612 obserwujących
1599 notek
9299k odsłon
45492 odsłony

Medytacje smoleńskie 6: "godzina Batera"

Wykop

1. „Lądowanie głównego prezydenta”
Pamiętają Państwo zapewne głośną i szeroko komentowaną w Sieci wypowiedź W. Batera z wieczornych wiadomości (10-go Kwietnia) jego macierzystej stacji, w których opowiadał, jak to otrzymał pierwszą wiadomość już o godz. 10.40 rus. czasu, a więc, jak obliczał „4 minuty po katastrofie” (do dziś można ją znaleźć na YT): „Pierwszą informację, że doszło do nieszczęścia otrzymałem telefonicznie od jednego z uczestników oficjalnej polskiej delegacji o 10.40 czasu lokalnego, czyli o 8.40 czasu polskiego, czyli praktycznie 4 minuty po katastrofie.”

Z jego ówczesnych wyliczeń byłaby to więc 10.36 rus. czasu jako „godzina katastrofy” czy też „godzina Zdarzenia”. Nazwijmy tę (zaokrągloną, bo przecież Bater nie mógł ustalić z dokładnością co do minuty, sekundy i setnej sekundy, tak jak to „ustalali” najlepsi radzieccy eksperci) godzinę, na cześć słynnego polskiego korespondenta, który, mam nadzieję, kiedyś zostanie dokładnie w całej sprawie przesłuchany, „godziną Batera”. Takim określeniem posługuję się też w mojej książce i mam nadzieję, że ono się przyjmie, zważywszy na fakt, iż to właśnie Baterowi przysługuje palma pierwszeństwa w „informowaniu o katastrofie”, zdążył bowiem pierwszą swą korespondencję nadać, jak wiemy, już o 9.03/9.04. pol. czasu.  (Słynnych odkrywców trzeba zaś uwieczniać technicznymi określeniami).

Bater więc wylicza wtedy wieczorem 10-go, że do Zdarzenia doszło o 8.36 pol. czasu, bo otrzymał informację o Zdarzeniu od D. Górczyńskiego (który też powinien się szykować do dłuższego przesłuchania) o 8.40 pol. czasu. Zauważmy, że Bater wcale nie liczy tak źle, jak na okoliczności „tamtego dnia”, albowiem już w ciągu tej najdłuższej doby w polskiej historii, czyli 10-go Kwietnia, „wskazówka smoleńskiego zegara” zacznie się wyraźnie cofać, a już wieczorem będzie „wiadome”, iż 8.56 pol. czasu podawana zrazu w mediach jako „moment katastrofy”, to nie jest „ta właściwa godzina”. Będzie zatem „oczywiste” (także dla Batera i innych dziennikarzy), że moment katastrofy zostanie „dokładnie wyznaczony” jako wcześniejszy aniżeli słynna 8.56. Z tej więc godziny 8.56 cofnie się wskazówka na godz. 8.50 pol. czasu (nie tylko w ruskich, najlepiej poinformowanych mediach

1

ale i taką godzinę „zniknięcia z radarów” będzie na wieczornej konferencji z carem Putinem podawał sam S. Szojgu; „Biała Księga”, s. 159), a następnie na smoleńskiej nocnej „konferencji prokuratorów” wskazówka cofnie się jeszcze o 10 minut na godz. 8.40 pol. czasu (por. „Biała Księga” Zespołu, s. 160-161).

Gdyby tego było mało, to elektrownia smoleńska ogłosi, że coś uszkodziło linie wysokiego napięcia o 8.39 pol. czasu, zaś sam S. Antufiew powie wnet, że słyszał dziwny dźwięk silników o 8.38 pol. czasu. Z kolei por. A. Wosztyl (którego także czeka jeszcze niejedno przesłuchanie, choćby na temat tego, dlaczego dwukrotnie zachęcał załogę tupolewa do próbnego lądowania, skoro warunki były „poniżej minimów lotniska”) powie – przesłuchiwany przez polskich prokuratorów - że słyszał silniki tupolewa „około 8.35” („Nowe Państwo”, 3/2011, s. 41; proszę przy okazji sprawdzić, czy na mgielnym sitcomie S. Wiśniewskiego, czyli parapetowym zapisie pogody smoleńskiej, słychać ok. 8.35 silniki tupolewa).

Czy Baterowi udało się wtedy do wieczora 10-go Kwietnia zebrać te wszystkie dane, czy też sądził, iż w ostateczności właśnie na takiej godzinie „katastroficzny zegar smoleński” się zatrzyma, na takiej właśnie godzinie stanie? Tego jeszcze nie wiemy, dość że na pewno nie miał Bater wtedy (10-go Kwietnia wieczorem) powodu do obaw, że jego wyliczenia będą „na wyrost”, a więc, że „wskazówka zegara” jeszcze z tej 8.50 czy 8.40 nie wskoczy na 8.36 właśnie. Czemu bowiem ta wskazówka się tamtego dnia cofała? Po pierwsze: radzieccy eksperci „nie znali jeszcze” zawartości CVR - po drugie zaś: „godzina katastrofy” była, że tak powiem, do ustalenia.

Była ona do ustalenia nie tylko z tego powodu, że 1) niektórzy świadkowie żadnej katastrofy nie widzieli ani nie słyszeli, a więc nie umieli jej usytuować w czasie, ani też z tego powodu, iż 2) radzieccy eksperci dopiero musieli „odtworzyć drogę wypadkową tupolewa”, ani z tego, że 3) wieczorem prokuratorzy po prokuratorsku „ustalili” nadludzkim wysiłkiem woli czy też wynegocjowali, diabli wiedzą, że Zdarzenie zaszło po prostu o 8.40 pol. czasu. Z jakiego więc podstawowego powodu wskazówka się cofała? Z takiego, że, teraz uwaga: „katastrofa smoleńska” wydarzyła się właśnie w okolicy „godziny Batera”, czyli niedługo po 8.30 pol. czasu. (Nie było to zapewne Zdarzenie „punktowe”, ponieważ nakładało się na nie wiele działań naraz, a ze szczególnej teorii względności wiemy, jakie obserwatorzy mogą mieć problemy z ustaleniem czegoś tak subtelnego jak jednoczesność zdarzeń (http://www.daktik.rubikon.pl/fiz_wspolczesna/tw_problem_jednoczesnosci_zdarzen.htm :))).

Taka godzina (8.30/10.30) była w zgodzie z tym, co oficjalnie, odgórnie przekazano ruskim szympansom i co same te szympansy otwarcie głosiły - „lądowanie głównego prezydenta” zaplanowane było bowiem na 8.30 pol. czasu, a więc 10.30 rus.:

09:20:00 Красн. Значит, по плану вот сейчас Як-40 выполнил посадку с этими делегацией и журналистами и Ил-76 вот наш Фролов на заходе сейчас. Там будут машины президентские. В 10.30 посадка основного президента./Znaczy, wg planu właśnie wylądował Jak-40 z tą delegacją i dziennikarzami, a Ił-76, czyli nasz Frołow teraz na podejściu. Tam będą samochody prezydenckie. O 10.30 lądowanie głównego prezydenta.
(...)
09:20:19 Красн. В 10.30 посадка президента./O 10.30 lądowanie prezydenta.

Na godzinę 10.30 rus. czasu (8.30 pol.), czyli (z grubsza ujmując ze względu na przeróżne działania, które się wtedy nawarstwią i ze względu na ruską „precyzję”) zaplanowany jest „początek katastrofy”. O 10.28/10.29, jak wiemy, tupolew znika z radarów w wieży szympansów, o których to szympansach nie musimy teraz deliberować (jeśli chodzi o to, czy były wtajemniczone w maskirowkę, czy faktycznie sądziły, że sprowadzają polski rządowy samolot w gęstej mgle), a tylko przypomnijmy sobie fragment ich dialogów:

10:27:20 РП Анатолий Иванович, ну что с запасными?/Anatolu Iwanowiczu, co z zapasowymi?
10:27:22 Дисп. Ну Витебск, Минск, мы сейчас им скажем (нрзб)./ No, Witebsk, Mińsk, zaraz im powiemy.(niezr.)
10:27:24 РП Давайте побыстрее, а то он.../ Tylko szybciej, bo on jeszcze…
10:27:26 Дисп. Хорошо./Dobrze.
10:27.31 ТЛФ Алло, алло./Halo, halo.
10:27:33 РП Пока не надо./Na razie nie trzeba.
10:27:33 А (нрзб)./ (niezr.)
10:27:40 Красн. До Витебска удаление сколько?/Jaka jest odległość do Witebska?
10:27:51 РП До Витебска х...ня, 120 километров./Do Witebska, ch…owe, 120 kilometrów.
10:27:56 РП Анатолий Иванович, и куда ему выходить надо согласовать. / Anatolu Iwanowiczu, trzeba uzgodnić, dokąd ma odlecieć.
10:28:01 Дисп. Ответил./Odpowiedziałem.
10:28:03 РП И куда ему выходить надо согласовать, точку выхода./I dokąd ma odlecieć trzeba uzgodnić, miejsce odlotu.
10:28:08 Дисп. Жду добро./Czekam niecierpliwie.
10:28:27 РП Не проспать его, с курсом 40 идет, чтобы довернуть его вовремя. Где он б...дь сейчас?/Nie przegapić go, na kursie 40 idzie, żeby go zdążyć doprowadzić. Gdzie on k...a teraz jest?
10:29:05 РП Так, так, так, так, так, б...дь, где-то ж должен быть./Tak, tak, tak, tak, k...a, gdzieś powinien być.
10:29:10 А (нрзб)./ (niezr.)
10:29:20 РП Ё... твою мать, все один к одному, б...дь./ K..wa twoja ma..ć, wszyscy jeden w drugiego, k..a…
10:29:30 А (нрзб)./ (niezr.)
10:29:31 РП Ответил./Odpowiedział.
10:29:33 А (нрзб)./ (niezr.)
10:29:34 РП Где-то 25 километров, пока не наблюдаю./Gdzieś 25 kilometrów, na razie nie obserwuję.
10:29:38 А Ты его не видишь, да? / Ty go nie widzisz, tak?
10:29:39 РП Да, пропал./Tak, przepadł.


O 10.28 rus. czasu pojawia się (vide rus. „stenogramy CVR”) też ten słynny dialog ruskich załóg o zakończonym zrzucie. (O 10.29 rus. czasu pol. załoga mówi o tym, że „wszystko jedno, czy to będzie Mińsk, Witebsk” - vide pol. „stenogramy CVR”;  i zapewne wtedy, podczas zniknięcia z radarów, komunikację z załogą przejmie z powrotem moskiewska kontrola obszaru, kierując tupolewa np. do Witebska, ale teraz nie mówimy o losach polskiej delegacji, tylko o „katastrofie smoleńskiej”).

Nie wchodząc więc teraz w cały gąszcz szczegółów (piszę o tym drobiazgowo w książce), Zdarzenie w Smoleńsku rozpoczyna się o 10.30, ale nie udaje się go Ruskom skoordynować w stopniu doskonałym, tak by doszło do Zdarzenia punktowo, zatem zostaje ono rozciągnięte w czasie na kilkanaście minut. Świadkowie więc (wśród nich szczególnie moonwalker S. Wiśniewski) będą się potem dostosowywać do oficjalnej narracji i korygować swojej zeznania, tak by pasowały do „ustaleń fachowców wojskowych”. Także Baterowi zacznie się „rozregulowywać zegarek” i będzie mówił, że telefon od Górczyńskiego miał np. o 10.45 (http://freeyourmind.salon24.pl/303533,swiadek-bater).

Problemy z zegarkami wielu świadków polegać będą przede wszystkim na tym, że świadkowie będą wiedzieć, iż coś się wydarzyło wcześniej, ale będą musieli mówić, że się wydarzyło później. To przede wszystkim dotyczy „polskiego montażysty”, który, jak można sądzić, ustawił czas swojej kamery dostosowując go do „godziny Morozowa”, czyli do 8.40/8.41, tj. „oficjalnej godziny katastrofy” - nie zaś do realnej, ówczesnej godziny filmowania, która była 10-go Kwietnia wcześniej. Tak, wcześniej. Wiśniewski był na pobojowisku nie o 10.48, tylko zapewne w okolicach 10.38 i niewykluczone, że to sam D. Górczyński każe Wiśniewskiego aresztować i skonfiskować mu sprzęt, bo też już tam jest i może nie chcieć, by ktokolwiek ich na pobojowisku filmował. Czekiści nie zabijają Wiśniewskiego wtedy właśnie z tego powodu, że już na pobojowisku są „polscy dyplomaci”, którzy jako jedni z pierwszych przybyli po... „pierwszej katastrofie”, czyli po rozpoczętym słuchowisku w brzozowym lasku wokół siewiernieńskiej łąki. Niech Państwo posłuchają końcówki księżycowego filmu „polskiego montażysty” - słychać tam wyraźnie (podczas przepychanki z czekistami) okrzyk „Juureek!” (kiedyś zwróciła na to uwagę nieoceniona MME-MZ, tłumacząca dialogi ruskie z kinematografii smoleńskiej). To, myślę, ktoś z „polskich dyplomatów” woła ambasadora J. Bahra (możliwe, że ten już idzie wolnym krokiem od strony ul. Kutuzowa, a jak wiemy z relacji G. Kwaśniewskiego, nie za bardzo wiedzieli, jak znaleźć „miejsce katastrofy” http://polska.newsweek.pl/smolensk--nieznana-relacja-oficera-bor,68588,2,1.html).


2. Rozciągnięcie Zdarzenia w czasie
Dlaczego Zdarzenie jest rozciągnięte w czasie? Po pierwsze: nie wszyscy oczekujący na lotnisku faktycznie słyszą „odgłosy katastrofy”, a więc tylko część osób „spostrzega”, że „coś się stało”. Tym samym część osób dopiero za kilka, kilkanaście minut na pobojowisko dojedzie – zawiadomiona przez tych, którzy już dotarli (tak przecież jest z Bahrem i G. Kwaśniewskim). Po drugie, nieliczni (z Rusków i Polaków) są wtajemniczeni w inscenizację. Po trzecie, na miejscu muszą natychmiast pojawić się ruskie jednostki specjalne udające „straż pożarną” oraz „pierwszą brygadę medycznego pogotowia”.

Raport komisji Burdenki 2 (na s. 102) mówi o przybyciu wozu straży o godz. 10.55 rus. czasu i a pogotowia o 10.58, ale to jest czas przesunięty do przodu (tak samo jak zegar kamery moonwalkera) o ca. kilkanaście minut. Remiza będąca w odległości paruset metrów od „miejsca upadku tupolewa”, a zajęta na czas „operacji Smoleńsk”, przez jednostkę specjalną, maksymalnie w ciągu minuty wysłała pierwszy wóz do „zony Koli”. Sam Kola, usłyszawszy przedziwne odgłosy (z plaśnięciem zrzucanych paru części samolotu włącznie) mógł koło 10.36 (co potem FAPSI mogła przerobić na 10.56, a więc zmieniając zaledwie jedną cyfrę) faktycznie wpaść tuż przed nadjeżdżającą strażą na pobojowisko i zrobić filmik 1'24'', od strony zaś ul. Kutuzowa mógł nadejść niedługo po nim S. Wiśniewski, by nakręcić swój „film życia” - ponieważ na czas przybywania świadków „katastrofy” zona musiała zostać przez specnaz otwarta.

Na chwilę otwarcia (zapewne pilnie, ale dyskretnie strzeżonej do rozpoczęcia operacji smoleńskiej) zony musieli ludzie ruskich służb zniknąć np. po rozpaleniu ognisk, a przybyć „zaraz po nadbiegających i nadjeżdżających” świadkach oraz „strażakach” i „medykach” - bo przecież obecność czekistów przed pojawieniem się świadków byłaby zupełnie niewytłumaczalna (wszak czekiści nie mogli się „spodziewać katastrofy”). Kordon wokół całego „miejsca wypadku” powstać więc mógł dopiero po „okazaniu” całego „wypadku” najważniejszym świadkom, takim choćby jak Bahr czy M. Wierzchowski. Obaj byli znakomicie psychologicznie wytypowani przez zamachowców do obsługi „pierwszego wrażenia po wypadku” – podeszły wiekiem Bahr jako zmęczony życiem, słabo-widzący i schorowany człowiek, zaś Wierzchowski jako młodzieniec mający „psychikę chłopca”, który na widok kilku ludzkich zwłok i fragmentów wraku samolotu ulegnie całkowitemu załamaniu. Obaj świadkowie spełnią jednak to podstawowe zadanie, jakim będzie „potwierdzenie wieści” o tym, że „wsie pogibli”. „Potwierdzenie” na podstawie „wyglądu pobojowiska”, bo przecież 96 ciał ofiar tragedii żaden z nich nie będzie wtedy widział, nie będzie widział nawet przybyły z borowcami koło 9.30 pol. czasu J. Sasin.    

3. Błyskawiczna akcja jednostek specjalnych

Pamiętamy, jak w „Uwagach” (http://freeyourmind.salon24.pl/345616,uwagi-do-uwag) do ruskiego pseudoraportu „polska strona” wyrażała oburzenie, zdziwienie, zdumienie, zbulwersowanie, zszokowanie etc., że nie tylko nie otrzymała opisu przebiegu akcji strażackiej i ratowniczej, ale też pierwsze wozy (straży i pogotowia) przybyły na miejsce katastrofy ca. kwadrans po „wypadku” (por. też „Biała Księga”, s. 122). Trudno się jednak ruskiej stronie dziwić, że nie dostarczyła takiej dokumentacji, skoro chodziło o działania jednostek specjalnych, a nie zwykłej straży i zwykłego pogotowia. Tam wtedy przy pobojowisku nie było żadnej straży ani żadnego pogotowia, tylko właśnie jednostki specjalne mające „zabezpieczyć” miejsce inscenizacji katastrofy.

I przybyły te jednostki w tempie ekspresowym. Natychmiast niemalże. Nie mogły jechać na „miejsce wypadku” przez 15 minut i nie jechały. „Katastrofa smoleńska” wydarzyła się bowiem tuż po 8.30/10.30 i one, te jednostki, niezwłocznie udały się na „miejsce wypadku”. Wiśniewskiemu zaś (a wcześniej Koli) udało się wtargnąć na to niezwykłe miejsce z tego prostego powodu, że „otwarto księżycową zonę” na przyjazd polskich świadków z lotniska. Jak jednak wiemy z tego, co nakręcił i co mówił moonwalker, nie pozwolono mu filmować dalej, gdy dotarł do „zony Koli”, mimo że miał zapas taśm i aparat fotograficzny. Po zatrzymaniu zaś przesiedział kilkanaście minut w towarzystwie czekistów i koło godz. 9-tej go wypuszczono po „uświadamiającej rozmowie w cieniu makarowa”, podczas której powiedziano mu tylko jedną podstawową rzecz: „masz wykasować parametry czasowe ze swego filmu i jeśli powiesz, że to nie jest miejsce katastrofy prezydenckiego tupolewa, zginiesz”. I już. Niedługo po 9-tej więc „polski montażysta” może się pierwszy raz spotykać z równie skołowanym wszystkimi wydarzeniami na lotnisku, J. Mrozem i w wielkiej tajemnicy opowiadać o tym, że ma „film z miejsca katastrofy”, ale że coś jest nie tak z tą katastrofą (tego ostatniego stwierdzenia nikt nie będzie traktował 10-go Kwietnia zbyt serio).

Sam Wiśniewski przyznał w sejmie, że woli być żywym tchórzem niż martwym bohaterem, więc wszedł w ten dil, jaki zaproponowali mu czekiści i zrobił, co do niego należało: usunął parametry zegara kamery, a post factum wstawił takie, jakie zgadzały się z oficjalną narracją. By żyć. Wiśniewski może dziś być jednak żywym bohaterem, jeśli się przyzna do tego, iż dokonał takiej „korekty zegara” na wniosek tych „fachowców wojskowych”, którzy pomagali mu się przygotować do zeznań przed Zespołem Macierewicza, a w ten sposób na pewno ułatwi międzynarodowej komisji śledczej wyjaśnienie wielu spraw związanych z zamachem. Nie on jeden („polski montażysta”) poświadczał nieprawdę w całej sprawie, więc nie musi się obawiać, iż będzie jakąś „czarną owcą”. Cała sprawa bowiem wnet wyjdzie na jaw, a „fachowców wojskowych” zaczną ścigać nowi ludzie. Nie ci, którzy zajęli się osłoną zamachu i pseudośledztwami a la komisja Burdenki czy „komisja Millera”.

Ani „straż”, ani „pogotowie” nie mogły przybyć po 15 minutach na pobojowisko. To było niemożliwe. Niemożliwa była żadna zwłoka, a akcja była skoordynowana. Odwlekanie przyjazdu „straży” i „pogotowia” było niemożliwe wtedy nie dlatego, że Moskwa obawiałaby się jakiegoś „wstydu”, „zdemaskowania ruskiego dziadowania” czy „kompromitacji przed światem” - Ruscy potrafią wszelkie stereotypy z nimi związane wykorzystywać do celów militarno-operacyjnych oraz dezinformacyjnych. Jednostki specjalne udające straż i pogotowie musiały być od samego początku „po chwili wypadku”, aby uważnie obserwować i kontrolować całą „powypadkową” zonę.  W przeciwnym bowiem razie w ciągu 15 minut od pierwszych „odgłosów katastrofy” nalazłoby z okolic lotniska setki takich Kol i innych Wiśniewskich, by sfilmować księżycowe pobojowisko.

Setki ludzi wlazłoby tam i udokumentowało to, że nie ma żadnej katastrofy. Zona więc musiała zostać po chwilowym otwarciu dla wybranych świadków natychmiast zamknięta i otoczona szczelnym kordonem zwłaszcza przed nadciągającymi ludźmi mediów. Co innego bowiem filmik Koli zrobiony komórką, a co innego dokładny podgląd i wideo-zapis „miejsca wypadku” jaki może dać profesjonalna telewizyjna kamera, który może posłużyć później za materiał dowodowy w analizie kryminalistycznej. Podobnie więc, jak niezwłocznie przybyła „straż” i pierwsze „pogotowie”, tak nie zwlekając długo i nie wpadając w żaden hamletowski nastrój „iść/nie iść”, na pobojowisko wyleciał z hotelu Wiśniewski. Był bowiem przekonany, że widział coś dziwnego, co działo się z jakimś małym ruskim samolotem. Na miejscu zaś „okazało się”, że leżą szczątki polskiego tupolewa. Co było dalej, wiemy.

„Katastrofa smoleńska” zaczęła się więc w „godzinie Batera” - stąd właśnie pojawiały się „pierwsze informacje” o „awarii”, „zjechaniu z pasa”, „próbnym lądowaniu”, „rozbiciu się samolotu bez wybuchu” itd. Część osób pojawiła się bowiem na pobojowisku niedługo po pierwszych odgłosach imitujących wypadek, część zaś musiała dopiero dotrzeć, bo nawet nie spostrzegła, że coś się stało. Potem zaś rozkręcona została machina propagandowa z niesamowitymi opowieściami o tym, co wyrabiali polscy piloci nad Siewiernym, a to pochodząc kilka razy do lądowania, a to nie zgadzając się na odejście na zapasowe lotnisko, a to kozakując we mgle, wyglądając ziemi wzrokiem i przede wszystkim spiesząc się na uroczystości.

4. Uwaga do polskich dziennikarzy
Polskim dziennikarzom – tym, którzy nie chcą służyć kłamstwu smoleńskiemu – zalecam więc nieco więcej odwagi, cywilnej odwagi w ujawnianiu tej prostej prawdy, że nie było żadnej katastrofy „prezydenckiego tupolewa” 10 Kwietnia w Smoleńsku. Jest na to mnóstwo dowodów, wystarczy je tylko zebrać i zacząć publikować. Tak bowiem, jak pisał swego czasu prof. J. Trznadel, niezbędna będzie międzynarodowa komisja, która zajmie się sprawą zamachu na polską delegację i zarazem niezbędne będzie powołanie nowego zespołu prokuratorskiego w Polsce, który zajmie się kompleksowym dochodzeniem w sprawie tych „śledztw” (jakie prowadzono, by „ustalić przyczyny katastrofy”, która nie zaistniała). Jest to na pewno historia bez precedensu w dziejach świata. Nigdy do tej pory instytucje państwowe żadnych krajów nie były zaangażowane w coś tak przedziwnego i makabrycznego równocześnie, jak badanie nieistniejącego wypadku lotniczego, a zarazem tuszowanie dokonanego w biały dzień zamachu na wysoką polityczno-wojskową delegację. Nigdy instytucje państwowe kraju, który ucierpiał w wyniku takiego zamachu nie były zaangażowane w coś tak przedziwnego i makabrycznego, jak właśnie tego typu „badanie”.

Sprawa tego zamachu, jako zbrodni przeciwko ludzkości, kwalifikuje się przed Trybunał w Hadze i zapewne w taki sposób zamachowcy będą ścigani. Polskim dziennikarzom, którzy nie chcą służyć kłamstwu smoleńskiemu, a i innym ludziom dobrej woli, pragnę więc powiedzieć, by się nie obawiali ujawniać prawdy, bo tylko w ten sposób może dojść i dojdzie do autentycznego przełomu w całej „smoleńskiej historii”. To będzie zarazem na pewno wstrząs dla wielu osób (nie tylko Polaków), które „wolałyby” myśleć o tragedii polskiej delegacji w kategoriach lotniczej katastrofy, ale wstrząs mam nadzieję ożywczy – zbrodnia z 10 Kwietnia bowiem jest bez precedensu, a więc i bezprecedensowym, fachowym, międzynarodowym dochodzeniem powinna zostać objęta.
* *

5. Uwaga do min. A. Macierewicza

Na koniec prośba osobista do min. A. Macierewicza, by po pierwsze, jako szef Zespołu smoleńskiego zajął się bardziej losami delegacji prezydenckiej niż moją skromną osobą, a po drugie, by nieco mniejszą uwagą darzył kolegów z SKW, którzy, jak sądzę, otoczyli Zespół swą troskliwą opieką, a których to min. Macierewicz darzy najwyraźniej bezgranicznym zaufaniem, a większą uwagą darzył fakty. Po prostu fakty. To na pewno wyjdzie na zdrowie pracom dochodzeniowym Zespołu. Oczywiście można też w ostateczności zająć takie stanowisko (po tym, co napisałem w poście wyżej), że w takim razie należy poprzesuwać wszystkie dane czasowe np. z FMS-a o te kilkanaście minut wstecz i wszystko się zacznie układać na nowo, ale mam nadzieję, że nie o „analizowanie danych FMS-a” chodzi w ustalaniu przyczyn i przebiegu tragedii z 10-go Kwietnia. Przypominam też p. min. Macierewiczowi, właśnie jemu, bo to on nagłośnił swego czasu tę sprawę, że to w „Białej Księdze”, tworzonej pod jego przewodem, napisane jest na s. 101:

11. Zlekceważenie otrzymanego ostrzeżenia o możliwości porwania statku powietrznego
Z wyjaśnień żołnierza Centrum Operacji Powietrznych SP przywołanych w załączniku nr 49 wynika, że 9 kwietnia 2010 r. Dyżurna Służba Operacyjna SZ przekazała ostrzeżenie o możliwości uprowadzenia statku powietrznego z lotnisk jednego z państw Unii Europejskiej. Brak danych świadczących o wpływie tego ostrzeżenia na działania BOR oraz innych osób, instytucji i organów państwowych zaangażowanych w organizację i zabezpieczenie podróży delegacji z Prezydentem RP na czele do Katynia w dn. 10 kwietnia.
Brak reakcji na zagrożenie terrorystyczne obciążą zwłaszcza szefów służb specjalnych i nadzorującego ich premiera D. Tuska
.”


Zagrożenie atakiem na samolot z prezydencką delegacją było i nie tylko nie zostało „wyfantazjowane” przez blogerów, jak to łaskawie raczyła powiedzieć p. A. Gargas, lecz informacja o tymże zagrożeniu dotarła do polskich służb wieczorem przed tragicznym porankiem 10-go Kwietnia. Niech więc koledzy z SKW, którzy krzątają się wokół min. Macierewicza, nieco bardziej zakrzątną się wokół tej właśnie kwestii – kwestii zagrożenia atakiem na polską delegację (np. podczas międzylądowania w jakimś miejscu, by przeczekać mgłę), a nie wokól „wybuchu tupolewa na Siewiernym”. Jeśli bowiem nie zajmą się tym koledzy z SKW, zrobią to wnet służby NATO, które na pewno kolegów z SKW będą po całej sprawie gruntownie weryfikować. Tak jak i innych funkcjonariuszy.

6. Zakończenie
Polska i Polacy weszli do NATO i traktują NATO jako Sojusz, w którym chcą być i który zapewnić im ma bezpieczeństwo. NATO, nie Układ Warszawski i nie armia czerwona, w bojach zaprawiona. Polacy chcą NATO, a więc będą się od NATO i zachodnich instytucji domagać wsparcia w wyjaśnieniu tragedii z 10 Kwietnia. Instytucje polskie w tej sprawie zupełnie zawiodły. Prezydent Obama ma w bieżącym roku wyborów w USA znakomitą okazję, by wykazać się wspaniałomyślnym gestem wobec Polski właśnie postulując i inicjując powołanie takiej międzynarodowej komisji. Polskie instytucje, jak widzimy to po dwóch latach bezowocnego śledztwa w tak poważnej i tak tragicznej sprawie, nie są w stanie na taki gest się zdobyć.

I uwaga zamykająca, znów do dziennikarzy: Szanowni Państwo, nie bójcie się, do żadnej wojny nie dojdzie. W samej Rosji wielu ludzi czeka tylko, by się pozbyć Putina-Miedwiediewa i całej tej mafijnej czekistowskiej kamaryli. Możecie więc Państwo potraktować ujawnianie prawdy o zbrodni z 10 Kwietnia, jako pomaganie gnębionemu przez czekistów, narodowi rosyjskiemu, a więc jako walkę o wolność naszą i ich.
 

Wykop
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Inne tematy w dziale