Zwykle po nieobowiązującej wymianie zdań, kiedy cisza zaczynała im ciążyć, albo, gorzej, gdy niechciany towarzysz, który przyłączał się do jego spaceru, czyniąc go coraz bardziej nieznośnym, bełkotał nieskładnie, że przecież nie tak to sobie wyobrażali, pozbywał się go za cenę trzydziestozłotowej, niekiedy nawet większej pożyczki, do tematu której nigdy później nie wracali. Za pierwszym razem dał Strunie dwadzieścia złotych. „Czy wystarczy na pół litra? Przestaję wiedzieć, ile kosztuje butelka. Tracę kontakt z życiem tego kraju...” – pomyślał wtedy Return z rozbawieniem. Ale kiedy oddalił się parę kroków od Daniela kontemplującego banknot na dłoni, zrobiło się mu głupio. Wrócił prawie biegiem i dołożył drugie tyle.
Teraz jednak, po paru nieuważnych pytaniach i odpowiedziach, kiedy wręcz odruchowo zapytał, czy nie pożyczyć Strunie kilku złotych, z zaskoczeniem usłyszał, że dawny druh chce rozmawiać. Daniel podniósł głowę i popatrzył prosto, wycelował w niego szarą twarz ze sterczącym dziobem nosa na tle dwóch wież kościoła w spirali ptaków. Return spojrzał w bok. Chmury nad rynkiem, nad gęstniejącym, nieuważnym tłumem przechodniów były coraz ciemniejsze.
– Muszę z tobą pogadać – powtórzył Daniel dramatycznie wczepiając się w rękaw Returna. – Obiecuję, że więcej nie będę zawracał ci głowy – mówił gwałtownie, patrząc mu prosto w oczy. – To naprawdę ostatni raz.– Głupio się tu czuję. To nie moje miejsce – powtarzał, kiedy Return zaproponował którąś z kawiarni przy rynku. – Chodźmy trochę dalej, do knajp, które znam lepiej. Ale Return był nieustępliwy. – Nie mam czasu. Siadamy w „Redolfim”. Nie przejmuj się. Ja płacę – powiedział, jakby trzeba było o tym przypominać.
************************************************************************** Czas Czas spływał po kostkach kręcąc spirale jak klucz bocianów, a hejnał z wieży mariackiej mościł swe gniazdo w krakowskiej rozpaczy. Było chmurno, gęsto i ociężale. Szli w milczeniu wpatrując się w swoje stopy. Nie były bose.
Dotarli na miejsce, tak dobrze znane już Returnowi. Końcowa przystań w świecie rozpuszczającym się w morzu nicości. Jan otworzył drzwi niczym ostatnia mewa wczorajszych połowów i wraz z Danielem utonął w otchłani półmroku. Usiedli.
- O co więc chodzi - spytał Return, zawieszając wzrok na sterczącym dziobie nosa przyjaciela.
- Śniła mi się dziś Janina Paradowska - rzucił Daniel i twarz ukrył w dłoniach. Brudnawe palce zwierzyły resztki czupryny - Nie wiem co mam robić.
Sprawa była poważna, gołębie fruwały wokoło a dym się unosił z kadzideł. Coś wisiało w powietrzu.
- Czy na pewno chcesz o tym opowiadać? Może się lepiej napijmy - orlą zręcznością wyłowił kelnerkę i dziobiąc ją swoim wzrokiem, czekał na jej reakcję. Przyleciała natychmiast.
- Nie - krzyknął dławiąco - muszę to ci powiedzieć. To nie po raz pierwszy.
- Cztery setki poproszę - fuknął Return kelnerce, zastanawiając się jaką karmą dodać Danielowi otuchy.
- Może to jednak przejściowe. Może się jakość otrząśniesz.
- Nie daje już rady, ona mi się śni. Ona do mnie też mówi.
Chwila milczenia dudniła swą ciszą. Impas rozmowy ciążył ku katastrofie.
- A może to jakiś znak?
- Janek, na Boga, ale jaki?
- Daniel syknął szeptem, wpatrując się w Returna ze skrzydlatą nadzieją.
- Wiesz mi śnił się ostatnio Igor i Rafał?
- Razem?
- No, można tak powiedzieć - zmieszał się Return - ale dałem sobie radę. Po prostu nie śpię.
- I co wtedy robisz?
- Piszę książkę. Mam już nawet tytuł: „Dolina Nicości”


Komentarze
Pokaż komentarze (8)