„Prokuratorzy z IPN przesłuchali rodzinę Tadeusza Wądołowskiego, który 21 lat temu zmarł w komisariacie MO w Gdyni. Krewni zamordowanego twierdzą, że mężczyzna został zakatowany przez milicjantów, zaś ówcześni prokuratorzy - w tym Konrad Kornatowski, dziś komendant główny policji”
Tak zaczyna się artykuł z dzisiejszego wydania Dziennika.
Gazeta przypomina sprawę sprzed lat
Tadeusz Wądołowski został zatrzymany przez milicjantów na gdyńskim dworcu. Funkcjonariusze chcieli się od niego dowiedzieć, kto dokonał kradzieży kury. Już kilka godzin później mężczyzna nie żył. Prokuratorzy - Barbara Godlewska i Konrad Kornatowski - przeprowadzili błyskawiczne śledztwo. Zakończyło się ono stwierdzeniem, że mężczyzna zmarł z przyczyn naturalnych, z powodu "ostrej niewydolności lewokomorowej".
Podaje również nowe fakty, które przeczą obronie jaką swojemu pupilowi zgotował Jarosław Kaczyński. Na pytanie dlaczego Rokita umieścił w swoim raporcie Kornatowskiego, premier odpowiedział iż:
Tę sprawę badał dla niego prokurator Józef Gurgul, wieloletni członek PZPR, robiący prokuratorską karierę w czasach PRL. Mając do wyboru, czy śmiercią Wądołowskiego obciążyć swoich partyjnych kolegów po fachu, czy wskazać, że winnym był nieznany nikomu młody asesor, wybrał to drugie.
Tymczasem jak pisze Dziennik
Bliscy Tadeusza Wądołowskiego, m.in. jego brat Jerzy i jedna z bratowych - Krystyna, odpowiadali na pytania śledczych w siedzibie IPN. W ich zeznaniach pojawił się nowy ślad - milicjanci zatrzymali wówczas na dworcu nie tylko Tadeusza Wądołowskiego, ale i jego bardzo bliskiego kolegę Mirka. "Nie pamiętam, jak się nazywa… Inwalida, nie miał nogi" - mówi Jerzy Wądołowski. "Podczas tamtego śledztwa nie chciał zeznawać. Nawet kiedy moi rodzice do niego przyszli do domu w Gdyni, to też odmówił rozmowy. Udało się z nim porozmawiać dopiero mojemu bratu Staszkowi. Opowiadał, że powiedziano mu, aby nikomu nie mówił o tym, co się stało w czasie i po zatrzymaniu, bo dostanie w czapę".
Jerzy Wądołowski bardzo dobrze pamięta dzień, kiedy dowiedział się o śmierci Tadeusza. "Było to w maju 1987 roku. Mieszkałem i pracowałem razem z jeszcze jednym naszym bratem w kopalni Sośnica na Śląsku. Matka napisała do mnie list, pamiętam każde słowo bardzo dobrze: Wy się na Stanisława bawicie, a wasz brat Tadeusz nie żyje" - wspomina. Dopiero później dowiedział się, że Tadeusz zmarł w październiku poprzedniego roku w komisariacie w Gdyni. Sam ostatni raz widział się z bratem w lutym 1986 roku na rodzinnej imprezie pożegnalnej jednej z sióstr, która wyjeżdżała na stałe do USA.
Również rodzice Wądołowskiego długo nie wiedzieli, że ich syn nie żyje. Niepokoiło ich tylko, że milczy, byli jednak przekonani, że jest zajęty pracą w Gdyni. "Rodzice o tym, że Tadek nie żyje, dowiedzieli się dopiero w maju 1987 roku! Do Bartek, wsi, w której mieszkali, przyszło pismo z aktem zgonu, który był wystawiony z datą 15 stycznia 1987 roku. Wcześniej nikt ich nie zawiadomił" - mówi Jerzy Wądołowski.
Prokuratorzy Godlewska i Kornatowski nie potrafili odnaleźć rodziny Tadeusza Wądołowskiego, choć on sam miał w dowodzie osobistym właściwy meldunek. "Zrobiono to świadomie, aby rodzina nie mogła zaskarżyć decyzji prokuratury" - uważa poseł Jan Rokita, który przewodniczył komisji sejmowej. Gdy tylko rodzice dowiedzieli się o tragedii, pojechali do Gdyni, wraz z nimi m.in. Krystyna Wądołowska.
Wstrząsająca jest relacja Jerzego Wądołowskiego z tamtych dni. "Grabarz nam potem relacjonował, że Tadeusz był nagi i tak siny, że aż czarny. Mógł być to efekt silnego pobicia. Myśleliśmy, że to Murzyn, mówili. Esbecy, którzy ciało brata przywieźli na cmentarz, rzucili tylko do grabarzy: Zakopcie go" - opowiada Wądołowski.
Stanisław (jeden z braci Wądołowskich), który teraz jest w USA, poszedł nawet wtedy na ten posterunek MO, aby spytać o to, jak było. Milicjanci wyrzucili go z budynku" - wspomina Jerzy Wądołowski. Nie ukrywa, że wciąż się obawia. Podobnie jak bratowa, która wcześniej mówiła, że rozpoznała Kornatowskiego wśród prokuratorów, z którymi po śmierci Tadeusza rozmawiała w Gdyni. "Zawsze mówiła, że tej twarzy nigdy nie zapomni. Teraz już nie jest do tego taka przekonana" - dodaje. "Kornatowski jest, moim zdaniem, odpowiedzialny za śmierć mego brata i za to, że jej sprawcy uniknęli odpowiedzialności. Robił to, co przełożeni z peerelowskiej prokuratury mu kazali" - stwierdza.
Wobec tego ma parę pytań do premiera, który dodatkowo o Kornatowskim mówił :
Jeśli jednak chodzi o same wydarzenia z 1986 r., z całą pewnością żadnych nadużyć z jego strony nie było.
Jak to się stało, że Wądołowskiego zakatowano w październiku, a akt zgony wypisany był na styczeń?
Jak to się stało, że rodzinę powiadomiono dopiero w maju ?
Czy rodzina Wądołowskiego też robiła wieloletnią karierę w PRL i teraz oskarża niewinnego asesora?
Czy prokurator Kornatowski nie uważał za stosowne powiadomić rodzinę o zgonie Tadeusza Wądołowskiego?
Jak to się mogło stać, że śledztwo umorzono błyskawicznie z powodu „ostrej niewydolności asesora” a jednocześnie prokurator Kornatowski nie ponosi za to odpowiedzialność?
Kto przeprowadzał czynności w śledztwie?
Kto podpisywał dokumenty?
Dlaczego przez lata prokurator milczał?
No i na koniec gdzie w tej sprawie stoi premier, a gdzie stoi ZOMO?


Komentarze
Pokaż komentarze (21)