Powiada się, że rządy Tuska-Pawlaka to jeden wielki matriks niemający nic wspólnego z rzeczywistością, słowem: blaga rozgrywana w mediach i podkręcana księżycowymi sondażami. Jednakże nie jest to do końca prawidłowe określenie - w pewnej mierze od rzeczywistości medialnej można się uwolnić w dość prosty sposób, choćby nie oglądając TVN24, nie czytując "GW" czy "Dziennika" itd. W polityce matriks tak naprawdę jest niemożliwy, ponieważ zaniechanie decyzji w jakiejś sprawie, także się staje jakimś sposobem "załatwiania problemów". Przeczekiwać można tylko do pewnego czasu, po upłynięciu którego obietnice kolejnych "terminów realizacji" jakichś dalekosiężnych planów kwitowane muszą być pustym śmiechem.
Z jednej strony mamy całą masę zaniedbań w polityce zewnętrznej i wewnętrznej lub zamiatania pod dywan, z drugiej zaś mamy ewidentnie destrukcyjne działania, które dowodzą, że w niektórych dziedzinach nowy rząd potrafi się spieszyć, jak mało kto. W obu przypadkach działanie rządu przekłada się na realia. O pośpiechu w służbach specjalnych parokrotnie już pisałem - teraz pojawia się niezwykle poważna kwestia niszczenia polskiego systemu edukacji. K. Hall, zupełnie nie licząc się z opiniami środowiska nauczycielskiego oraz rodziców, forsuje (oczywiście, odwołując się do jakichś europejskich standardów, bo tego typu argumentacja zawsze zamyka dyskusję) rewolucyjne zmiany w szolnictwie, jakby od początku "transformacji" rewolucji w tej dziedzinie było zbyt mało. Na domiar złego, w sytuacji chronicznego niedofinansowania szkolnictwa, zamierza zreorganizować programy nauczania, nakładając na nauczycieli nowe obowiązki, a na rodziców nowe wydatki. Nie trzeba chyba specjalnie tłumaczyć, że pomysł z zaciągnięciem 6-latków do szkół to większe koszty w szkolnictwie i mniej pieniędzy w budżetach domowych. Wspomniałem niedawno o pomysłach redukowania programu w szkołach średnich na rzecz "specjalizacji młodzieży" (poprzez np. zmniejszanie ilości lekcji polskiego i historii). Hall planuje też rewolucję w nauczaniu gimnazjalnym, a więc kompleksowo podchodzi do swojej wyjątkowo chorej misji.
Hasło "nauka przez zabawę" należałoby odnieść nie tyle do pomysłów rewolucji w nauczaniu początkowym, co do działalności nowej minister, ale i wielu poprzednich ministrów edukacji. O ile nadejście Legutki i jego niechęć do jakichkolwiek procesów rewolucjonizowania oświaty powitano w mediach pomrukiem niedowierzania, po "oprotestowanych" zmianach zapoczątkowanych przez Giertycha, o tyle sypanie z rękawa destrukcyjnymi pomysłami przez Hall, przechodzi jakoś bez większej medialnej dezaprobaty. No ale skoro jesteśmy w matriksie, to nic dziwnego. Sądzę jednak, że rodzice i nauczyciele otrzymali już dostatecznie wiele sygnałów od nowej minister, by przystąpić do równie kompleksowej jak rewolucja w oświacie, akcji obywatelskiego nieposłuszeństwa. Nie ma bowiem najmniejszych wątpliwości, że taka akcja jest tu całkowicie uzasadniona.
Głosy sprzeciwu dały się słyszeć w radiowej Jedynce, gdy w ub. tygodniu odbywała się debata nt. zmian w szkolnictwie. Rodzice i nauczyciele pytali nie tylko o kwestie płacowe, które jak wiemy, wcale nie zostały załatwione, ale o takie rzeczy, jak to, co się będzie działo z 6-latkami po zakończeniu lekcji. Albo bowiem będą musiały być dla nich organizowane specjalne zajęcia przedszkolne (w ten sposób na szkołę przeniesione zostaną obowiązki przedszkoli), albo będą siedzieć w świetlicach. To jednak tylko wierzchołek góry lodowej. Ktoś, kto ma lub miał dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym wie doskonale, jaka jest różnica między sześciolatkiem a siedmiolatkiem. Co więcej, inaczej wygląda kondycja intelektualna i psychiczna dziecka, które ma skończyć sześć lat w trakcie uczęszczania do zerówki, a inaczej tego, które idzie do zerówki już jako 6-latek. Psychologowie dziecięcy z reguły decydują, przeprowadzając testy na małych dzieciach, czy kwalifikują się one już do wczesnej scholaryzacji, czy dla ich dobra lepiej je zostawić w przedszkolu. Wspominam o tak oczywistej kwestii, jak dobro dziecka, ponieważ eksperymenty w szkolnictwie, które chce uruchomić Hall, nic z tym dobrem nie mają wspólnego. Łączenie zajęć 6- i 7-latków to jakiś kosmiczny pomysł rodem może z sowieckiej urawniłowki, ale skoro jest mowa o "wyrównywaniu szans edukacyjnych", to chyba o to chodzi.
Reformom szkolnictwa w Polsce nie ma końca. Wizjonerscy ministrowie przychodzą i zaczynają wywracać wszystko do góry nogami, po czym patrzą na uzyskany efekt. Czas najwyższy na to, by rodzice i nauczyciele w sposób stanowczy sprzeciwili się eksperymentom, a zadowolonej z siebie Hall zaproponowali powrót tam, skąd przyszła. Nikt nas nie zmusza do tego, by akceptować chore pomysły.


Komentarze
Pokaż komentarze (76)