Nie wiadomo czy to „Marsz Życia i Rodziny” czy swoiste fin de siecle (ostatnie rżenie?) chrześcijańskiej Europy, ale strasznie nam się zrobiło w Polsce rodzinnie.
Oto Pani Joanna Kluzik- Rostowska - jeden z najlepiej ocenianych ministrów (nie ulegajmy feminazistowskiej poprawności językowej) zaproponowała nowy rodzinny pomysł, a mianowicie elektroniczny rejestr dzieci. Do owego rejestru nie tylko wpisywano by podstawowe dane dziecka, ale także inne informacje, wedle minister jak najbardziej zasadne. I tak przy każdym siniaku czy zadrapaniu z donosem spieszyć musiałby lekarz, a za każdym razem gdy tylko dałoby się zauważyć coś podejrzanego, do rejestru podejrzenia wpisywałby z kolei nauczyciel. Pomysł ten, szatańsko skrzydlaty w swej transparentności, wbrew tradycyjnej antypisowskiej histerii i propagandzie, ma wiele zalet.
Ot choćby nasz poseł Kurski nie musiałby się już głowić, czym zgrzeszył w młodości Donald Tusk lub jego rodzina. Wystarczyłoby parę komputerowych wydruków i już wiedziałby kto, kogo, gdzie w młodości molestował, pobił, mobbingował, tudzież zakazywał czytywać Pisma Św. Na kampanię wyborcza jak znalazł.
Co prawda, paru troskliwych rodziców mogłoby mieć nieprzyjemności, jak choćby bloger jlv2, który swego czasu tak kopnął (walnął?) kolegę swej córki, aż ten przeleciał na drugi koniec sali. Ale co najwyżej minister Ziobro i Marek Jurek tak znowelizują kodeks karny, iż kopanie dzieci uzna się za obronę konieczną, a nawet za konieczność wychowawczą. Nie chcemy przecież, aby dzieci były histeryczne i mniej współczujące.
Nie wiadomo tylko co na ten pomysł sądzi Kościół Katolicki. Wszak dotychczasowe upychanie po parafiach kapłanów, którzy zbłądzili, może okazać się nie wystarczające, gdyż rejestr działać ma w każdym województwie. A dzieci jak to dzieci, lubią fantazjować i nie zawsze rozumieją te wyszukane zabawy dorosłych, zwłaszcza tych w sutannach.
Rodzinnie jest jednak nie tylko u Pani Joanny, ale w całym Prawie i Sprawiedliwości. Oto Tomasz Sakiewicz, nasz „polski Bukowski” (też zdaje się literat), tak niefrasobliwie odzyskiwał Gazetę Polską, że aż na kark ściągnął sobie gangsterów, których wcześniej, jako inwestorów, do tygodnika zaprosił. Na szczęście dorobek dziennikarski, słuszna postawa
i sztywny (jak pal Azji?) kręgosłup moralny Pana Tomasza, pozwolił na to, by rodzina Prawa i Sprawiedliwości, spojrzała na jego wybryki nieco łaskawszym okiem. I tak jak kiedyś papa Glapiński ustawowo załatwił Panu prezesowi parę kamienic, tak teraz papa Jasiński pozwolił, aby beztroski Tomaszek, mógł sobie wykupić dług owych gangsterów wobec Skarbu Państwa. Tym samym, nie dziennikarz już, a biznesmen Sakiewicz, może, dajmy na to, sobie własne wierzytelności w stosunku do owych gangsterów potrącić lub jakoś inaczej trzymać ich w szachu.
I choć sprawa na kilometr śmierdzi etyczny standardem, to ja, jako skromny podatnik, chciałbym się spytać, za ile ów dług został kupiony. Wszak skoro sprawa jest dla Pana Tomasza gardłowa, to ufam, że dał więcej, niż ten dług w rzeczywistości jest warty. Znając bowiem przeszłość (i teraźniejszość) papy Jasińskiego, trudno podejrzewać, aby interes Skarbu Państwa nie był dla niego najważniejszy.


Komentarze
Pokaż komentarze (21)