Z koncepcją pozbycia się ze sceny politycznej "towarzyszy z SLD" oraz "funkcjonariuszy z PSL" występuje na łamach "Rz" M. Migalski. Proponuje on, aby zmienić ordynację na większościową w taki sposób, by, tak jak poza parlamentem znaleźli się przedstawiciele LPR-u i SO, tak wyeliminowane z gry politycznej zostały w/w dwa postkomunistyczne ugrupowania.
Z zadowoleniem konstatuje Migalski "brak populistów" i wg niego, istnieją szanse na wprowadzenie systemu dwupartyjnego, w którym rywalizowałyby ze sobą PiS i PO (http://www.rp.pl/artykul/94788.html). Ja nawet rozumiem takie postawienie sprawy i sam wyrażałem radość, że nie ma Giertycha i Leppera z ich zapleczem w parlamencie. Cieszyłbym się oczywiście jeszcze bardziej, gdyby żadni spadkobiercy PZPR-u i ZSL-u też w ławach poselskich nie zasiadali. Pytanie tylko, czy takie zmiany - abstrahując na razie od ich "realizowalności" - zapewniłyby Polsce polityczną i ekonomiczną prosperity. Mam świadomość kolesiostwa politycznego PSL-u, ale przecież o wiele większą siłę rażenia wykazała PO, która w populizmie przelicytowała wszystkie startujące w ostatnich wyborach ugrupowania. Co więcej, w sytuacji, gdy SLD to obecnie margines polityczny (i nie wiadomo, czy szybko się komuniści podźwigną - choćby nawet Napieralski codziennie powtarzał, że PO to Partia Biskupów, bo "robi wszystko, co Kościół każe"), zaś PSL gdyby nie PO, to palcem w bucie by nie mogła kiwnąć na scenie politycznej - głównym czynnikiem regresywnym w naszym kraju jest właśnie partia Tuska, a nie "pomniejsze płazy".
Dziwne, że tego Migalski nie chce zauważyć. Wychodzi on chyba z założenia, że PiS i PO to jakoś tam cywilizowane ugrupowania i powinny się dogadać, a z takiego kompromisu "ponad podziałami", wyszedłby jakiś polityczny balance of power, co z kolei przełożyłoby się na lepszą kondycję państwa i dobrobyt obywateli.
"Smutno było patrzeć, jak politycy Platformy milczeli, kiedy odkrywano, że premier Pawlak okazał swoją łaskawość firmie J&S. Był to podobny widok jak ten, gdy liderzy PiS musieli świecić oczami w poprzedniej kadencji za ekscesy seksualne Leppera czy też wyskoki dziarskich chłopców z Młodzieży Wszechpolskiej. Wszystko wskazuje na to, że – po pozbyciu się populistów – każdy następny rząd będzie musiał opierać się na PSL (to w wypadku zwycięstwa w przyszłości PiS) lub PSL czy SLD (w przypadku wygranej PO). Jeśli przyjmiemy rozumne założenie, że w warunkach obecnej ordynacji żadna partia nie zdobędzie samodzielnie więcej niż 231 mandatów, okaże się, że Kaczyński i Tusk do końca swej politycznej kariery będą musieli zaciskać zęby na widok panoszenia się w państwie towarzyszy z SLD i funkcjonariuszy z PSL. I być ich zakładnikami" -
pisze Migalski i wszystko to ma swoje racjonalne uzasadnienie, nie cytuje on jednak wypowiedzi peokratów nie tylko dotyczących samego PiS-u, ale i rewolucji w służbach specjalnych, pomija ponadto tragikomiczne występy Pitery czy Ćwiąkalskiego, idiotyczne pomysły w edukacji Hall, no i jakąś zupełnie nieskoordynowaną politykę zagraniczną Tuska i Sikorskiego, by wymienić sprawy pierwsze z brzegu - a przecież to są kwestie najistotniejsze, bo ilustrują "filozofię rządzenia" obecnej ekipy. Tym samym Migalski nad tą filozofią przechodzi do porządku dziennego, zakładając, że mimo wszystko PO nie jest taka zła i jeszcze coś z niej będzie.
Ja zaś uważam, że to założenie nazbyt optymistyczne. PO na gwałt potrzebuje politycznego sukcesu, lecz nic na razie go nie zapowiada. Czar z pojednania z Rosją prysł równie szybko, jak się pojawił i wnet się okaże, że nieprzewidywalność międzynarodowa peokratów będzie dla Moskwy jeszcze bardziej drażniąca niż niegdysiejsza przewidywalność kaczystów. Jeśliby miało to zaowocować powrotem w objęcia USA, to nie miałbym nic przeciwko temu, nie wiem jednak, czy Waszyngton po ostatnich sprzecznych sygnałach z naszej strony potraktuje poważnie rząd w Warszawie, a poza tym polityka Białego Domu wydaje się coraz bardziej chwiejna w stosunku do Europy i doprawdy trudno przewidzieć, co jeszcze z niej wyniknie po zmianie prezydenta i czy tej chwiejności z kolei nie wykorzystają Niemcy do wzmocnienia swojej pozycji także względem Polski.
Wracając już zupełnie na nasze podwórko i do dywagacji Migalskiego, zastanawiam się, co właściwie po tych stu dniach rządów obecnej koalicji, skłania go do rysowania optymistycznego scenariusza dwupartyjności, w sytuacji, gdy nie mamy do końca jasnego systemu rządzenia i nieustannie pojawiają się dysonanse na linii premier/ministrowie - pałac prezydencki. Dysfunkcjonalny system powoduje, że nie do końca jasne są też kryteria decyzyjności, bez względu na to, czy chodzi o sprawy wewnętrzne, czy zewnętrzne naszego kraju. Wobec tego dwupartyjność niewiele by tu zmieniła. Biorąc jeszcze pod uwagę fakt, że nie jest przesądzone, jaki właściwie mamy system ekonomiczny (nie wiem, czy Państwo pamiętają np. szumne zapowiedzi PO dot. likwidowania koncesji w rozmaitych dziedzinach gospodarki) - co również przekłada się na to, że rywalizacja między ugrupowaniami politycznymi wcale nie przekłada się na jakieś poważne i dalekoidące zmiany w sferze gospodarki. PO udawała partię liberalną, jeśli chodzi o ekonomię, ale po tych paru miesiącach z postulowanego liberalizmu zostały tylko wyblakłe ulotki wyborcze.
W tej sytuacji przedwczesne jest nie tylko stawianie takich pytań, jak poniżej, ale i udzielanie na nie pozytywnej odpowiedzi:
"Czy nie byłoby dobrze, gdyby polską przestrzeń polityczną zapełniły w całości PO i PiS? Czy tworzenie rządów – i potem odpowiedzialność za nie – nie byłoby łatwiejsze i bardziej przejrzyste, gdyby i jednym, i drugim dano szansę na formowanie samodzielnych, jednopartyjnych gabinetów? W moim przekonaniu odpowiedź na wszystkie te pytania jest twierdząca" -
ponieważ sukces obu tych partii opierał się na zupełnie odmiennych strategiach. PiS szło do wyborów z hasłem wywrócenia porządku III RP i zaprowadzenia rządów "silnej ręki" (kwestie ekonomiczne stawiało niejako na dalszym planie). Z kolei PO w 2007 r. (oprócz wywrócenia porządku IV RP) buńczucznie zapowiadało jakieś wielkie reformy gospodarcze i skok cywilizacyjny. Pamiętam, rzecz jasna, że obie partie w 2005 r. mówiły o budowaniu IV RP, ale z tego, co dziś wyrabia PO można bez dwóch zdań wywnioskować, że dla PO IV RP znaczyła zupełnie co innego niż dla PiS-u i dobrze, że do koalicji PO-PiS nigdy nie doszło. Wydaje się więc, że nie trzeba tu jakiejś dogłębnej analizy politologicznej, by dojść do wniosku, że partie te nie tylko nie są zdolne do kooperacji, ale mają zgoła odmienne wizje kraju.
Istota rzeczy jednak leży zupełnie gdzie indziej. Sami Polacy nie wiedzą, czego chcą. Owszem, ich chwiejność w dokonywaniu politycznych wyborów może mieć związek z tym, że polska scena polityczna to nieustanne metamorfozy i wędrowanie tam i z powrotem rozmaitych (coraz bardziej starzejących się taborów) pod coraz to innymi szyldami. Niestabilność polityczna na pewno wpływa na ową wahliwość decyzji politycznych Polaków, chociaż w gruncie rzeczy, czy owe zmiany szyldów partyjnych faktycznie pociągają za sobą istotne zmiany polityczne? Czy PO wiele się różni od UD i UW razem wziętych? Ale mniejsza z tym. Polacy nie wiedzą, czego chcą, bo nie wiedzą, w jakim kraju chcieliby żyć - czy wolnorynkowym, czy jednak socjalistycznym. Zwyczajnie, nie wiedzą.
Niewiedza ta ma swoje źródła w długoletnim doświadczeniu komunizmu większości Polaków, ale też i w tym, że polscy politycy nie pokazali dotąd obywatelom, jak kapitalizm wygląda. W ostateczności tym ostatnim kapitalizm kojarzy się wyłącznie z pełnymi hipermarketami, ale wysokimi cenami wszystkiego, niskimi płacami i wydrenowanymi portfelami. Daje to w rezultacie dość trwałą inklinację wielu naszych rodaków do oczekiwania "pomocy ze strony państwa", gdyż życie w takim "kapitalizmie" wydaje się nie do zniesienia, wobec tego "państwo" jak Robin Hood powinno bogatym zabierać, a biednym rozdawać.
Niestety, ani PiS, ani PO nie zaoferowały jakichś zmian, które mogłyby wypromować jaką normalną, zdrową wizję kapitalizmu, odczuwalną w życiu przeciętnego obywatela. Nie podejrzewam też, by nawet po wyeliminowaniu SLD i PSL-u doszłoby do jakiegoś przełomu w tej kwestii. Dwupartyjność wcale nie musi się przekładać na dobrobyt, jeśli politycy nie wiedzą, jaką drogą do tego dobrobytu podążać. A stabilizacja polityczna nie jest żadną nadrzędną wartością, jeśli od blisko 20 lat nie wiemy, dokąd zmierzamy.


Komentarze
Pokaż komentarze (57)