W nienawiści jest strach…
Johann Wolfgang Goethe
Od dłuższego już czasu prześladuje mnie w snach taki oto obrazek: jakiś facet, którego twarz wydaje mi się znajoma, trzyma przy moim gardle nóż i z wykrzywioną gębą zadaje natarczywe pytanie „dlaczego tak mnie nienawidzisz?”. Próbuję zaprzeczać, że nie, że nic podobnego, że tylko różnimy się w ocenach, ale on wie lepiej, ostrze noża coraz bardziej naciska na moją krtań – i wtedy budzę się zlany potem. I zaraz, już na jawie, przelatują mi przed oczami kadry z filmu, w którym statystowałem, ale oglądane jakby od końca, w ścieżce retrospektywnej.
Pierwszy obrazek: czerwiec roku 1989
Trwa euforia po zwycięstwie wyborczym „ekipy Solidarności” i nikt już nie zwraca uwagi na zrzędzenie malkontentów o „liście krajowej”. I nagle do środowisk bardziej wtajemniczonych dociera bulwersująca informacja, że część zwycięskiej ekipy spod znaku „lewicy laickiej” - personifikowana przez Adama Michnika i Jacka Kuronia - prowadzi dyskretnie polityczne rozmowy z „światłymi przedstawicielami” PZPR. Celem jest stworzenie nowego projektu politycznego, być może wspólnej formacji. Gdy wstrząśnięty pytam o to Adama Michnika, ten - zirytowany - naciera pytaniem: „Czy nie widzisz, że Polsce grozi fundamentalizm religijny, który wyłoni środowiska napędzane nienawiścią?” – Jaki fundamentalizm? - próbowałem polemizować. – Ja widzę raczej zjawisko odwrotne, kościoły już nie są tak przez wiernych oblegane jak w stanie wojennym i nawet na msze za Ojczyznę przychodzi do kościoła Stanisława Kostki znacznie mniej ludzi.- Polsce grozi „chomeinizacja” z wszystkimi dramatycznymi konsekwencjami i światli ludzie powinni to powstrzymać - kategorycznie stwierdził Michnik. I to była nasza ostatnia rozmowa.
Drugi obrazek: 4 czerwca 1992 r., późny wieczór, Sejm
Sala plenarna wypełniona jak nigdy po brzegi. Rano dotarła na Wiejską „lista Macierewicza” i już parę godzin później - na wniosek prezydenta Lecha Wałęsy - rozpoczęła się procedura odwołania rządu Jana Olszewskiego. Trwa to kilka godzin, są liczne proceduralne przerwy. W trakcie jednej z nich spotykam w kuluarach posła Unii Demokratycznej, Zbyszka Janasa. Znamy się od lat, coś tam razem dłubaliśmy w podziemiu, chociaż on głównie się ukrywał. – Powiedz mi, bo wiem, że jesteś zwolennikiem lustracji – zaczął z ogniem w oczach – dlaczego jest w was tyle nienawiści.- Co ty pieprzysz Zbyszku o jakiejś nienawiści i co oznacza zaimek „was”? Ja nie hołubię w sercu do kapusiów nienawiści, a jedynie obrzydzenie i w szczególnych przypadkach jestem w stanie nawet im współczuć. Ale nie chciałbym, żeby w ławach poselskich zasiadali tajni współpracownicy bezpieki i doprawdy nie mogę uwierzyć, że wam - posłom i senatorom RP - może to nie przeszkadzać. Przecież – kontynuowałem – na „liście Macierewicza” jest mniej niż 10 procent parlamentarzystów, czyli znakomitej większości parlamentarzystów powinno zależeć, żeby w sposób cywilizowany - jak zrobili to Czesi czy Niemcy - przeprowadzić proces lustracji. Tym donosicielom, a uczynili zapewne nie mało zła, nie grożą żadne represje, co najwyżej „czasowy urlop” od pełnienia ważnych funkcji publicznych. I już na zakończenie dodałem, że chciałbym mieć dostęp do swojej „teczki”, żeby poznać nazwiska ludzi, którzy na mnie donosili. – Ale po co ci ta wiedza - zachrypiał przysłuchujący się naszej rozmowie Jacek Kuroń. – Nie chciałbym z powodu niewiedzy - i ta myśl mnie prześladuje – darzyć niezmiennie szacunkiem i co więcej serdeczną przyjaźnią kogoś, kto na mnie donosił. – Jesteś chory z nienawiści – oświadczyli zgodnie obaj posłowie UD.
Parę godzin później, już po północy, zagłosowali wraz z innymi za odwołaniem rządu Jana Olszewskiego – skutecznie dorżnęli lustracyjną watahę.
Trzeci obrazek: 5 czerwca 1992, restauracja sejmowa
Po nocnych przeżyciach związanych z „konstytucyjnym zamachem stanu” udałem się następnego dnia do Sejmu żeby zobaczyć „krajobraz po bitwie”. Rano kupiłem „Gazetę Wyborczą” – na pierwszej stronie była dynamicznie przedstawiona relacja z obalenia rządu Jana Olszewskiego, ale również wiersz przyszłej noblistki Wisławy Szymborskiej. Tytuł tego wiersza – „Nienawiść” – stanowił wzmacniającą pointę ostatnich wydarzeń.
Udałem się do restauracji sejmowej i tam zobaczyłem przy jednym ze stolików siedzącego samotnie byłego już premiera. - Czy mogę..- premier kiwnął głową. Gdy usiadłem poczułem zogniskowane spojrzenia kilkudziesięciu osób. Oj, nie były to spojrzenia życzliwe, czy choćby tylko pełne ciekawości. – Są po lekturze wiersza Szymborskiej – mruknął premier.
Czwarty obrazek: połowa sierpnia 2010 r. Krakowskie Przedmieście
To nie był „aktyw robotniczy” jak w marcu 1968, tylko grupa młodych ludzi buszujących w internecie, którzy za pośrednictwem tego medium skrzyknęli się na spotkanie przed Pałacem Prezydenckim. Ale zestawienie nie jest przypadkowe – „aktyw robotniczy” i internautów łączyła nienawiść. Ci pierwsi mieli tłuc studentów, a najchętniej studentki, ci drudzy zamierzali dać odpór oszalałym dewotom, którzy samozwańczo nazwali się obrońcami krzyża. Poszedłem tam w przekonaniu, że zobaczę happening i wygłupy „jajcarzy”, a tymczasem…Stałem w tłumie bardzo młodych ludzi, którzy w jakimś niepojętym dla mnie transie, z wykrzywionymi grymasem twarzami, wykrzykiwali obraźliwe hasła przeciwko tragicznie zmarłemu prezydentowi, przeciwko modlącym się ludziom, przeciwko religii jako takiej. I przyznam się, że w moich oczach wyglądało to groźniej od pamiętnej sceny z filmu „Kabaret”, gdyż tam śpiew młodych ludzi zaczynał się od kwiatków, motylków i pszczółek, a dopiero kończył na hitlerowskim pozdrowieniu. Tu nie było żadnego początku, tylko od razu finał – ze wzniesionymi pięściami i zbiorowym bluzgiem. To był orwellowski „seans nienawiści”.
Następnego dnia „Gazeta Wyborcza” przedstawiając w różowy, sielankowy sposób wydarzenia sprzed Pałacu Prezydenckiego, ogłosiła radośnie, że po tym happeningu Polska będzie już inna, w przekazie dla czytelników tej gazety lepsza.
Refleksja semantyczna
Zbigniew Herbert już na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia z niezwykłą przenikliwością zauważył, że już u zarania wytęsknionej wszak III Rzeczpospolitej pojawiło się w życiu publicznym niezwykle groźne dla każdej zbiorowości zjawisko, które nazwał „zapaścią semantyczną”. Chodziło mu o dialektyczne z początku zabiegi odrywania słów od tradycyjnie przypisywanych im pojęć, co skutkowało tym, że coraz więcej ludzi miało kłopoty z odróżnianiem takich pojęć jak „bohaterstwo” i „zdrada”, „przedsiębiorczość” i „cwaniactwo”, „uczciwość” i „skuteczność”, „przyzwoitość” i „pragmatyzm”, czy nawet „prawda” i „kłamstwo”.
Ale manipulatorzy od semantyki nie zatrzymali się w pół kroku i odrzucając dialektyczny gorset – poszli dalej. Dokonali - i jak się okazało nie bez powodzenia – spersonifikowania pewnych pojęć á rebours.
Stefan Niesiołowski z grymasem nie ukrywanej nienawiści i adekwatnym do zaciśniętych szczęk tekstem nieustannie zarzuca nienawiść J. Kaczyńskiemu – i ludzie to kupują. Nie inaczej, choć na większym luzie, atakuje Kaczyńskiego Janusz Palikot. I Andrzej Wajda. I Radek Sikorski. I Bronisław Komorowski. I sam Donald Tusk.
Ludziom, których zżerała i nadal zżera nienawiść do obolałego po katastrofie smoleńskiej Kaczora, udało się przykleić mu etykietkę „nienawistnik”. Wymagało to wieloletnich zabiegów. Dzisiaj to jest już łatwizna: domaga się Kaczor zbadania do końca przyczyn katastrofy – zieje nienawiścią do Rosji; zwraca uwagę, że dla polskiej racji stanu dogadywanie się ponad unijnymi strukturami Rosji i Niemiec stanowi zagrożenie – nienawidzi naszych sąsiadów; przestrzega przed groźbą kondominium – zapewne nienawidzi własnego państwa i narodu. Dokąd zabrną potwarcy Jarka Kaczyńskiego, trudno przewidzieć. Warto mieć jednak świadomość, że przy tak rozkręconym procederze na celowniku może znaleźć się każdy. Również dzisiejsi harcownicy.
Orwelliada bowiem trwa.


Komentarze
Pokaż komentarze (115)