613 obserwujących
1599 notek
9309k odsłon
10802 odsłony

Witebsk i inne lotniska zapasowe

Wykop Skomentuj328
O Witebsku jako możliwym lotnisku zapasowym mówi dość otwarcie J. Opara w książce „Mgła”: „Z Witebska do Smoleńska, do Katynia kolumną samochodową, kolumną rządową z pełną eskortą milicji i odpowiednich służb federalnych, jechałoby się ze dwie godziny. Niektórzy ludzie (z oczekujących na delegację – przyp. F.Y.M.) czekali przecież na wizytę w Katyniu, na te uroczystości całe życie! Co to są dwie godziny w tej sytuacji?” (s. 185). O tym samym Witebsku też otwarcie, lecz w tonacji nie tyle gdybającej, co spychologicznej, wypowiada się M. Wierzchowski: „Mogliśmy przecież zaplanować lądowanie w Witebsku, jeżeli pułk czy jakieś służby powiedziałyby: przepraszamy, nie wyrażamy zgody na lądowanie samolotu wojskowego w Smoleńsku, bo jego stan techniczny jest zły, bo cokolwiek. Wtedy podjęlibyśmy decyzję, że lądowanie jest na najbliższym lotnisku, w Witebsku (…) skontaktowalibyśmy się z ambasadorem Litwinem w Mińsku, i poprzez oficjalne noty dyplomatyczne lub pisma, prosilibyśmy o zgodę na wylądowanie na terytorium Białorusi. I wtedy lądowalibyśmy, na przykład, półtorej czy dwie godziny wcześniej i byłby czas na przejechanie kolumną. Tak stało się po katastrofie, gdy przyleciał pan premier czy pan Jarosław Kaczyński” (s. 126). Innymi słowy: skoro inni tego lotniska nie proponowali, to i ludzie kancelarii o tym innym lotnisku logistycznie nie myśleli. No ale w ogóle nie myśleli o żadnym zapasowym lotnisku, współorganizując uroczystości?

 
J. Sasin od siebie dodaje już w zupełnie innej tonacji: „Chcę to raz jeszcze wyraźnie powiedzieć: Kancelaria Prezydenta nie przygotowywała tej wizyty od strony technicznej. Od tego były służby państwowe podlegające rządowi. Potem okazało się, że faktycznie nie przygotowano (to oni, ludzie Prezydenta, nie przygotowywali także? - przyp. F.Y.M.) żadnych wariantów awaryjnych. Jeśli samolot z prezydentem nie lądowałby tam, w Smoleńsku, to właściwie nie bardzo wiadomo, gdzie miałby lądować. Trudno wyobrazić sobie, że samolot ląduje gdzieś w Witebsku czy na jakimś innym lotnisku, gdzie nie ma żadnego przedstawiciela jakichkolwiek polskich instytucji, a prezydent jest skazany na wiele godzin siedzenia i czekania, aż ktokolwiek się nim zajmie. Nikt takiej ewentualności nie zaplanował. Z tego, co wiem, ze strony państwa polskiego nic nie zostało przygotowane na taką możliwość  (do tej pory wydawało mi się, że i Sasin je wtedy reprezentuje jako minister prezydencki – przyp. F.Y.M.). Co więcej, jako zapasowe wyznaczono lotnisko w Witebsku, które było tego dnia nieczynne!”.

 
No więc był ten wariant awaryjny czy nie, skoro „wyznaczono lotnisko w Witebsku”? Trudno powiedzieć, gdyż Sasin tu wpada w jakieś rozdrażnienie. Ta tonacja Sasina jest potrójnie zaskakująca, bo przecież 1) wiemy z innych relacji, że takie przygotowania (dotyczące zapasowych lotnisk) od strony instytucjonalnej 10-go Kwietnia właśnie czyniono, a więc nie byłoby tak, że delegacja wylądowałaby w szczerym polu bez komitetu powitalnego; 2) lotnisko w Witebsku po południu było już „czynne”, skoro przyjmowało delegacje z premierem Kaczyńskim i z Tuskiem, więc chyba aż tak bardzo „nieczynne” 10-go nie było; 3) sam Sasin, gdy – wedle jego relacji, bo akurat u A. Kwiatkowskiego nie ma za bardzo pełnego jej potwierdzenia – dowiaduje się, że polska delegacja poleci do Moskwy z powodu kiepskich warunków pogodowych, to wcale się specjalnie nie przejmuje taką „nieoczekiwaną zmianą scenariusza” uroczystości, do nikogo też nie wydzwania, by dowiedzieć się szczegółów, tylko... zastanawia się, jak zapełnić czas oczekiwania na przybycie Prezydenta i osób mu towarzyszących. „W pewnym momencie podszedł do mnie jeden z moich pracowników p. Adam Kwiatkowski (…) i poinformował mnie, że dostał właśnie taką informację przed chwilą, że może zajść okoliczność następująca, iż samolot nie wyląduje na lotnisku w Smoleńsku z powodu trudnych warunków atmosferycznych. (...) Było pochmurno, ale te warunki były całkiem znośne. (…) Nie spodziewałem się jakichś kataklizmów pogodowych. (…) Jeszcze bardziej zdziwiła mnie informacja, że... którą też dostałem od mojego pracownika, że to lądowanie może nastąpić w Moskwie. No, wydawało mi się to jednak dużą odległością od tego miejsca, gdzie się znajdowaliśmy.

 
Zapytałem p. Kwiatkowskiego, skąd posiadł tego typu informację. On wskazał na p. Tadeusza Stachelskiego (…). Ja zaniepokojony tą informacją, chociaż (…) nie zaniepokojony jakoś szczególnie bardzo (…) głównie zastanawiałem się, jak zagospodarować te kilka godzin pewnie, (…) w trakcie których Prezydent będzie mógł dotrzeć na cmentarz, ale stwierdziłem właściwie idąc i szukając p. Stachelskiego, stwierdziłem, że to nie jest większy problem, bo przecież ci wszyscy, którzy tu przyjechali, nie przyjechali przypadkowo (...)

 
Stanąłem obok niego (Stachelskiego – przyp. F.Y.M.) i postanowiłem poczekać, aż skończy tę rozmowę. Ta rozmowa miała dosyć dziwny przebieg, tak jak ja ją słyszałem, bo on się bardzo wyraźnie zdenerwował i prosił, mówił do telefonu, cytuję z pamięci: „To niemożliwe”, „Powtórz jeszcze raz”, „Ale co się naprawdę stało?” (…) To może śmiesznie zabrzmi, nie przypuszczałem, że mogło się stać coś bardziej groźnego, coś gorszego niż to lądowanie w innym miejscu, w związku z czym tak sobie psychicznie zbudowałem taką konstrukcję, że on tak strasznie panikuje z tego powodu, że ten samolot wyląduje gdzie indziej, w związku z czym będziemy tutaj mieli opóźnienie w rozpoczęciu uroczystości.

 
(…) On skończył tą rozmowę, rozłączył ją i zaczął się tak na mnie badawczo patrzeć. Ja w tym momencie zacząłem właściwie go nawet tak dosyć żartobliwie przekonywać: „Panie Tadeuszu, niech się pan nie martwi”, mówię, „jakoś sobie tutaj tę parę godzin poradzimy”” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/one-moment-in-time.html).

 
Z kolei G. Kwaśniewski, kierowca formuły jeden na Siewiernym, albo, jak to określiła Joanna Mieszko-Wiórkiewicz, polski Inspektor Clouseau, przypomina, że ambasador J. Bahr już w drodze na Siewiernyj organizował lotniska zapasowe dla polskiej delegacji, m.in. w Moskwie: „Już z samego rana wiedzieliśmy, że pogoda na lotnisku jest nieciekawa. Mówiło się o tym m.in. podczas śniadania przy stoliku ambasadora. W mieście też było tę mgłę widać, choć nie aż tak gęstą. Ostrzegano, że aby nie zawracać samolotu do Warszawy, należałoby przygotować lotnisko zapasowe. W grę wchodziły tylko dwa: Moskwa i Mińsk. W drodze na lotnisko pan ambasador dzwonił z samochodu do Mińska, do ambasadora na Białorusi i do swojego zastępcy w Moskwie, prosząc o przygotowanie zapasowych lotnisk. Z tego, co wiem, w tym samym czasie, kiedy jechaliśmy na lotnisko, w Smoleńsku zastępca ambasadora w Moskwie już jechał na Wnukowo pod Moskwą. To wszystko działo się zanim "tutka" przyleciała nad Smoleńsk”.

 
Do tego dorzućmy jeszcze relację „NDz” na temat organizowania lotnisk zapasowych dla polskiej delegacji, choć tu już dodatkowo pojawia się Briańsk: „Rankiem 10 kwietnia, przed lądowaniem polskiego tupolewa na Siewiernym, pracownicy Ambasady RP w Moskwie otrzymali informację, że ze względu na niekorzystne warunki pogodowe samolot zostanie skierowany na lotnisko zapasowe. Alternatywą miały być: Briańsk lub podmoskiewskie Wnukowo - ustalił "Nasz Dziennik". Informację taką przekazał polskim prokuratorom attaché obrony ambasady gen. Grzegorz Wiśniewski. Wiśniewski, który oczekiwał w Smoleńsku na prezydencką delegację, nawet nie wysiadł z busa, którym przyjechał. Był przekonany o przekierowaniu maszyny. Mówił mu o tym Grzegorz Cyganowski, drugi sekretarz ambasady RP w Moskwie.

 
Na około półtorej godziny przed planowanym lądowaniem rządowego tupolewa na smoleńskim lotnisku Piotr Marciniak, pełniący obowiązki zastępcy ambasadora RP Jerzego Bahra w Moskwie, który 10 kwietnia nie był obecny w Smoleńsku, otrzymał informację od Grzegorza Cyganowskiego, drugiego sekretarza Ambasady Rzeczypospolitej Polskiej w Moskwie, że z uwagi na złe warunki pogodowe, jakie panują nad Smoleńskiem, planowane jest lądowanie samolotu Tu-154 na moskiewskim lotnisku Wnukowo. Pod uwagę brano też lotnisko w Mińsku lub Witebsku”.

 
Na tym wszelako nie koniec. Sami Ruscy zaklinali się zrazu 10-go Kwietnia na wszystkie ruskie świętości niedługo po „katastrofie”, że proponowano polskiej delegacji zapasowe lotniska, ale załoga odmówiła skierowania rządowego tupolewa gdzie indziej (http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20110331&id=po01.txt) jak na zamgloną ruską bagnistą łączkę przed fabryczno-wojskowym lotniskiem w Smoleńsku. Swoim czerwonym sowieckim autorytetem i niebieskim mundurem zaświadczał ten fakt sam gen. A. Aloszyn.
 
Aloszyn
 
Gdyby i tego było mało, to nawet w Centrum Operacji Powietrznych w Polsce, gdzie, jak wiemy, o „wypadku” dowiedziano się dopiero chyba pół godziny „po fakcie”, rozważano czy delegacja nie wyląduje czasem w Witebsku albo w Briańsku (http://www.wprost.pl/ar/215934/Oficerowie-monitorujacy-lot-Tu-154-Witebsk-jest-na-Bialorusi/) (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/briansk-i-okolice.html). Niestety, wątku zapasowych lotnisk nie tykały się za bardzo żadne polskie mainstreamowe media, gdyż przekaz z Kremla i neosowieckich agend typu „MAK”, był taki, iż NIE było żadnego przekierowania, NIE było żadnego przelotu na inne lotniska, a więc NIE ma czego tam szukać.

 
Pojawia się jednak pytanie: skoro ORGANIZOWANO (vide Bahr i jego współpracownicy) przygotowania do przyjęcia polskiej delegacji i w neo-ZSSR, i na Białorusi (czy też ściślej: w Białoruskiej SSR), to chyba konsultowano je z pilotami, prawda? W jakiż bowiem inny sposób można by przygotowywać ludzi na dole i uruchamiać odpowiednie dyplomatyczne procedury, jeśliby o tychże działaniach nie została powiadomiona załoga (lub załogi)? Gdzie w takim razie są ślady tych rozmów z polskimi pilotami?

 

Wykop Skomentuj328
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale