Tak, to już jutro, cała katolicka Polska, być może nawet w opozycji do dnia dziecka, świętować będzie Dzień Dziękczynienia. Opornym intelektualnie spieszę z wyjaśnieniami, że nie chodzi tutaj o słynne amerykańskie Święto Dziękczynienia z indykami lecz o całkiem nową tradycję, właśnie co zapoczątkowaną przez arcb. Nycza.
Chodzi o to, żeby dziękować za dobro - tak w skrócie, można podsumować skrzydlatą idee arcybiskupa. Niestety, jako że „samo dobro” przegrało wybory parlamentarne, polski lud maryjny musi dziękować za coś innego. A więc za co?
Być może za to, iż Polska odzyskała niepodległość? Ale cóż to za niepodległość, gdy rządzi Donald Tusk i Beria Pitera?
Być może za to, iż nasza reprezentacja zagra na Euro? Ale co to za sukces, skoro drużynę prowadzi trener z kraju, gdzie ma miejsce eutanazyjny holocaust?
Być może za to, iż ks. Heller dostał nagrodę. Ale co to za ksiądz, co kreacjonistów ma za kretynów?
Być może wreszcie za to, iż Bronisław Wildstein napisał powieść na miarę „Zmartwychwstania” Tołstoja? Ale kto to, za przeproszeniem, jest Tołstoj i co sądzi o lustracji?
O co więc tak naprawdę chodzi w tym święcie?
Chodzi o to, aby nauczyć się dziękować sobie nawzajem. Każdy może się też włączyć w obchody Dnia Dziękczynienia przez dar na budowę Centrum Opatrzności Bożej, gdzie znajdą się placówki kultury, z których będą mogli korzystać wszyscy – dodaje arcybiskup.
Jeżeli więc tak się zdarzy, że jutrzejszy dzień, jako wzorowy rodzic, zechcesz poświęcić swemu maleństwu, zawsze możesz jednocześnie „poprzeżywać” duchowe misterium, przelewając okrągłą sumkę na budowę Świątyni Opatrzności Bożej.


Komentarze
Pokaż komentarze (16)