby przepracował w mediach całe życie. Z taką zresztą sytuacją mieliśmy do czynienia w czasach komunistycznej indoktrynacji, kiedy to – jak złośliwie mawiano o ówczesnych mediach – prawdziwe były jedynie nekrologi i wyniki zawodów sportowych.

Wykop Skomentuj73
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale