Miłość z jaką politycy i sympatycy Prawa i Sprawiedliwości zapałali do Leszka Millera, musi budzić szacunek i jest jeszcze jednym potwierdzeniem, że co jak co, ale miłosierdzia naszej władzy nie brakuje.To jest wojownik, naprawdę wojownik - twierdzi Ludwik Dorn i trzeba przyznać, że nie jest to głos zupełnie pozbawiony sensu. Niewiadomo przecież jak się potoczą powyborcze losy i kto wie, być może znów trzeba będzie się układać z Samoobroną, a więc również z najsłynniejszym mieszkańcem Żyrardowa. Premier Kaczyński, wicepremier Rokita i minister Miller- ot spełniłoby się odwieczne marzenie redaktora Michnika, który przecież już dawno się skończył.
Co prawda kiedyś Ludwik Dorn o Lepperze i Millerze mówił coś w kontekście wycieraczki, ale kto by dawnej miłości Kingi Dunin takie nieścisłości wypominał.To silny człowiek – marzą sympatycy PiS (choćby Nicpoń i Igła), którzy jak to u prawicowej konserwy bywa nadal marzą o silnym kanclerzu z jajami. Owszem Kaczyński może być uważany za twardziela, ale jednak jak ktoś mieszka u matki razem z kotem, nie ma prawa jazdy i karty bankomatowej to jednak na macho epoki postindustrialnej nie za bardzo się nam nadaje.
Siła Milera polegała mniej więcej na tym, że bał się zdymisjonować jakiegokolwiek ministra zamieszanego w aferę, bo mu partyjne doły by się zbuntowały. Nie dotrwał do końca kadencji, zabrano mu fotel szefa partii i dziś zakłada biało czerwony krawat. Jak na wojownika całkiem nieźle, no i wpisuje to nam się w słynne już polskie gloria victis, gdyż kogo jak kogo, ale wygranych inaczej to my kochamy najbardziej.


Komentarze
Pokaż komentarze (13)