Zaledwie jeden dzień trwały wahania min. Sikorskiego, co do kwestii Kosowa i już dziś wiemy, że zaproponował on uznanie niepodległości tego "państwa", co postawi nas w zgoła nowej sytuacji geopolitycznej, zważywszy na niedawne próby "zakopania topora wojennego" z Rosją.
Żeby nie było wątpliwości - dla mnie im gorsze są relacje z Rosją, tym lepiej, ponieważ uważam Rosję za naszego wroga nr 1 i im dalej to państwo jest od nas odsuwane, tym my jesteśmy bezpieczniejsi. Nie zmienia to jednak faktu, że rządowi Tuska zależało na zupełnie nowym ułożeniu stosunków z Rosją, co wielokrotnie podkreślano, zdecydowanie dystansując się od "polityki historycznej zdziczałych kaczystów". W sytuacji zaś, gdy Rosja nie chce słyszeć o niepodległości Kosowa, nasz gest poparcia dla Albańczyków stanowi zerwanie z dotychczasową polityką umizgów wobec Rosjan, co można traktować albo jako lekkomyślny kaprys, albo jako świadomą politykę zbliżania Polski tym razem do Niemiec, bynajmniej nie do USA. Oczywiście Niemcy wcale się nie spieszą z deklarowaniem swojego stanowiska wobec Kosowa, bo nie muszą - powiedzą swoje w odpowiednim momencie.
Sądzę, że w tej sytuacji kwestia tarczy antyrakietowej może być skazana na niepowodzenie. Dla Rosji nasza postawa będzie pretekstem do twierdzenia, że zmierzamy do zaognienia sytuacji w Europie, co z kolei będzie całkiem dorzecznym uzasadnieniem jeszcze ostrzejszego sprzeciwu wobec "instalacji amerykańskich" przybliżających się do granic Rosji. Co ciekawsze jednak, incydent z Kosowem, wokół którego teraz min. Sikorski wraz z innymi będzie wykonywał czary mary, jakoby nie był to żaden precedens (http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80271,4939735.html) może posłużyć Rosji do ostrzejszego zaangażowania się w destabilizowanie sytuacji w Gruzji, której zbliżenie z USA jest dla Moskwy nie do przyjęcia. Nic dziwnego zresztą, że władze Abchazji już deklarują zajęcie się sprawą niepodległości. Oczywiście zwolennicy koncepcji "nie ma precedensu Kosowa" powtarzać będą swoje, a sprawy potoczą się swoim trybem, a dokładniej takim, jaki narzucą im właśnie Rosjanie, mający nareszcie namacalny przykład międzynarodowego majstrowania nad integralnością terytorialną jakiegoś państwa przy aprobacie lub przynajmniej życzliwej obojętności wielu państw Zachodu. Prosta refleksja: skoro oni mogą, to czy i my nie możemy? Albo krócej: jak wy tak, to my tak. I nikt nie będzie mógł utyskiwać na to, że Rosja ingeruje w wewnętrzne sprawy krajów ościennych, boć przecie ta ostatnia będzie mogła twierdzić, powołując się na casus Kosowa, że jej wyłącznie chodzi o ustabilizowanie sytuacji w "zapalnych regionach".
Ani Albańczycy nie są mi bliscy, ani Serbowie. Wiem, że wojna na Bałkanach to był obłęd. Państwa Zachodu jednak zarzucają sobie pętlę na szyję, doprowadzając do sytuacji, która na dłuższy czas stanowić będzie wzorzec regulowania spornych spraw geopolitycznych. Ale oczywiście, można do tego podejść na wesoło, jak wielu komentatorów, którzy jedyne, co są w stanie wyczytać u oponentów legalizacji nowego statusu Kosowa, to - jak się wyraził największy salonowy znawca spraw bałkańskich, czyli GM, który pewnie nie wie nic o Andricu czy Bulatovicu - "muzułmańską fobią". Chyba "antymuzułmańską", powinno być, ale mniejsza z tym, GM nigdy nie był mocny we frazeologii. Czy fobie miewa też T. Mazowiecki, jeden z obserwatorów wojny na Bałkanach, który mówi o możliwości powrotu do mitu "Wielkiej Albanii" i polania się krwi w Kosowie? Czy incydenty z 2001 r. w Macedonii, gdy Albańczycy zamieszkujący przygraniczne wioski zaczęli się domagać przyłączenia do Kosowa, to było coś istotnego w tym całym kontekście, czy nie? Wtedy OBWE potępiła byłych wojowników UCK, a NATO szybko uspokoiło sytuację, teraz jednak postąpiono zupełnie inaczej.
Można naturalnie widzieć w całej tej sprawie także pozytywne strony. Co nas właściwie powinna obchodzić sytuacja na Bałkanach (od których jednak dzieli nas trochę tych kilometrów) czy na terenach byłych republik sowieckich? Polaryzacja przywracająca podział na Zachód i kraje skupione wokół Rosji może doprowadzić do tego, że Polska jako tym razem kraj w orbicie ewidentnie zachodniej, wiele na tym skorzysta. Wcale jednak tak być nie musi. Nie ma żadnej gwarancji, że Polska sytuując się po jednej ze stron, a nie zachowując całkowitą rezerwę do sprawy Kosowa, uzyska dodatkowe militarno-polityczne zabezpieczenie ze strony Zachodu. Nie ma tej gwarancji właśnie z tego powodu, że Polska nie tylko wybiega przed szereg, ale po pilnym nasłuchu, przemawia głosem politycznej poprawności, nie wyrażając w rzeczywistości żadnego swojego zdania.
Ale nie ma co się smucić - wszak potańcować zawsze można. Polskim politykom oberki najlepiej wychodzą, zwłaszcza na światowych salonach.


Komentarze
Pokaż komentarze (36)