Coraz bardziej jestem przekonany do tezy, że im dłużej i częściej dziennikarze zajmują się blogosferą i blogerami, tym gorzej im to wychodzi. Wywiad z S. Janeckim, mający stanowić mądrościowy komentarz do niedawnej rozmowy "Dziennika" z Rybitzky'm, Foxxem i J. Jareckim jest tego znakomitym dowodem.
Zacznę od tego, że nie rozumiem, po kiego diabła blogerzy dają się wciągać w takie autoryzowane pogaduchy z dziennikarzami. Mamy z jednej strony ambiwalentne postawy w środowisku samych dziennikarzy - większość nich głosi pogląd, że blogi nie-dziennikarzy są właściwie pozbawione znaczenia, a jednocześnie coraz więcej uwagi w tymże środowisku się poświęca samym blogerom i blogom. Z drugiej jednak strony sami blogerzy niby płyną pod prąd mainstreamu, a równocześnie zdradzają skłonności, by w tym mainstreamie się jednak pojawić, tak jakby nie zauważali, że mainstream może ich wypowiedzi potraktować czysto instrumentalnie. Zresztą nawet w tym niezbyt szczęśliwym wywiadzie w "Dzienniku", przepytujący blogerów M. Sommer nie kryje swojej (i tak charakterystycznej dla środowiska dziennikarskiego) pobłażliwości wobec "amatorów".
Można odnieść wrażenie, że kolejne mainstreamowe próby odsłaniania blogosfery mają za cel jej zdeprecjonowanie, nie zaś spopularyzowanie. Pomijam już to, że blogosfera sama się popularyzuje, a nie dzięki mainstreamowi. Oczywiście należy w tym miejscu odnotować postawę taką, jak I. Janke, który traktuje dziennikarzy i blogerów jako swego rodzaju kooperantów we wspólnej sprawie i powołał do życia salon24, którego obecność w Sieci trudna jest do przeoczenia nawet dla największych "profesjonalistów publicystyki". Być może zresztą w głosach dezawuujących blogerów pobrzmiewa zwyczajna nuta zawiści, że s24 okazał się tak silnym medium opiniotwórczym (swego rodzaju gazetą on-line) w przeciwieństwie choćby do blogosfer stricte dziennikarskich zainstalowanych na stronach poszczególnych tytułów prasowych czy stacji telewizyjnych.
Wracam do wywiadu z Janeckim. Twierdzi on m.in., że blogerzy nie są zawodowcami, nie mają (w przeciwieństwie do dziennikarzy) dostępu do "wiedzy tajemnej", wobec tego, mówiąc krótko, skazani są na plotkowanie jak baby na bazarze. Tego typu pogląd to nic nowego - niejednokrotnie zarzucano i zarzuca się blogerom to, że wykorzystują to, czego dostarczają media, sami zaś nie są w stanie dotrzeć do żadnych informacji. Taki zarzut jednak wynika z niezrozumienia istoty blogowania politycznego - otóż po pierwsze blogerzy nie są dziennikarzami (i zapewne nie chcą nimi być - ci zaś, co przeszli na "ciemną stronę mocy" wnet pożałują swojej metamorfozy ;P), a po drugie blogowanie to po prostu krytyka dziennikarstwa. Skądinąd wiemy, że dziennikarze są niezwykle wprost wyczuleni na punkcie krytykowania ich środowiska oraz ich sposobu opowiadania o świecie, jednocześnie zaś wychodzą z założenia, że wyłącznie we własnym gronie mają prawo dokonywać wartościowania i korygowania wytworów dziennikarskiej pracy.
Otóż nic bardziej błędnego. Abstrahuję od pseudodziennikarstwa, z jakim mieliśmy do czynienia za czasów peerelowskich
(niezorientowanych odsyłam choćby do lektury "Traktatu o gnidach" P. Wierzbickiego), bo to rzecz na osobne analizy i uogólnienia, choć przywołanie kontekstu owego pseudodziennikarstwa jest ważne w odniesieniu do praktyk medialnych obecnych w III RP. Przecież pojawienie się wielu blogerów wynikło właśnie stąd, że dziennikarze z całkowitą świadomością preparowali obraz świata, przeinaczali lub przemilczali pewne fakty, zaś manipulowanie opinią publiczną stało się ich chlebem powszednim, co zresztą po dziś dzień w wielu mainstreamowych tytułach zachodzi. Blogosfera od początku więc miała charakter pewnej ostentacyjnej, ale niezwykle cennej dla odbiorców środków przekazu, krytyki zarówno działań ludzi mediów, jak i tego, co w tychże mediach głosili.
Mówienie o jakiejś "wiedzy tajemnej", do jakiej dostęp mają dziennikarze świadczy, według mnie, o wybitnej megalomanii. Jakaż to bowiem jest zwykle wiedza? Taka, że Wacek powiedział to, na co Józiek powiedział tamto, zaś Henek skomentował se to tak, lecz Gienio od razu skontrował to w taki sposób, wobec tego Krzyniu uważa, że jest tak a tak, jednakże wypowiedź Krzynia krytykuje Maniek, twierdząc, iż jest inaczej. Gros dziennikarskich newsów to przecież są najrozmaitsze gadki polityków, co do których to gadek nigdy nie wiadomo, jaki jest ich status - czy to oficjalny pogląd danego ugrupowania, czy też prywatne zdanie danego polityka, czy też "wybuch emocji", którego nie należy traktować serio itp. Mnóstwo dziennikarskich newsów to głównie spekulacje lub wieści "z dobrze poinformowanych źródeł zbliżonych do", które żyją w mediach czasami krócej niż muchy owocówki. Kupa dziennikarskich newsów to wreszcie fakty prasowe, za którymi częstokroć nie stoi żadna rzeczywistość społeczno-polityczna.
Nic dziwnego więc, że blogerzy swoją krecią robotą, swym sypaniem piachu w tryby, chcą uzyskać jeden istotny efekt. Usiłują bowiem dotrzeć do tego, co w ogóle w polskich mediach XXI wieku jest INFORMACJĄ. Czy to, czego dostarcza mainstream (zwł. na temat Polski) jest informacją? Najczęściej właśnie NIE. Zwykle też doniesienia dziennikarskie stoją na bakier z wiarygodnością (nie zawsze jest to wina samych dziennikarzy, oczywiście), ale też skoro zjawisko dezinformacji, manipulacji i niewiarygodności przekazu jest tak powszechne, to powstaje pytanie: dlaczego tego typu relacje są w ogóle w mediach zamieszczane? Słynna (i tragiczna, nawiasem mówiąc) historia ze "sprzedażą aneksu do raportu o likwidacji WSI" analizowana z niezwykłą wprost pieczołowitością przez w.s media to jeden z wielu przypadków takiego blogerskiego drążenia medialnej manipulacji. Wspominam o tym dla ilustracji "analitycznej amatorszczyzny" blogerów.
Czy dziennikarze zatem, mając dostęp do "wiedzy tajemnej" nie popełniają błędów? Ależ popełniają i to bardzo wiele! Gdybym chciał być złośliwy (i właściwie nie widzę powodu, by nie być :P), to bym rzekł, że więcej w polskim dziennikarstwie błędów niż rzetelnej (nie tylko analitycznej, ale i śledczej) roboty. Jednakże nie interesuje mnie zbytnio weryfikacja kryteriów profesjonalizmu dziennikarzy, skoro - tak jak można wysnuć z wypowiedzi Janeckiego - przedstawiciele tego zawodu uważają się za niedościgłą elitę w obrazowaniu realnego świata.
Janeckiemu chodzi najwyraźniej o to, że skoro blogerzy nie mogą dotrzeć do poszczególnych informacji, to pozostaje im jedynie plotkowanie na temat tego, co wyczytali w mainstreamie. W ten sposób sprowadza blogosferę jedynie do jakiegoś jałowego (co sam zresztą otwarcie mówi) mielenia opinii, a nawet do grafomanii. Pozostaje zatem zagadką, jak to jest, że blogi polityczne zdobyły tak wielką popularność u czytelników, zaś blogi dziennikarskie (gdzie opinie podbudowane są rozległą, fachową, tajemną wiedzą) niekoniecznie. Nieważne, zapewne grafomania to coś, czego przeciętny internauta poszukuje najbardziej.
Kolejnym jednak poważnym błędem w mówieniu o blogosferze jest to, że sprowadza się ona wyłącznie do wymiany opinii. Jak się możemy łatwo domyśleć, Janecki chce nas przekonać, że opinię to se każdy wyrażać może (i to bezkarnie), jak se tam on chce, ale od prawdziwych opinii są fachowcy z mainstreamu. Pomijam fakt, że blogosfera zrodziła się nie tylko z konstatacji powszechnego, charakterystycznego dla III RP monopolizującej media, zmanipulowania naszych środków przekazu, ale i z kryzysu opinii, czyli zwyczajnie z tego powodu, że w mediach nie można było znaleźć sensownych, ciekawych i ważnych tekstów analitycznych na interesujące wielu Polaków tematy. Istota rzeczy polega bowiem na tym, że blogerzy nie tylko potrafią komentować, ale i przewidywać pewne wydarzenia polityczne.
A propos "wiedzy tajemnej" (już o tym pisałem kiedyś, ale wspomnień nigdy dość :P), pamiętam, jak po aferze gruntowej z Lepperem prognozowałem rozpisanie nowych wyborów, zaś red. Ł. Warzecha, którego zresztą czytuję (czasami się nie zgadzając) na moim blogu napisał mniej więcej tak, że tego typu prognozy może snuć ktoś, kto nie ma dostępu do pełnych informacji, do jakich ma dostęp właśnie zawodowy dziennikarz. Po paru tygodniach kwestia wyborów była przesądzona i za prognozowanie ich rozpisania wziął się także mainstream, problem polegał tylko na tym, że przewidywanie tego, co już właściwie nastąpiło nie należy do rzeczy specjalnie trudnych, jak sądzę. Owszem, Janecki mógłby powiedzieć, że temu czy innemu blogerowi może się jakieś przewidywanie fuksnąć - pytanie, dlaczego tak rzadko do politycznych przewidywań zabierają się sami dziennikarze, skoro to takie proste? Dlaczego są tak ostrożni w prognozowaniu? (Najwyżej komentują sondaże i z tychże wróżą, co może z tego wynikać :). Natomiast, jeśli blogerzy są w stanie przewidzieć więcej i szybciej niż dziennikarze, to wniosek jest prosty - ci pierwsi są nie tylko równoprawnymi obserwatorami życia społeczno-politycznego, ale są przede wszystkim LEPSZYMI, bardziej dociekliwymi obserwatorami od dziennikarzy.
Piszę o tym wszystkim tak obszernie, by udokumentować twierdzenie, iż blogosfera to o wiele poważniejsze zajęcie niż bazarowe pitolenie, czy to się zawodowym dziennikarzom podoba czy nie. Sam fakt, że do blogosfery akces złożyło tylu naukowców (obecnych zresztą i na salonie24) czy po prostu ludzi wolnych zawodów, świadczy, że dziennikarski monopol na kształtowanie opinii publicznej został już dawno przełamany. Warto byłoby, by dostrzegł to zarówno Janecki czy Sommer, jak i wielu innych, ponieważ blogosfera rozrastać się będzie bez względu na ich widzimisię.
http://www.dziennik.pl/opinie/article226239/Polscy_blogerzy_to_tylko_bazarowi_plotkarze.html
http://www.dziennik.pl/opinie/article225209/Jak_prasa_milczy_to_net_sie_trzesie.html
PS. Dziękuję Danzowi, na którego blogu na Niepoprawnych.pl wywiad z Janeckim został zasygnalizowany :)


Komentarze
Pokaż komentarze (108)