615 obserwujących
1599 notek
9362k odsłony
  19126   0

Telefony (3)

 

Historia telefonów ofiar miała, jak wiemy, kilka takich węzłowych punktów. Po pierwsze, na pewno telefonować miał sam śp. Prezydent do swego brata, po drugie dzwoniła do męża śp. I. Tomaszewska, po trzecie zaś miała być nagrana na poczcie głosowej dramatyczna wypowiedź śp. L. Deptuły. Ponadto jednak była opowieść „ruskiego strażaka” o „dzwoniących komórkach” na pobojowisku (http://www.fakt.pl/-quot-W-ciszy-dzwonily-tylko-telefony-quot-,artykuly,84175,1.html) – wprawdzie nie nagrały się one, niestety, podczas przemarszu słynnego moonwalkera, lecz od czego jest praca innych montażystów? Oto w załganym do szczętu filmie dokumentalnym „Syndrom katyński”, jak kiedyś zwracałem uwagę, jest pokazany materiał S. Wiśniewskiego z dogranymi odgłosami odzywających się komórek (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/02/telefony.html). Kto to zmontował – czy jakiś polski czy ruski montażysta (bo samego Wiśniewskiego bym o to nie podejrzewał) – do dziś nie wiadomo, tak czy tak nie do końca ów specjalista od postsynchronów zadbał o „realia” opowieści „strażaka Muramszczikowa”, ten bowiem twierdził:
 
W złowieszczej ciszy w kieszeniach zabitych dzwoniły tylko telefony komórkowe – słychać było poloneza Ogińskiego, pełnego wigoru krakowiaka – wspomina Muramszczikow. I dodaje, że jako pierwszego zidentyfikowano księdza – po odzieży i pozłoconym krzyżu na szyi”, tymczasem na „Syndromie” słychać „zwykłe dźwięki” komórek.
 
Możliwe, że temu montażyście chodziło o opowieść J. Sasina, który właśnie w „Syndromie” twierdził, iż słychać było dzwoniące komórki „kiedy wynoszono ciała”, lecz już o „polonezach” i „krakowiakach” nie wspominał. Czy tę relację Sasin powtarzał przed kamerą na zasadzie głuchego telefonu po lekturze wzruszającej opowieści Muramszczikowa, czy też od kogoś innego ją posłyszał, faktem jednak jest, iż z jego własnych zeznań przed Zespołem Macierewicza wynika, że żadnych zwłok na jego oczach nie wynoszono, gdy z borowcami przybył na „miejsce katastrofy”, co więcej, przez godzinę nie wykonywano żadnych działań na pobojowisku:
 
w czasie tej godziny, kiedy byłem tam na miejscu, odniosłem wrażenie, że Rosjanie nie podejmują żadnych czynności dotyczących wraku samolotu. Znaczy yyy... moje, to takie było moje wrażenie, znaczy, widziałem... bo tak, powiedziałem, już służby medyczne opuściły miejsce katastrofy, jak przybyłem, jeszcze byli na miejscu strażacy. Natomiast nikt nie podejmował żadnych czynności dotyczących części samolotu (http://freeyourmind.salon24.pl/408456,2-przesluchanie-sasina-cz-2). O telefonach w swym podwójnym (wrześniowym (http://freeyourmind.salon24.pl/403331,1-przesluchanie-sasina) i październikowym 2010 (http://freeyourmind.salon24.pl/404659,2-przesluchanie-sasina-cz-1)) wystąpieniu też Sasin nie wspominał, więc jak na razie nie mamy potwierdzenia, czy je słyszał, czy tylko opowieść o nich mu się zasłyszała. M. Wierzchowski, który miał być jednym z pierwszych na „miejscu katastrofy” też o dzwoniących w błocie telefonach nic w sejmie przed ZP nie opowiadał (http://freeyourmind.salon24.pl/401203,tajemnice-smolenska).
 
Kwestia telefonów była szersza, oczywiście. Na wieść o „katastrofie” telefonować mieli też (z uspokajającymi wieściami) do rodzin urzędnicy państwowi, którzy NIE lecieli „prezydenckim tupolewem” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/pierwsze-telefony.html), zaś dziennikarzy, którzy polecieli „dziennikarskim jakiem”, dopytywano z Polski, czy przeżyli (http://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/pawel-swiader/komentarze/news-pawel-swiader-boje-sie-powrotu-do-polski,nId,272706). Były też takie sytuacje, że na wieść o „problemach z lądowaniem” dzwoniono z telewizji (TVP Info) do dziennikarza, o którym sądzono, że jest na pokładzie tupolewa, o czym już kiedyś wspominałem, ale warto do tego materiału wrócić przy tej okazji:
 
„W (...) materiale z TVP Info z wcześniejszych minut (9.31) pojawia się inna ciekawostka http://www.youtube.com/watch?v=574FFS2XCMg&feature=related. Proszę zwrócić uwagę, że prowadzący program, łącząc się po raz pierwszy – dosłownie parę minut po podaniu, że doszło do problemów z lądowaniem lub rozbicia samolotu w Smoleńsku z Parą Prezydencką na pokładzie – z reporterem, mówi (1'50''): „W SAMOLOCIE BYŁ TAKŻE NASZ REPORTER WOJCIECH CEGIELSKI (podkr. F.Y.M.). Połączyliśmy właśnie z nim w tej chwili. Wojtku, powiedz, co się dzieje w Smoleńsku?” i tenże Cegielski od razu mówi: „Dokładnie rzecz biorąc, małe sprostowanie, bo też będzie wiadomo, skąd jest to zamieszanie informacyjne: wszyscy dziennikarze, którzy towarzyszyli Lechowi Kaczyńskiemu, przylecieli do Smoleńska PÓŁ GODZINY WCZEŚNIEJ samolotem jak-40 i stąd też na pokładzie tego samolotu tu-154m nie było żadnego, żadnego dziennikarza, stąd jest teraz to ogromne zamieszanie, ponieważ myśmy w tej chwili, przed chwilą otrzymali taką informację, że był problem z samolotem prezydenckim. Problem polega na tym, że nie wiemy do końca, co się stało, dlatego że teren lotniska w Smoleńsku jest terenem zamkniętym. Próbujemy tam dotrzeć z Katynia, gdzie czekaliśmy już na Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Według jednych źródeł samolot rozbił się przy lądowaniu, według drugich zahaczył o drzewa. Z najnowszych informacji z polskich sił powietrznych wiemy, że nie zapalił się. (Kto się z dziennikarzy kontaktował z siłami powietrznymi? I kiedy? - przyp. F.Y.M.) Niestety, nie wiemy, czy coś komuś się stało, czy ten samolot zdołał bezpiecznie wylądować tyle tylko, że z awarią”.
 
 
No i były jeszcze telefony „do/z miejsca katastrofy” do Polski, do tętniącej wyjątkowym życiem w wielu instytucjach (tamtego dnia) stolicy, które to telefony nie tak dawno przypomniano na stronach rządowej telewizji (http://www.tvn24.pl/12690,1739927,0,1,co-wiemy-jezus-maria-msz-publikuje-rozmowy-sikorskiego,wiadomosc.html) – jak choćby ten do amb. J. Bahra donoszącego o braku „śladów życia” na ruskim księżycu. Z drobnym retuszem w tekście zamieszczono tę rozmowę, retusz zaś dotyczył końcówki ponowionego pytania kierowanego do Bahra przez gostka z „centrum operacyjnego” (chodzi o „trzecią rozmowę”): „Czy to jest pewne, że to był ten nasz samolot, czy nie?” Owo „czy nie” zniknęło w transkrypcji, ale w odsłuchu jest wyraźnie powiedziane.
 
Bahr
 
Rzecz jasna to, że polski ambasador stoi na miejscu, na którym miał chwilę temu spaść „prezydencki samolot” (wprawdzie Bahr tego upadku nie słyszał, ale mniejsza z tym), zaś gostek z Warszawy parokrotnie dopytuje, czy to na pewno był „ten samolot”, może dziwić tylko tych cholernych paranoików smoleńskich zajmujących się maskirowką – nikogo więcej bowiem już takie sprawy nie absorbują ani nie obchodzą. Z Okęcia wszak wyleciał po prostu, jak smoleńska wieść niesie, jeden jedyny „prezydencki tupolew” z „całą delegacją” i nie ma co się w ogóle głowić, skąd się naraz wziął w pierwszych relacjach medialnych dotyczących „katastrofy smoleńskiej” np. „prezydencki jak” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/onet-920.html) (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/byy-dwie-maszyny-ktora-sie-rozbia.html) (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/komorki-milcza.html) (http://www2.polskieradio.pl/trojka/sniadanie/artykul152948_sniadanie_w_trojce_naznaczone_tragedia_w_smolensku.html) lub dlaczego w Centrum Operacji Powietrznych rozmawiano (o 9-tej rano 10 Kwietnia) o tym, że „wcześniej było planowane, że dowódcy będą lecieć Jakiem” (http://freeyourmind.salon24.pl/294090,czas-na-nowa-narracje), zaś adiutant śp. gen. B. Kwiatkowskiego informował p. Kwiatkowską „po katastrofie”:  „Moje obawy całkowicie rozwiał telefon od adiutanta męża, który poinformował mnie, że on najprawdopodobniej poleciał jakiem. I naprawdę przez długi czas wierzyłam, że Bronek jednak żyje.” (http://naszdziennik.pl/index.php?dat=20110924&typ=po&id=po29.txt).
 
Niedawno zaś, pozostając cały czas przy tematyce telefonów, głośna stała się sprawa prezydenckiego telefonu (http://freeyourmind.salon24.pl/414764,prezydencka-komorka), który nie tylko miał być uruchamiany „tuż po katastrofie”, ale nawet uruchamiany mimo spalenia (http://niezalezna.pl/27906-telefon-prezydenta-byl-spalony) - teraz zaś, jak czytamy dziś w „NDz”, min. A. Seremet, a z nim i inni prokuratorzy, są na etapie ustalania, czy w ogóle Prezydent korzystał z tej komórki, a nawet, czy był jej właścicielem (http://naszdziennik.pl/index.php?dat=20120518&typ=po&id=po07.txt). Takimi to arcyzawiłymi drogami chadza polska myśl dochodzeniowo-śledcza. Te znaki zapytania czy wątpliwości zgłaszane przez prokuratorów są zupełnie zrozumiałe, jak bowiem informowali L. Misiak i G. Wierzchołowski w książce „Musieli zginąć”, to właśnie z prokuratury przyszły któregoś dnia wieści potwierdzone ekspertyzami biegłych ABW (tego samego ABW, co trzyma sobie w depozycie od dwóch lat niemal wszystkie nośniki elektroniczne należące do ofiar „wypadku na smoleńskim Siewiernym”), iż 10 Kwietnia NIE korzystano z telefonów ani na pokładzie „prezydenckiego tupolewa” w czasie lotu, ani „bezpośrednio po katastrofie” (cytowałem fragmenty tu: http://freeyourmind.salon24.pl/414764,prezydencka-komorka). Były jedynie, stwierdzili biegli, „połączenia przychodzące”. Wprawdzie ekspertyza dotyczyła zaledwie 23 aparatów, gdyż biegli stwierdzili też, że tylko 23 karty SIM były tamtego dnia zalogowane „w sieciach telefonii komórkowej Federacji Ros.”, ale chyba nikt, poza smoleńskimi paranoikami, nie może podejrzewać, iż cokolwiek w tak poważnych ekspertyzach pominięto, nawet, jeśli w stenogramach opracowanych przez Instytut Ekspertyz Sądowych, czyli trzeciej (po MAK-owskiej i millerowskiej) wersji odczytu „zapisów czarnych skrzynek”) w tle dialogów załogi pojawiają się rozmowy telefoniczne (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/02/FYM-cz-5.pdf, s. 25).
 
 
W tym więc szerokim kontekście możemy wrócić na październikowe (2010) posiedzenie podsumowujące pracę ZP po 4 m-cach pracy (jego pierwszą część z bardzo ciekawym wywodem min. Macierewicza dot. przyczyn tragedii zamieszczałem niedawno tu http://freeyourmind.salon24.pl/412717,posiedzenie-zespolu-po-4-m-cach-1), na którym – właśnie po wystąpieniu szefa ZP – pojawia się długa wypowiedź p. M. Merty, w której poruszona zostaje kwestia telefonów w odniesieniu do słynnej sprawy telefonu śp. J. Surówki, funkcjonariusza BOR-u – sprawy, która okazała się dezą. Wedle bowiem relacji p. K. Łuczak-Surówki, wdowy, jej mąż jedynie o 7.18 wysłał SMS-a z komunikatem: „Startujemy... Zadzwonię jak wrócę” (J. Racewicz, „12 rozmów o miłości. Rok po katastrofie”, s. 220) - nie było zaś później od niego żadnego telefonu.
 
(Od 30'57'' materiału audio z tamtego posiedzenia; na początku będzie refleksja p. Merty dot. wyglądu wraku)
 
MM:  "Proszę państwa, ja chciałam tak tytułem komentarza, dodać – nie wiem, jak wielu z nas było w Smoleńsku po katastrofie i widziało to miejsce. Ja oglądałam je tuż przed 10-tym kwietnia (chyba przejęzyczenie i miało być pewnie „po” – przyp. F.Y.M.), oglądałam je z góry, dzięki uprzejmości dziennikarzy, widziałam już przykryty wówczas wrak spoczywający na (...) płycie lotniska. No jeżeli to, co oglądałam w ogóle można zaszczycić mianem lotniska. No to jest to, co (...) uderzyło mnie, bo też dziennikarze, którzy tam ze mną byli – no dokonali takiego uporządkowania przestrzeni, tzn. pokazali mi (...) drogę samolotu, jego uporządkowanie w stosunku do pasa startowego, to jak nadlatywał itd. i czytając ten dokument, który (...) wszyscy otrzymaliśmy (chodzi o coś w rodzaju wstępnego podsumowania prac ZP; z tego, co się orientuję, nie ma tego materiału na stronie ZP – przyp. F.Y.M.), cieszyłam się, że ta moja intuicja, która (...) wtedy powstała, znajduje w nim potwierdzenie. W punkcie przedostatnim czytamy, że Tu154 M nigdy nie wszedł na prawdziwą ścieżkę schodzenia. Proszę państwa, jak się na to patrzy tam tak z góry, znaczy ja nie jestem fachowcem, nie do końca się na tym znam, ale miałam (...) taką absolutną intuicję, że w ogóle nie miało żadnego znaczenia, czy ktoś kogoś naciskał, żeby lądować, czy ktoś się z kimś zamieniał za sterami itd., ponieważ ten samolot ani przez moment nie miał szans wylądować na pasie startowym. Może gdyby nie było mgły, gdyby oni widzieli (...) cokolwiek, to (...) być może skorygowałby ten lot, nie wiem, poderwał maszynę i odszedł, ale w tych warunkach to (...) było naprawdę tak, że (...) cokolwiek się działo na pokładzie, oni (...) nie celowali w (...) pas startowy i to, co powiedział p. min. Macierewicz: „oni lecieli na śmierć”, to z tego, co ja tam oglądałam, wynika.
 
Jeżeli ktoś z państwa również tam był i (...) może zechce zweryfikować to, co mówię, to bardzo proszę, ale ja odniosłam właśnie takie (...) wrażenie. (...) Tygodniami wałkowane, kto co powiedział, kto (...) naciskał, kto się tam z kim przepychał, nie ma kompletnie znaczenia. Żadnego. To jest... no właśnie, nie wiadomo po co (...) jakieś (...) szukanie sensacji i epatowanie tą sensacją opinii publicznej, ponieważ (...) z faktem, że oni się zabili nie ma to nic, absolutnie nic wspólnego i cieszę się, że to, co (...) jest wynikiem pracy ZP potwierdza to, co (...) ja miałam wrażenie widzę tam w Smoleńsku na własne oczy.
 
Jeszcze chciałam się odnieść do tego, co (...) p. minister powiedział o mediach, o tych, które nas wspierają. Ja również doceniam takie działania, doceniam (...) zainteresowanie dziennikarzy, wielokrotnie za nie bardzo dziękowałam, aczkolwiek trudno mi jednakowoż usprawiedliwiać nierzetelność, nie jestem taka łagodna w tych (...) ocenach. Może bardziej nawet niż nierzetelność irytuje mnie to, że tak łatwo te, te dobre media podejść. Bo p. minister mówi o prawie do błędów, o podawaniu nieprawdziwych informacji, problem w tym, że ja uważam, że te nieprawdziwe informacje, z którymi mieliśmy do czynienia ostatnio, to nie są takie zwykłe informacje czy zwykłe pomyłki, ponieważ ja mam takie wrażenie, że – że ten fałsz w nich zawarty jest po coś. Oczywiście można tu mówić o tym, że uprawiam spiskową teorię dziejów, ale ja mam wrażenie, że w tym, co się stało wokół rewelacji „GP”, wszyscy zachowują się dziwnie (chodzi o relacje dot. telefonu Surówki – przyp. F.Y.M.). Znaczy tak, „GP” publikuje informacje, które (...) zostają szybko zdementowane i publikuje je na jakiejś podstawie ma takie doniesienia, (...) skądś do niej te informacje przychodzą. I tutaj mam takie wrażenie, że zabrakło elementu weryfikowania tego (...), zabrakło takiego pytania, czy to można jakoś potwierdzić, czy jest kogo zapytać o prawdziwość tych informacji, a myślę, że byłoby kogo. I to jest pierwsza dziwna rzecz.
 
(...) Drugą dziwną rzecz, tzn. (...) następuje dementi, tak, nic takiego nie miało miejsca (...) i tutaj (...) ja będę niestety mówiła trochę metaforycznie i zrozumiałe to, co powiem, będzie głównie dla rodzin, które podobnie, jak ja, czytają te dokumenty (w prokuraturze – przyp. F.Y.M.), bo mamy obowiązek zachowywać póki co, tajemnicę. Powiem państwu tak – ja w ogóle jestem z wykształcenia filologiem i uczono mnie czegoś na kształt psychologii języka (...). Ta psychologia mówi, że bardzo wiele informacji, które są zawarte w języku, nie jest w tym zawart[e] wprost, tzn. np. ze zdania „Jaś dał Małgosi kwiaty” wynika (...) nie tylko ta czynność, że on jej te kwiaty dał, ale również to, że istnieje ktoś taki, jak Jaś, istnieje ktoś taki, jak Małgosia itd.
 
I jak przekazujemy informację, to intuicyjnie czy odruchowo przekazujemy również te informacje ukryte w rzeczach, które mówimy. (...) Mamy informację, która jest fałszywa, jak najbardziej, łatwa do zaprzeczenia, tylko że mamy informację, która do nas wróci. W którymś momencie takie (...) rewelacje znowu się pojawią. I teraz, co się będzie działo. Jeżeli tę informację uznajemy za kaczkę dziennikarską, za (...) totalną nieprawdę, to każdą następną z tego gatunku też zakwestionujemy. Jeśli nie my, to zakwestionuje ją społeczeństwo (...). W którymś momencie może wyjść coś na jaw i wtedy powiemy: aha, już to słyszeliśmy, już to miał być Surówka i nie był, więc każdy kolejny też będzie, (...) też na pewno jest (...) wymyślony. (...) I ja myślę, że cała ta sprawa z „GP” miała właśnie to na celu, że to nie była taka sobie... taki sobie wymysł czyjś, (...) takie sobie przekłamanie, że to było w mojej intuicji zrobione po to, żebyz góry zdezawuować właśnie takie ewentualne późniejsze doniesienia.
 
I stąd, jeżeli mogę, tu o coś prosić szanowny Zespół, to może dobrze byłoby przyjrzeć się, jak dochodzi do takich dezinformacji i skąd one się biorą, bo myślę, że to dużo powie o (...) samej sprawie śledztwa i tego, co (...) przewiduje się, że wyjdzie na jaw.” (podkr. F.Y.M.)
 
Przewidywania p. Merty okazały się jak najbardziej uzasadnione. W owym posiedzeniu brała też wtedy udział p. Łuczak-Surówka, które zdecydowanie (zaraz po wypowiedzi p. Merty) zaprzeczyła, by jakiekolwiek połączenie ze strony jej męża było „po katastrofie” i przyznała, że posiada billing męża pobrany oficjalnie:
 
(41'36'') „...gdyby mąż do mnie dzwonił, to proszę mi nie wmawiać, ja jestem osobą w pełni władz umysłowych, niebiorącą ani pół tabletki uspokajającej od 10-04, zresztą nigdy w życiu takich tabletek nie brałam - i nikt mi nie wmówi, że mąż do mnie dzwonił, ja z nim rozmawiałam i tego nie pamiętam (...). Mam te billingi, jak zamykałam telefon, sprawdzałam, bo telefonu nie otrzymałam do tej pory z przyczyn oczywistych, jest dowodem w sprawie, wiem że przetrwał, identyfikowałam go – natomiast ta informacja, byłam na spotkaniu w redakcji i ja czekam w tej chwili na reakcję ze strony redaktora i autorów tegoż tekstu (chodzi o ten artykuł, którego kopia jest np. tu http://smolensk-2010.pl/2010-10-12-ujawnijcie-jak-umierali.html, przyp. F.Y.M.) – tzn. czekam zarówno na sprostowanie, jak również na przeprosiny, ponieważ tam posiłkowano się rozmową ze mną, jakobym ja tą informację podała do obiegu, a później zamknęła się w sobie i odmówiła dalszych wypowiedzi, tak? Więc generalnie to jest (...) taki... no policzek podwójny – dla mnie i dla rodziny, że mąż przeżył i cierpiał, i drugie jeszcze, że niby ja w tym w jakiś sposób partycypowałam i jestem źródłem informacji (...).
 
Dla mnie każdy może dochodzić prawdy i może snuć różne teorie, ale używanie kogoś z imienia i nazwiska i podawanie... nieprawdy i to jeszcze czegoś, co naprawdę jest okrutne, proszę mi wybaczyć, ale no nie godzi się po prostu z człowieczeństwem, z czymś takim, jak istota człowieczeństwa. I czy ktoś miał w tym jakiś cel, czy nie, nie mnie sądzić – natomiast ja sobie nigdy na takie rzeczy nie pozwolę, tak jak powiedziałam. Jeżeli chodzi o (...) brak billingów, możecie państwo, nie wiem, po takiej miłej drodze poprosić każdego z nas – w końcu my, jako najbliżsi te telefony musieliśmy jakoś uregulować, tak? Więc można taki billing otrzymać chociaż z takich rąk, jak z moich i może to coś każdemu rozjaśni, natomiast nie można snuć tego typu rzeczy, nieważne, czy, nie wiem, czy jest się redaktorem, czy kimkolwiek innym, bo to po prostu jest nieludzkie. Dziękuję.”
 
Jednakże szef ZP przypomniał (44'28''), iż [Seremet] „zrelacjonował stan rzeczy prokuratury – prokuratura, tak oświadczył na konferencji prasowej, że nie dysponują billingami i zlecili to ABW, ale wciąż jeszcze tych billingów nie otrzymali. Ja mam świadomość, że tak jak pani mówi, część tych billingów można uzyskać tą drogą, o której pani mówi, no ale tylko część, bo część z nich to były telefony służbowe (...). My się tutaj nie odnosimy wyłącznie do sytuacji pani męża, tylko do sytuacji tych 19 telefonów, które zostały zidentyfikowane. Ja nawet nie wiem, powiem pani wprost, czy wśród tych 19-tu, ponieważ to nie zostało nigdzie publicznie sformułowane, czy wśród tych 19-tu, które zostały przez Rosjan oddane, znajduje się telefon pani męża, czy nie. My się do tego nie odnosiliśmy – odnosiliśmy się do relacji prokuratury, która oświadczyła, że tymi billingami nie dysponuje, ale zgadzam się, że czasami trzeba wyręczać organa takie jak prokuratura i nasz Zespół powinien się do pani i do innych osób zgłosić z prośbą o pomoc w tej sprawie. Zrobimy to z pewnością, dziękuję za to wskazanie, ale też proszę nie łączyć tych dwóch kwestii, bo one w żaden sposób z sobą nie są związane. Sprawa billingów i sprawa artykułu w „GP” - to są dwie zupełnie odrębne kwestie – zarówno, co do skali, zarówno, co do jakości, nazwijmy to, moralnej, tego wydarzenia, jak i co do autorstwa. Nie ma tutaj żadnego iunctim, a mogę tylko powiedzieć tyle, że na ile potrafię z szokiem, jakiego pani dożyła i z bólem wszyscy się z pewnością solidaryzujemy, bo zdajemy sobie sprawę, jak to musi być wstrząsające – to co pani w związku z tym materiałem przeżyła. I bardzo, bardzo pani w tej sprawie współczujemy.”
 
Zauważmy, że w październiku 2010 mowa jest o 19 telefonach aktywnych – obecnie zaś (tj. po dwóch latach), jak cytowałem wyżej, liczba ta wzrosła do 23 „kart SIM” – sprawa więc jest rozwojowa. Na marginesie tego, co mówiła p. Merta, należy mieć świadomość tej wielopiętrowości „smoleńskiej narracji” - tzn. tego, jak wieści nieprawdziwe pojawiają się czasem po to, by zdezawuować lub przesłonić to, co może być prawdą, a więc odciągnąć uwagę publiczną od tych wątków, które „nie są warte badania” lub „są nieistotne” (ewentualnie „oczywiste, więc niebudzące podejrzeń”). Rzecz dotyczy szczególnie telefonów (o ich wiemy jak na razie tyle, co nic), ale też przecież Okęcia, lotnisk zapasowych, monitorowania przelotu i wielu podobnych, tonących w mrokach po 10-tym Kwietnia spraw.
 
Na koniec dwie zagadki dla fanatycznych zwolenników „h2w”: 1) jeśli doszło do wysadzenia samolotu nad Siewiernym, a więc do silnych wstrząsów, czemu automatycznie nie uruchomiła się radioboja, taka jak ta w styczniu 2012 r. na złomowisku w Lęborku, sygnalizująca katastrofę (http://media.wp.pl/kat,1022943,wid,14188753,wiadomosc.html?ticaid=1e77f)? 2) Jak wyjaśnić to, że w Smoleńsku „ludzie słyszeli wybuch” (wedle niegdysiejszej relacji świadka, tj. polskiej emerytowanej nauczycielki dla „NDz”) „około godziny 10-tej” rus. czasu:
 
Jak relacjonuje kobieta, 10 kwietnia już o 7.00 rano była w pracy. Była wtedy słoneczna pogoda, nie było żadnej mgły. Pojawiła się dopiero po godzinie, więc ok. godziny 8.00 rano czasu polskiego (ok. 10.00 czasu moskiewskiego). Jak tłumaczy, w pewnym momencie zaczęła gwałtownie gęstnieć, jakby "wychodziła z ziemi". Kładła się gęstymi płatami wyraźnie od strony jaru, który od szosy dzieli odległość około jednego kilometra.

Z opisu nauczycielki wynika, że mgła wypełzła z jaru i przemieściła się w kierunku szosy w stronę lotniska Siewiernyj. Opary ustąpiły równie szybko, jak się pojawiły. Zdaniem kobiety, około godziny 10.00 wiadomo było, że coś złego się dzieje, ludzie, usłyszawszy wybuch, zaczęli biec w kierunku szosy. Kobieta ruszyła za nimi. Kiedy wszyscy dobiegli do szosy, co nastąpiło zaledwie kilkanaście minut od upadku polskiej maszyny, stał tam już kordon funkcjonariuszy OMON, którzy nikogo na miejsce katastrofy nie dopuszczali”
? (http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20101222&typ=po&id=po01.txt) (http://freeyourmind.salon24.pl/297779,zakrzywienie-czasoprzestrzeni)
 
 
 
 
 
Lubię to! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Inne tematy w dziale