614 obserwujących
1599 notek
9291k odsłon
27786 odsłon

Zagadka prezydenckiego fotografa

Wykop Skomentuj494

 

Podczas sejmowego przesłuchania M. Wierzchowskiego, jednego z najważniejszych świadków smoleńskich, choć niestety niepamiętającego wielu konkretów z tragicznego 10 Kwietnia, pojawia się kwestia braku na lotnisku Siewiernyj (wśród oczekujących) prezydenckiego kamerzysty i fotografa. Z „opowieści dziwnej treści” (patent na tę frazę komentatora Meszek), jakie serwowali nam podczas swych wielu (nie tylko sejmowych) występów prezydenccy akustycy, dowiedzieć mogliśmy się, iż związani z Prezydentem ludzie mediów udali się „busikiem” (którym jechał ponoć też M. Jakubik towarzyszący potem Wierzchowskiemu na smoleńskim lotnisku) na dwudniowe białoruskie safari wraz z urzędnikami kancelarii. Czemu akurat wtedy, a więc z takim czasowym wyprzedzeniem i w taki dość karkołomny sposób, mieli się udać panowie z medialnej obsługi Prezydenta? Ano dlatego, jak wyjaśniał choćby Wierzchowski w sejmie, „bo był jeden samolot”, zaś prezydencki fotograf by się „fizycznie nie zmieścił” w tymże samolocie.
 
mail śp. K. Doraczyńskiej
 
W przywoływanym przeze mnie mailu śp. K. Doraczyńskiej była mowa o tym, że jakaś ekipa z KP wyjedzie dwoma autami dwa dni przed uroczystościami do Smoleńska, lecz nie było tam mowy o obsłudze medialnej Prezydenta, jak też nie pojawiała się kwestia, kto dokładnie się uda tymi samochodami. Jak jednak wiemy z relacji głównego akustyka prezydenckiego, J. Sasina („Mgła”, s. 36-37), to właśnie Doraczyńska miała jechać jeszcze z kimś – doszło jednak do „zamiany” i akurat Sasin owej wyprawy miał się podjąć:
 
Osobą odpowiedzialną bezpośrednio za przygotowanie wizyty była Katarzyna Doraczyńska, wicedyrektor gabinetu szefa kancelarii. Przez poprzednie ponad dwa lata przygotowywała wszystkie wizyty prezydenta. To ona była wcześniej w Katyniu, rozmawiała z przedstawicielami władz rosyjskich tam, na miejscu, w Rosji. Była wprowadzona we wszystkie sprawy dotyczące wizyty. Naturalne więc było, że to ona powinna wcześniej pojechać i wszystkiego na miejscu dopilnować.
 
Ale tak się złożyło, że zanim jeszcze została wskazana przez Władysława Stasiaka jako osoba koordynująca wizytę w Katyniu, zaplanowała rodzinny wyjazd do Wielkiej Brytanii, do rodziny na święta wielkanocne, które były tydzień wcześniej. Miała wykupione bilety lotnicze, jej powrót z Wielkiej Brytanii był przewidziany na czwartek wieczorem. To uniemożliwiało jej wcześniejszych wyjazd do Katynia, bo żeby dojechać tam i wszystkiego na miejscu dopilnować, trzeba było wyjechać w czwartek rano z Warszawy.
 
Musiałaby wtedy zrezygnować z planów rodzinnych. Umówiliśmy się zatem – była osobą, z którą chyba najbliżej współpracowałem – że ją zastąpię. Wydawało się oczywiste, że jeśli nie ona, to ja powinienem wcześniej pojechać. I tak się umówiliśmy: ja wyjadę w czwartek rano do Smoleńska, a w drodze powrotnej się zamienimy, ja wrócę samolotem, a ona samochodem. (...) W ten sposób uniknąłem lotu 10 kwietnia. Gdyby nie rodzinna sytuacja Kasi Doraczyńskiej, byłbym na pokładzie samolotu. Było to tak oczywiste, że skoro jestem w składzie delegacji na uroczystości w Katyniu, to lecę tym samolotem, że protokół dyplomatyczny w MSZ umieścił mnie na liście pasażerów, mimo że już byłem na miejscu.”
 
Wróćmy jednak do zeznań Wierzchowskiego, którego posłanka E. Kruk dopytuje o kwestię nieobecności prezydenckiego fotografa na Siewiernym. Ten dialog jest bardzo ciekawy, ponieważ obfituje w absurdy, jakimi raczy nas Wierzchowski, usiłując wyjaśnić coś, co nie za bardzo wyjaśnić się daje:
 
EK (44'57'' sejmowego materiału, pytając, czy to było zawsze takie oczywiste, że fotografa czy kamerzysty nie było wśród oczekujących) „A czy to takie było zawsze i oczywiste, że to się jeszcze dopytam, że fotograf i kamerzysta nie towarzyszył jednak ciągle... prezydentowi, właśnie fotografował wyjścia z samolotu i tak dalej? Bo mnie się wydaje, jak pamiętam z innych wizyt, że fotograf towarzyszył cały czas prezydentowi. Przepraszam, ale sama mam takie zdjęcia, jak wychodzę z samolotu...”
MW:  „Mhm, rozumiem. Tylko że wtedy było zawsze tak, że fotograf był na pokładzie samolotu. W momencie, gdy... jest wizyta zagraniczna, to musielibyśmy fotografa wysyłać za każdym razem dwa dni wcześniej... Tutaj...” (dwa dni wcześniej wysyłać fotografa prezydenckiego? – przyp. F.Y.M.)
EK:  „Ja rozumiem, ale ja pytam nie o to. Bo to zrozumiałam, ja pytam o to, dlaczego...”
MW: „Nie, nie, w momencie...”
EK: „jak już [fotograf – przyp. F.Y.M.]był w Smoleńsku, pojechał na cmentarz, a nie od momentu wylądowania pana prezydenta towarzyszył mu, jak zwykle, cały czas...”
MW: „Na przykład, na przykład... Na przykład po to, by mógł sobie rozstawić kamerzysta statyw w miejscu, w którym będzie te uroczystości, których będzie transmisja potem na żywo i żeby rejestrować, a wcześniej kamerą z ręki od samego początku...” (Kruk pyta o fotografa, Wierzchowski opowiada o kamerzyście – przyp. F.Y.M.)
EK: „A fotograf?”
MW: „I fotograf... yyy... tak samo.”
EK: „Też, tak?” (śmiech)
MW (nerwowo): „Nie, fotograf, nie! Tylko, że... w takim układzie musielibyśmy ściągnąć fotografa na lotnisko (w czym problem, skoro to była odległość kilkunastu kilometrów? – przyp. F.Y.M.), pstryknąłby zdjęcie panu prezydentowi, który jest na schodach i wsiada do samochodu. Musiałby potem wsiadać szybko do... do któregoś z... z autobusów i jechać...”
AM: „Tak, żeby przywitać pana prezydenta wcześniej, tak?”
MW: „Tak.”
 
 
Jest to więc czysty, krystalicznie czysty, absurd. Fotograf zwyczajowo i z obowiązku dokumentujący delegacje prezydenckie nie tylko „fizycznie nie zmieścił się” w „prezydenckim tupolewie”, ale nawet na docelowym lotnisku, można powiedzieć (w delegacji oczekującej na przylot delegacji). Fotograf ten nie mógł też (trzymając się logiki Wierzchowskiego) polecieć rano z Okęcia wcześniejszym samolotem (np. jakiem z dziennikarzami) i pozostać na Siewiernym, lecz musiał się tłuc „busikiem” dwa dni wcześniej – i, co najciekawsze, mimo że przybył z tak dużym wyprzedzeniem do Smoleńska, nie mógł się rano pojawić na lotnisku, bo zabrakłoby mu czasu na przejazd na cmentarz w Katyniu. Ta kuriozalna i właściwie skandaliczna sytuacja pozostaje nadal niewyjaśniona, ponieważ ów fotograf nie został jak dotąd przesłuchany przez Zespół. Możliwe jest, że wcale nie zostanie przesłuchany, aż do czasu powołania międzynarodowej komisji zajmującej się tragedią, choć chciałbym się mylić.
 
 
Sprawa „busika” wygląda jeszcze bardziej zagadkowo, gdy się posłucha uważnie relacji Wierzchowskiego na temat białoruskiego safari (od 34'48''). Mówi on: „udaliśmy się tam trz...ema sssamochodami. Znaczy... byłem... Był pan minister Sasin, byłem ja, był pan Adam Kwiatkowski... yy... W drugim samochodzie był... yyy... pan Jakub Opara, pan... pan Dariusz Gwizdała i pan Adam Juhanowicz z biura prasowego... yyy... a trzecim, trzecim mikrobusem... yyy... udało się.. udało się... yy... udali się... mmm... pracownicy biura spraw zagranicznych, yy, fotograf pana prezydenta... yy... kamerzysta, yy... była też druga dziewczyna z... biura prasowego. Ze względu na to, że... yyy... był tylko jeden samolot i... yyy... mmm... fotograf się po prostu fizycznie nie mieścił, tak? Musiał być... Musiał być lekarz... musieli być koledzy z BOR-u, był pan prezydent Kaczorowski, więc automatycznie musiał być... yyy... eee... oficer jego ochrony... śp. Artur Francuz. I i my po prostu udaliśmy się wcześniej z noclegiem, z noclegiem w Mińsku, ze względu na to, że to jest za długa trasa dla kierowcy, żeby... żeby... żeby przejechał.”
 
Wyjaśnienie to jest niezwykle ciekawe, bo można by wywnioskować z niego, iż z powodu wyjątkowych gabarytów fotografa i dość małej objętości tupolewa, trzeba było przy okazji nie tylko samego fotografa, lecz i kilkanaście dodatkowych jeszcze osób wysłać trzema autami dwa dni wcześniej do Smoleńska. Czy nie prościej byłoby całą tę grupę wysłać rano trzecim jakiem-40? Oczywiście ze stosownym czasowym wyprzedzeniem w stosunku do delegacji prezydenckiej, ponieważ w ambitnym planie prezydenckich urzędników było między innymi drobiazgowe sprawdzenie, „czy stoją krzesełka” i czy działa prawidłowo nagłośnienie w Katyniu.
 
No ale wracamy do Wierzchowskiego, który kontynuuje: „I potem podzieliliśmy się... Koledzy Gwizdała, Opara i Juhanowicz byli na cmentarzu w Katyniu, żeby sprawdzić, czy te ustalenia, które... które były... po prostu, czy stoją krzesełka, czy nagłośnienie jest tak, jak ma być, czy wszystko jest... czy wszystko jest... tak... yyy... A my byliśmy, pojechaliśmy do Smoleńska, tam spotkaliśmy się z ambasadorem...” (Kruk dopytuje: „My, to znaczy kto?”) „...znaczy ja, Adam Kwiatkowski i...” (Kruk: „A fotograf, kamerzysta?”) „A oni przyjechali... przyjechali... o ile mnie pamięć nie myli... yyy... pojechali chyba na chwilę do... do Katynia, ale tego nie jestem pewien, bo... bo... nawet nie rozmawialiśmy o tym, czy... czy ktoś tam był... Wiem, że... że... koledzy [z kancelarii – przyp. F.Y.M.] byli, bo rozmawialiśmy telefonicznie. A... w godzinach wieczornych [9 kwietnia 2010 – przyp. F.Y.M.] spotkaliśmy się z ambasadorem Bahrem... z... z... yyy... panem Tadeuszem Stachelskim z protokołu dyplomatycznego (...)
 
Jak widać więc „busik” nieco zanika w opowieści Wierzchowskiego. Niby konwój trzech aut był razem podczas białoruskiego safari, ale gdzieś się po drodze rozjechał.
 
Ciekawostka na koniec. Podczas przesłuchania sejmowego pojawia się jeszcze taka freudowska pomyłka Wierzchowskiego (37'02''): „No i też ustaliliśmy sobie w godzinach wieczornych, że... że podzieliliśmy się, że... że... że Adam Kwiatkowski razem z panem ministrem Sasinem będą czekali na lotnisku, znaczy, nie na lotnisku, tylko na cmentarzu, przy Memoriale, przy wejściu, ja udam się, udam się do...” To przejęzyczenie jednak wcale nie jest nieuzasadnione, wszak sam Sasin coś takiego mówił (iż 9-go kwietnia wieczorem jeszcze planował, iż będzie na lotnisku wśród oczekujących). Co więcej, T. Szczegielniak (częściowo zastępujący śp. K. Doraczyńską podczas przygotowań do uroczystości, gdy ta była na urlopie), o którym wspominałem w poprzednim poście, podczas swego sejmowego wystąpienia mówił, iż  zgłaszano (z wyprzedzeniem) ruskim instytucjom, iż właśnie Sasin, Kwiatkowski i Wierzchowski będą na smoleńskim lotnisku 10-04 rano (14'07'' materiału sejmowego): „Była prośba [Doraczyńskiej – przyp. F.Y.M.] o zgłoszenie yyy... pana ministra Jacka Sasina i dwóch osób mu towarzyszących, pana Adama Kwiatkowskiego i pana Marcina Wierzchowskiego, jak również samochodu i kierowcy na lotnisko... na lotnisko w Smoleńsku”.
 
Ktoś mógłby głupio spytać, czemu więc Sasin z Kwiatkowskim, skoro zostali zgłoszeni, nie towarzyszyli na Siewiernym Wierzchowskiemu? Ileż trzeba tłumaczyć paranoikom smoleńskim, że należało sprawadzić krzesełka i nagłośnienie?
Wykop Skomentuj494
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Inne tematy w dziale