Wygląda na to, że jedynie możliwa interpretacja wydarzeń związanych z "uzyskaniem niepodległości przez Kosowo" jest proalbańska, jakakolwiek inna nazywana jest "proserbskim szaleństwem" oraz wyśmiewana jako "skrzykiwanie się oddziałów do wyzwolenia Kosowa". Jeśli takie brednie wygadują lewacy, którzy potrafią jedynie powtarzać za macierzystymi mediami to, co jest padawane do powtarzania, nie ma w tym nic nadzwyczajnego - jeśli jednak zaczynają wygadywać tak ludzie, którzy przynajmniej nie deklarują się jako lewacy, to chyba coś jest nie tak.
Właściwie, tak na zdrowy rozum, to nic mnie to nie powinno obchodzić, bo przecież każdy może sobie pleść w blogosferze, co chce. Irytujące jednak jest to, że jedyną argumentacją, jaką oferują entuzjaści niepodległości Kosowa jest sprowadzanie do absurdu zastrzeżeń zgłaszanych przez oponentów. Metoda dyskutowania w ten sposób jest stara jak świat, niemniej w tym wypadku świadczy albo o krótkowzroczności historycznej, albo o lekkomyślności, za którą najwyraźniej stoi zwykła niewiedza, co do XX-wiecznej historii.
Taką metodę zastosował Rybitzky (http://rybitzky.salon24.pl/61758,index.html), wyszydzając tekst Warzechy, a przy okazji głosy blogerów wyrażających votum separatum wobec proalbańskich deklaracji w mediach. Gdyby Rybitzky nie chciał wybiegać przed szereg, to by wsłuchał się choćby w wypowiedzi min. Sikorskiego (do stronników którego ja na pewno nie należę), który wcale się nie pospieszył z deklaracjami poparcia dla niepodległego Kosowa. Nie on jeden, zresztą.
Zwolennicy zaistniałego stanu rzeczy twierdzą, że lepszej alternatywy nie ma, zakładając, że pojawiła się jakakolwiek formuła trwałego rozwiązania. Tymczasem nie ma żadnych podstaw do takiego twierdzenia. "Niepodległego Kosowa" strzec będą wielotysięczne oddziały NATO oraz urzędnicy ONZ, bo w przeciwnym razie sytuacja wróci do punktu wyjścia. Chyba, że Kosowo zostanie za jakiś włączone do Albanii, ale wtedy groźba konfliktu zbrojnego wcale nie zniknie. Pytanie zatem jest oczywiste: czy w ogóle problemy na Bałkanach zostały w ten sposób rozwiązane, a nie to nawet, czy Serbowie są tu pokrzywdzeni czy nie (i "po czyjej stronie" stoją oponenci wobec deklaracji o niepodległości Kosowa). Jeśli problemy nie zostały rozwiązane, to nie tylko, nie ma się z czego cieszyć Rybitzky et consortes, ale trzeba postawić sobie kolejne pytanie: co z tego może wyniknąć?
Rybitzky i inni twierdzą, że nic. Może, choć jeśli mnie pamięć nie myli, to wojna na Bałkanach na pocz. l. 90. zaczęła się od ogłoszenia niepodległości przez Bośnię i Hercegowinę. Oczywiście, każdą argumentację można zredukować do niedorzeczności i to nawet w efektowny sposób, pozostaje jedynie kwestia, czy w ten sposób cokolwiek się wyjaśnia i wyraża jakiekolwiek stanowisko? Jakie bowiem są gwarancje, że nic się nie stanie? Skąd pewność, że NATO i ONZ w pełni kontrolują sytuację w tamtym regionie? Skąd wiara, że Rosja nie włączy się aktywnie w destabilizację kruchego status quo i że casus Kosowa nie wywoła podobnych incydentów choćby na Cyprze czy w Hiszpanii?
Załatwianie spraw na zasadzie faktów dokonanych z reguły miewa widoczne, ale krótkotrwałe skutki. Można sobie więc szydzić z tych, co dzielą się wątpliwościami wobec zaistniałego stanu rzeczy i traktować ich jak proserbskich szaleńców czy nawet partyzantów, ale nie wiem, czy postawa analogiczna do wojaka Szwejka jest tu najlepszym rozwiązaniem.


Komentarze
Pokaż komentarze (92)