Lubię Warszawę.
Rozlazłą, rozwlekłą, jak pełzająca przestrzeń.
Lubię ten rozmach prowincjonalnej Europy
szczytującej tonami szkła, betonu i stali.
Mam swoje miejsca,
małe fragmenty, perły łowione przypadkiem
na ziemi niczyjej.
Śmieszy mnie jej szowinizm.
Pokolenia liczone na brudnych paluchach z nabożną miną
i żarciki kryjące gorycz kompleksów.
Warszawa jest trochę jak pozłacana cipa
Syta, nażarta, kapiąca bogactwem,
ale i brudna, niemyta, często zaszczana.
Miasto bez tożsamości, które się samo narzuca
swą mitologią, szeptaną ustami z pianą
przecieranymi pogniecionym sztandarem


Komentarze
Pokaż komentarze (25)