613 obserwujących
1599 notek
9294k odsłony
6310 odsłon

Pług

Wykop Skomentuj137
Z tego, co się udało zestawić, konfrontując zeznania różnych świadków, a zwłaszcza J. Mroza i S. Wiśniewskiego, ten ostatni dosłownie parę chwil po słynnym i głośnym zatrzymaniu (które było o godz. 8.56 pol. czasu wedle „zegara kamery”) ląduje pod główną bramą lotniska i zaczyna występować w charakterze naocznego świadka katastrofy (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/07/spotkanie-mroz-wisniewski.html), aczkolwiek nie chce on wtedy jeszcze ujawniać swoich personaliów. Występuje „anonimowo” jako źródło informacji, a dopiero dobrą godzinę później, dokładnie o godz. 10.47 pol. czasu (choć nie jest to zapewne relacja na żywo) stanie przed kamerami i drugą bramą lotniska (http://www.youtube.com/watch?v=6dpnnnNoyT8&feature=related 8'41''), by opowiadać swoją niezwykłą historię (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/07/top-secret.html) z „makarowem przy łbie”. „Anonimowa” relacja moonwalkera będzie powtarzana przez różnych dziennikarzy, a nawet przez ruskich milicjantów spotykających polskich dziennikarzy, jak np. J. Olechowskiego (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/red-moon.html), co znaczy, iż Wiśniewski był 10-go Kwietnia najważniejszym świadkiem, jeśli nie świadkiem „jedynym w swoim rodzaju” albo po prostu „jedynym”, choć... nie ma żadnych dowodów na to, iż polski montażysta jakąkolwiek katastrofę faktycznie widział. Po dziś dzień – od tragicznego przedpołudnia kwietniowego – mamy tylko przeróżne opowieści moonwalkera, jak np. tę, chyba mało znaną, w której SW opowiada, jakoby sfilmował lądowanie jaka-40, nie wspomina natomiast, co ciekawe, nic o ile-76:


 
(obszerny, blisko półgodzinny, wywiad w programie „Słowo daję” (w drugiej połowie kwietnia 2010) w warszawskim Radiu Plus) (http://chomikuj.pl/garbat/1+Audio/Audycje+Radia+J*c3*b3zef/S*c5*82owo+daj*c4*99+(R.Porzezi*c5*84ski tu link pod nazwą „daj100424”)):


 
Chcąc zarejestrować lądowanie polskich samolotów, bo wcześniej mi się to udało, jak lądował premier Tusk i premier Putin, no wtedy była piękna pogoda, wręcz wymarzona do nagrywania – i mówię, no następnego dnia też sobie nagram  (??? - przyp. F.Y.M.). Postawiłem sobie kamerę w oknie, a że miałem coś do roboty, to robiłem swoje, a kamera sobie nagrywała, a że akurat pogoda była fatalna, mówię, no to co będę nagrywał, jak nic nie widać (…) Była mgła i to bardzo gęsta mgła (…) tak się składa właśnie, że robią zdjęcia, że... kamera sobie pracowała, nagrywała to, co było... Niestety, no, mówię, pogoda była fatalna. Owszem, udało mi się nagrać lądujący pierwszy samolot, ale to trzeba się dobrze wpatrzeć w tą mgłę, by zobaczyć, jak on ląduje. To zrezygnowany mówię (do kogo? - przyp. F.Y.M.)  „No co będę nagrywał?”(…) Podejrzewam, z tego, co pamiętam, to był, tym samolotem (zarejestrowanym przez kamerę przyp. F.Y.M.)  przyleciały ekipy dziennikarskie. On tylko przemknął, tak że trzeba się dobrze wpatrzeć w ten materiał nagrany, żeby go dojrzeć. Ja mówię „No dobra, to zobaczymy, może się pogoda poprawi” i stoi ta kamera. Ja robiłem swoje (...) Przygotowałem materiały, które miały być tłem do transmisji (jakie materiały – przyp. F.Y.M.), później do jakichś innych rzeczy przy okazji, jak to zwykle w telewizji zawsze coś jest do zrobienia.


 
I stojąc w oknie, bo stwierdziłem „Nie ma sensu żadnych zdjęć kręcić”, a jeszcze przy okazji ci robotnicy weszli tam na taki daszek, coś tam remontowali - jeszcze mi strącą albo nawet ukradną, jakby to nie ma co. I zdjąłem tą kamerę właśnie z okna otwartego. I w tym momencie właśnie usłyszałem nadlatujący samolot, a już było trochę za późno, bo wyjąłem kasetę i mówię, no, zanim się zorientowałem, mówię „No dobra”, wyglądam przez okno i zobaczyłem skrzydło, które cięło ziemię, później huk usłyszałem, no i wybuch, słup ognia. No to czym prędzej, jak już miałem otwartą tą kieszeń tego, wyjąłem kasetę, wrzuciłem pierwszą lepszą, którą znalazłem, wziąłem całą torbę, bo mam taki zwyczaj, no i biegiem na miejsce.


 
No i co dalej, no to już było widać, że brnąc po tym błocie, ile się tylko dało, dało się coś cokolwiek nagrać dopóty, dopóki dało się, dopóty Federalna Służba Ochrony, po prostu mnie zatrzymali i wyprowadzili stamtąd przy pomocy właśnie żołnierzy OMON-u.


 
Prowadzący dopytuje jeszcze o chwilę, kiedy moonwalker stał w oknie i moonwalker opowiada:


 
Była tak gęsta mgła, że z odległości mniej więcej czterystu metrów w linii prostej ja widziałem tylko zarys skrzydła(…) Samolot prezydencki to jednak duża maszyna, to nie jest awionetka (…) Kawał, mówiąc nieładnie, metalu, by nie powiedzieć żelastwa teraz, znaczy to brzydko by zabrzmiało... Ale tu jednak spora maszyna. Skrzydło było, że tak powiem, wyglądało prawie jak pług, co podejrzewam, chodząc po tamtym miejscu tragedii, nawet dało się czuć, bo była tam tak głęboka, przeorana, że się nie dało normalnie po niej chodzić.
 
z

 
Skrzydlata orka” jest w tej relacji więc ujęta chyba najbardziej szczegółowo.


 
Niektórzy mi zarzucali „Dlaczego filmowałeś krzaki, a nie samolot?” - no to jak człowiek idzie, brnie po takim błocie, no to stara się, owszem, robić, ale jest przede wszystkim postawa, to, żeby się nie zapaść. Przecież gubiłem buty w tym błocie. I mając świadomość, że jednak coś ważnego, starałem się skupiać na jakichś szczegółach, właśnie na skrzydle, na silnikach. Dopiero podchodząc bliżej, mówię: „To polski samolot”, ale później, jak się przyjrzałem, to jest szachownica i skojarzyłem, że być może jest to samolot kogoś ważnego, ale nie miałem w ogóle pojęcia ani wyobrażenia, że to właśnie przyleciała cała delegacja z Prezydentem na czele.”


 
Mamy zatem wielce osobliwą sytuację: SW czeka na przylot delegacji ze swoją kamerą, ale ją wyłącza, bo nie może filmować, w oknie zaś widzi we mgle „skrzydło-pług” oraz słup ognia, więc jednak załadowuje kamerę i biegnie zobaczyć, co się stało. Idzie na pobojowisko, widzi szczątki samolotu z polską szachownicą i za cholerę nie może tego wszystkiego połączyć z polskim „prezydenckim” tupolewem. Powinno przecież być zupełnie inaczej: SW czeka na przylot (niechby nawet wyłączył kamerę z powodu mgły i blacharzy), ale w momencie, gdy widzi „skrzydło-pług” i wybuch, to traktuje to jako katastrofę polskiego „prezydenckiego” tupolewa. Natychmiast montażysta powinien zadzwonić do TVP, by powiadomić o katastrofie, a nawet, jak sugerowałem wcześniej na blogu, zgłosić wypadek na ruskie pogotowie oraz milicję – potem ewentualnie biec na miejsce z kamerą, po drodze krzycząc do wszystkich (z portiernią włącznie), że rozbił się polski samolot z delegacją i by dzwoniono do szpitali, po pomoc itd. Tymczasem, jak wiemy z wielu relacji SW, on sam o katastrofie dowiaduje się z sms-a od koleżanki z Polski, który, jeśli wierzyć książce „Smoleńsk. Zapis śmierci” (s. 13) brzmi: „TVP Info podaje, że w Smoleńsku rozbił się samolot z prezydentem. Jesteś na miejscu?”. (Nawiasem mówiąc w sejmie w pewnym momencie SW powie, że sms był od „kogoś znajomego z Polski” http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/dark-side-of-moon-2.html)


 
Zachowanie SW w „chwili zero” jest zatem dokładnie takie, jakby NIE doszło do katastrofy „prezydenckiego” tupolewa. Co dalej?


 
W żaden sposób (nie przeszło mu przez myśl na pobojowisku, że to „ten samolot” - przyp. F.Y.M.). Być może dobrze, szczęście w nieszczęściu, że nie wiedziałem, jakiej rangi się to rozbił samolot, z jakimi gośćmi, z jaką obsadą, bo podejrzewam, nie wiem, czy strach, czy przerażenie, czy wręcz szok spowodowałby, że bym stanął i po prostu stał.


 
Jak mógł jednak TEGO właśnie NIE wiedzieć, skoro na TEN samolot czekał, skoro była to godzina przylotu TEGO samolotu i skoro na pobojowisku zobaczył POLSKIE wojskowe oznakowania?


 
...będąc aresztowany, zatrzymany przez służby ochro..., te Federalne Służby Bezpieczeństwa, dostałem właśnie sms-a z Warszawy, że właśnie rozbił się prezydencki samolot, no to zrobiło mi się ciemno w oczach, ledwie co właśnie nie spadłem z tej ławki, na której siedziałem (ławki? Skąd się nagle ławka wzięła, skoro w sejmie powie, iż siedział w ruskiej nysce - przyp. F.Y.M. - no chyba, że w takiej nysce są ławki) . To jeśli będąc w pewnym sensie bezpieczny, nazwijmy to w ten sposób, bo wtedy już wiedziałem, jak mi powiedziano: „Wsiądź do tego samochodu i się ogrzej”, to nie będzie tak źle. Jeśli w tym momencie zrobiło mi się ciemno przed oczami, no to będąc już na samym miejscu, no to podejrzewam, że... (…) podejrzewam, że bym oparł się o drzewo albo po prostu padł jak długi, albo stanął jak słup i nie byłoby żadnej rozmowy, żadnego tematu, nie byłoby żadnych zdjęć i chwila moment zostałbym złapany. Kamera by nic ciekawego nie nagrała. Podejrzewam, tylko nagrałaby tylko moje brudne buty i spodnie, i nic poza tym.


 
Mówiąc krótko, wynikałoby z tych opowieści następujące trzy zdania: 1) SW biegnie na pobojowisko filmować, bo... sądzi, że widział katastrofę innego samolotu. 2) Będąc na pobojowisku SW sądzi, że widział szczątki innego samolotu (choć już wie, że polskiego). 3) Gdyby wiedział, że ogląda katastrofę „prezydenckiego” tupolewa, to by najpewniej niczego nie był w stanie sfilmować i mógłby „paść jak długi” z wrażenia. W takim razie nasuwa się jedno fundamentalne pytanie: z jakiej więc racji zaraz po skończeniu filmowania ląduje pod bramą lotniska i mówi Mrozowi, że... widział katastrofę „prezydenckiego” tupolewa, że jest jej naocznym świadkiem?


 
Jak dobiegałem, znaczy, ja byłem na miejscu przed strażą, ale mniej więcej, jak zdążyłem już dochodzić, to oni już byli. Tak więc można powiedzieć, że byłem pierwszy. Służby te pożarnicze dość szybko przyjechały, bo tam zaraz blisko jest remiza strażacka. Pożaru, jak na tak wielki samolot, który ważył, z tego, co pamiętam, około 100 ton, który powinien mieć co najmniej 2 tony paliwa, no tam prawie się nic nie paliło. Tam się paliły drzewa, które strzelały, bo były mokre. Tak podejrzewano, że są strzały, ale to nie były strzały, po prostu takie trzaski typowe jak dla palącego się drewna. I trochę tam dalej w głębi, to co zresztą było widać na moim materiale, jakieś różne rzeczy (się paliły – przyp. F.Y.M.).  Dlatego wiele osób mnie pyta „Czy widziałeś to, co najważniejsze, a może to najbardziej straszne?”, czyli zwłoki (…) ofiary. Mnie akurat to w pewnym sensie... (…) Nie widząc ani, powiedzmy, ubrań, ani walizek, bagaży jakichkolwiek, czy nawet foteli, że to nie był samolot aż z taką wielką ilością osób na pokładzie (...)
 
O co mnie pytano dzisiaj między innymi np. w prokuraturze wojskowej – nie czułem ani specyficznego zapachu paliwa... Ale nawet jak się rozleje kanister benzyny to przecież śmierdzi, bo to nie pachnie, lecz śmierdzi... (…) Nie było czuć tego zapachu paliwa lotniczego ani takiego specyficznego zapachu palonych ciał. No wiadome, jak czasami ktoś sobie włosy przypali, to mniej więcej wie, jak taki jest zapach. (...)”


 
Jak więc brak ciał na pobojowisku tłumaczy sobie SW?


 
Rozmawiałem z fachowcami techniki lotniczej  – mniej więcej jak ja im opisywałem, jak ten samolot leciał (a mówił niedawno, że nie widział lecącego samolotu tylko „skrzydło-pług” – przyp. F.Y.M.), jak być może się rozbijał – to prawdopodobnież gros tych ciał i zwłok było w dalszej, przedniej części samolotu, które po prostu zostały przez tą siłę hamującą wrzuceni do środka. I tak mówiąc językiem samochodowym – samolot dachował i on przykrył pod sobą szczątki ludzkie. I może dlatego, że dobrze, że tak się stało, mówię, mając obraz przed oczami takiej tragedii, takiej masakry, to podejrzewam, że troszeczkę gorzej bym się czuł niż dzisiaj.
 
c

 
Ale to jeszcze nie koniec – moonwalker próbuje sam wgryźć się w „zagadkę smoleńską” i mówi:


 
...Były fatalne warunki, jeśli chodzi o latanie. To w taką mgłę, będąc pilotem, wydaje mi się, że bym raczej poleciał gdzie indziej. Prawdopodobieństwo, że akurat zepsuło się coś ważnego w maszynie, akurat przed lądowaniem, co mówili fachowcy, jest niewielkie. Tym bardziej, że wiele układów ważnych dla przetrwania samolotu jest zdublowane (…) Prawdopodobieństwo, że ktoś w tym, mówiąc nieładnie, maczał palce, jest też niewielkie, bo Rosjanie jacy są tacy są, czy mniej czy bardziej zadufani w sobie, czy mniej czy bardziej mają skłonności imperialistyczne – wydaje mi się, nie są takimi idiotami. Jeśli ja np. miałbym robić sabotaż, to nie na własnym podwórku („A tam najłatwiej” – wtrąca prowadzący program R. Porzeziński – przyp. F.Y.M.).  No tak, ale w tym momencie ja robię bałagan u siebie i wtedy ja się muszę tłumaczyć, jak zrobię u kogoś na podwórku, to on odpowiada.


 
Wróćmy jednak jeszcze raz do kwestii zatrzymania przez czekistów, bo tu znowu moonwalker odsłania rąbka tajemnicy.


 
Mając świadomość, że to może być samolot jakiś tam, gdzie może być z tego powodu jakiś problem, to przygotowałem się na to, że być może będą chcieli zabrać mi taśmę. W tym momencie, gdy zostawałem już zatrzymywany przez Federacyjną Służbę Ochrony, pokazałem, że chowam kamerę do torby i daję im kasetę, którą miałem wcześniej przygotowaną. I obawiam się, że wśród tych trzech kaset, które akurat dałem, były kasety, które DZIEŃ WCZEŚNIEJ (podkr. F.Y.M.), wcześniej rejestrowałem właśnie przylot samolotów polskiej delegacji i też samolotu Putina. Tak chyba byłoby głupio zaraz do nich się zwrócić o zwrot, bo, że oddajcie mi moje kasety i przewód, który żeście mi ukradli. I to po prostu, to, że ta taśma ocalała, to jest tak: na pewno trochę szczęścia, trochę sprytu, bo później, jak prosił mnie oficer FSB: „Pokaż, co tam nagrałeś”, nie wiem, czy przypadkiem, czy sprytem, przewinąłem do przodu tą tego – patrzy, nic nie ma. No jak nic nie ma, to nic nagrał, to nie ma się co człowieka czepiać, czyli trzeba go puścić.


 
Z relacji sejmowej wiemy, że SW udając się w te pędy na pobojowisko (po ujrzeniu „skrzydlatej orki”), owszem, bierze zapasowe kasety, ale np. nie bierze swoich dokumentów. W cytowanym wyżej, kwietniowym (2010), wywiadzie dla Radia Plus, moonwalker nie wspomina wcale o spotkaniu z „polskim dyplomatą”, który miał Ruskom kazać SW aresztować i zniszczyć mu sprzęt – ale to nas w tym momencie nie musi interesować. Najistotniejsza jest ta kwestia braku bumagi: „nie wpadłem na pomysł, żeby wziąć ze sobą jakikolwiek dokument” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/dark-side-of-moon.html), opowiada, choć doskonale zdaje sobie sprawę, że idzie na ruskie wojskowe lotnisko, niedługo po jakiejś katastrofie i że mogą się pojawić ruskie służby, które kogoś bez bumagi mogą zwyczajnie aresztować, jeśli nie zastrzelić po prostu i doliczyć do „ofiar wypadku”. Wydaje się, że ostatnia rzecz, o jakiej należałoby pomyśleć w sytuacji wycieczki na ruskie lotnisko po lotniczym wypadku, to byłoby niewzięcie dokumentów. Dla ruskich służb sam brak dokumentów u takiej osoby na takim terenie już byłby czymś podejrzanym, nie mówiąc o czyimś paradowaniu z kamerą.
 
 

 
Pisałem w jednym z marcowych postów: Tu wokoło mundurowi pałami niemalże rozganiają dziennikarzy, przewracają ich, szarpią, a akurat jednemu SW żadna krzywda się nie dzieje, mimo że jako jedyny przespacerował bez niczyjej bumagi i bez osobistych dokumentów całą zakazaną, pilnie strzeżoną, ruską zonę z kamerą w ręku. Być może gdyby jako zwykły gap zapodział się, wpadł do zony i się poszwendał po niej po głupiemu, jak pijak nocą po poligonie, to taki wariant scenariusza nieziemskich przygód moonwalkera byłby nawet do przyjęcia. No ale facet przecież ma wideo-dokument w ręku i to dokument bezlitośnie obnażający ruską maskirowkę. I FSB nie bierze go na przesłuchanie, by spytać: czemu nie ma paszportu, dla kogo pracuje, kto go przysłał, kto go poinformował o zdarzeniu, co i kogo widział po drodze itd.? (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/moonwalker-2.html)


 
FSB nawet, jak wiemy (wedle relacji SW), wcale nie zabiera montażyście kasety, na której dokonał historycznego nagrania wideo. Wyjaśnienie tej przedziwnej zagadki może być takie, iż – jak sugerowałem (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/07/dwa-dni-pozniej.html) – materiał moonwalkera nie pochodzi z ruskiego przedpołudnia 10 Kwietnia. Wydaje się bowiem niemożliwe, by pochodził z tego dnia z godziny 8.49-8.56 pol. czasu, tj. by po paru minutach po zatrzymaniu przez czekistów autor zapisu księżycowej wędrówki już mógł swobodnie rozmawiać z Mrozem przy szlabanie o tym, jaką to katastrofę widział. Czekiści bowiem w takiej sytuacji wzięliby takiego „filmowca-amatora” na parogodzinne przesłuchanie (na pewno nie do pobliskiego auta, by się on „zagrzał”), a materiał wideo byłby poddany natychmiastowej konfiskacie przez ruskie służby i dopiero po konsultacjach z politbiurem na Kremlu, wypuszczony do medialnego obiegu lub „zniknięty” (zarchiwizowany przez FSB). Fotoamator nie udzielałby wywiadów na prawo i lewo pod bramą, mając za plecami ruskich mundurowych, tylko składałby bardzo długie i dokładne wyjaśnienia przed ruskim śledczym i sprawdzano by jego koneksje rodzinne (zwłaszcza jeśli byłyby one wojskowe) oraz służbowe.


 
Jeśliby zaś faktycznie było tak, iż parę chwil po filmowaniu polski montażysta ląduje bez żadnych perturbacji przy bramie wjazdowej na lotnisko i odgrywa przed polskim dziennikarzem rolę naocznego świadka katastrofy, to by znaczyło, że w smoleńskiej historii moonwalkera nic nie działo się przypadkiem, a więc, że i on sam jest elementem spektaklu reżyserowanego przez specsłużby (ruskie i polskie). Zwróćmy wszak uwagę na to, co tak naprawdę robi moonwalker z tym wszystkim, co widział, sfilmował, czuł i doświadczał – co robi? Podporządkowuje to w ostateczności ruskiej narracji. Powtórzmy to, co przecież świetnie wiemy: SW był przekonany, że widzi jakąś katastrofę i szczątki jakiegoś samolotu; nie widział ciał, foteli, bagaży etc., nie czuł zapachu paliwa, nie widział miejsca eksplozji, nie widział pożaru itd., a mimo to wystąpił potem jako „naoczny świadek wypadku tupolewa”. Nigdy Wiśniewski nie mówił, że na Siewiernym to nie ten samolot i nie ta katastrofa, nie wystąpił też jako gość, który twierdzi, że kompletnie nic się nie zgadza w tym obrazie katastrofy, jaki dostarcza ruska narracja – wprost przeciwnie, sam włączył się w kształtowanie tego obrazu jako „ocziewidiec” przywoływany przez ruskie media (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/historia-unochoda.html),
 
i
 
 
a wszelkie niejasności związane z tym obrazem osobiście wyjaśniał, odwołując się do „fachowców wojskowych” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/z-punktu-widzenia-fachowcow-wojskowych.html). Nie było ciał, foteli, bagaży itd.? Nic nie szkodzi – były w innym miejscu. Nie było śladów po ryciu samolotu? Nie ma sprawy – samolot lądował na plecach. Nie było na „miejscu zdarzenia” karetek ani akcji poszukiwawczo-ratunkowej? Nic dziwnego – nikt nie miał prawa przeżyć takiej katastrofy.


 
Nic dziwnego zatem też, że w cytowanym wyżej, kwietniowym wywiadzie, moonwalker wyklucza sabotaż na pokładzie samolotu, jak też w ogóle udział czekistów w zamachu. Ruscy nie są idiotami, by przeprowadzać zamachy na swoim terenie, dzieli się z nami swą mądrością Wiśniewski w kwietniu 2010. Zapomina jednak, że 1) to nie idioci przeprowadzają zamachy, lecz ludzie wytrenowani w zabijaniu, 2) właśnie za czasów Putina, jak to obszernie opisywał A. Litwinienko, A. Politkowska i inni, przeprowadzanie zamachów przez ruskie specsłużby stało się jednym ze środków uprawiania polityki i to właśnie na ruskim terytorium.


 
t

 


 

 

Wykop Skomentuj137
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale