29 obserwujących
75 notek
223k odsłony
  1084   0

Włókna duszy i chrząstki sumienia

                                                                                         W 90. rocznicę urodzin Zbigniew Herberta

 

 

To wcale nie wymagało wielkiego rozumu.

Po 1 września 1939 roku Polska, zmiażdżona przez dwa totalitarne mocarstwa, miała zniknąć z map Europy. Raz na zawsze. I niewiele się pod tym względem zmieniło, a jeśli już, to na gorsze, gdy dwa lata później dotychczasowi sojusznicy skoczyli sobie do gardła i wojska Hitlera stały u bram Moskwy, a niemal cała Europa leżała u jego stóp. Przysięganie wtedy na ptaka i dwa kolory niewiele miało wspólnego z rozsądkiem i realną oceną sytuacji. Pokolenie „Zośki”, „Rudego” i trochę młodszego od nich Zbigniewa Herberta, które wkraczało wtedy w dorosłość, nie chciało jednak przestać marzyć o Niepodległej.

I to nie mogło się dla nich dobrze skończyć. Los akowców biorących udział w akcji „Burza”, podstępnie przez Sowietów rozbrojonych i aresztowanych, był tylko złowróżbną zapowiedzią tego, co zdarzy się potem.

A potem było Powstanie Warszawskie, walka Dawida z Goliatem bez optymistycznej pointy. Hekatombie miasta, straceńczej, bo osamotnionej walce, w której obok tysięcy innych żołnierzy AK zginęli Baczyński i Gajcy,  przyglądali się wtedy, nie będący w Warszawie, inni dwaj poeci.

Pierwszy, z niezbyt odległych od stolicy Stawisk, skąd nocą widać było łunę płonącego miasta – zapewne ze zgrozą.

Drugi, zaprzysiężony żołnierz Armii Krajowej, z odległego Krakowa, gdzie docierały niepewne, ale coraz to gorsze informacje – z zaciśniętymi zębami.

A nie był to koniec nieszczęść. Nikt w Polsce nie wiedział, że nasi zachodni sprzymierzeńcy, nasi towarzysze broni zdradzili nas jeszcze w Teheranie w 1943 roku, co uroczyście potwierdzili w 1945 roku w Jałcie. Polska znalazła się w „strefie wpływów” Związku Sowieckiego, co było słabo zawoalowaną formą kolejnej okupacji, z przemocą implantowanym systemem komunistycznym.

Rozum, co tam! Zwykły rozsądek wskazywał, że już nic się nie da zrobić, że płynięcie pod prąd Historii skazane jest na kolejną klęskę, że trzeba się jakoś dostosować.

I większość tak zrobiła, choć znalazła się wcale nie tak mała, bo licząca tysiące grupa desperatów, która poszła do lasu. Wyłapano ich i wybito niemal do nogi, ostatniego bezpieka dopadła i zastrzeliła bodajże w 1964 roku. Wtedy oficjalna propaganda nazywała ich „bandytami”, dzisiaj mówimy o nich z szacunkiem: Żołnierze Niezłomni.

Dostosowanie się, czyli płynięcie z prądem, może być jednak różne. Żeby być na czele fali, a nie być wciąganym przez byle wir i wyrzucanym na mieliznę, trzeba umiejętnie płynąć. Nowi flisacy chętnie zapraszają na pokład, ale żądają akcesu, najlepiej wyznania wiary. Wprawdzie na czele fali jest dużo brudnej piany, ale rozsądek podpowiada, że można przecież przymknąć oczy. A najlepiej uwierzyć. Wielu tak czyni. Potem będą tłumaczyć się... ukąszeniem heglowskim.

Pan Cogito zachowuje się inaczej. Myśli uparcie – w końcu noblesse oblige – ale zachowuje się mało roztropnie; czasami można odnieść wrażenie, że stracił instynkt samozachowawczy. Tymczasem życie się jakoś w PRL- u stabilizuje, o „chłopcach z lasu” dawno zapomniano, kolegom po piórze, tym, którzy „uwierzyli”,  wiedzie się całkiem, całkiem (dobre mieszkania, wysokie nakłady książek, spotkania autorskie – jednym słowem, niezła kasa), a on żyje gdzieś kątem, zwyczajnie klepie biedę. I uparcie nie chce płynąć z prądem, choćby na końcu ławicy, tylko pod prąd – do źródła. O którym, nawet jeśli jeszcze gdzieś podskórnie bije, prawie nikt już nie chce pamiętać.

I nagle zdarza się cud. Cud opamiętania. Dawni jawnogrzesznicy, piewcy „najlepszego z ustrojów” doznają iluminacji: oddają legitymacje partyjne, podpisują listy protestacyjne. Nie jest ich zbyt wielu, ale nazwiska z górnej półki. Dla rodzącej się w bólach opozycji antykomunistycznej Zbigniew Herbert i jego wiersze stają się darem niebios. Poeta spotyka się w tych kręgach z manifestowanym, egzaltowanym wręcz uwielbieniem. Ale Pan Cogito nie przepada za takimi fetami, jest stoikiem, ceni umiar. I niezależność – również od środowiska, które chciało w nim widzieć własną ikonę.

Gdy wybucha Solidarność, Herbert zachłystuje się atmosferą ruchomego święta. Nie ma czasu na pisanie, chodzi na wiece, spotkania, jest pod Rotundą, odwiedza na Uniwersytecie Warszawskim strajkujących studentów.

Tym większą traumą jest dla niego wprowadzenie stanu wojennego. Wtedy wraca do pisania, ale również w jakimś sensie – pod prąd. Rodzące się podziemie solidarnościowe, grupujące pełnych zapału i poświęcenia młodych ludzi, oczekiwało, jeśli nie surm bojowych, to przynajmniej trąbki batalionowej. A tu powstaje „Raport z oblężonego miasta”, przesączony pesymizmem, z niezmiennym u Herberta imperatywem conradowskiej wierności.

Gdy zdarza się kolejny cud i Polska odzyskuje niepodległość, Herbert jest w Szwajcarii. Na wieść o wynikach wyborów z 4 czerwca 1989 roku wyszedłem na ulicę, chciałem tańczyć carmagnolę – i nie miałem z kim – wspominał po powrocie. Był już bardzo chory, nie opuszczał mieszkania. W ostatnim roku życia praktycznie nie wstawał z  łóżka. Nie oznacza, że nie prowadził intensywnego życia. Wręcz przeciwnie. Kontaktował się z ludźmi, zapraszał ich do siebie, udzielał wywiadów, pisał komentarze i felietony. I, naturalnie, kolejne wiersze.

Jednak to mu nie wystarczało. Ponieważ po raz pierwszy w życiu mógł poczuć się obywatelem własnego kraju (PRL nazywał ubolandem), postanowił w sprawach, które uznał za ważne wypowiedzieć się właśnie jak obywatel. Prozą. I tu wielu jego wcześniejszych wielbicieli zazgrzytało zębami. Po co ta dosłowność? Niech dalej pisze wiersze i nie marnuje talentu. Dlaczego tak zaangażował się w rehabilitację płk Kuklińskiego, gdy sprawa przecież nie jest tak do końca jasna?  A pisanie listu do przywódcy Czeczenii, Dudajewa z przesłaniem poparcia dla jego narodu w walce z Rosją – kto go do tego upoważnił?

Gdy Pan Cogito stwierdzał w swym przesłaniu: niech nie opuszcza ciebie Pogarda dla szpiclów katów tchórzy, to fraza ta może być wpisana w różny kontekst i podlegać interpretacji. Zwolennicy lustracji i tak ją wykorzystają do swoich niecnych celów, więc po co zabierać głos? Czy nie wystarczy, że grono nienawistników nauczyło się na pamięć i wycierają gęby cytatem: ...i nie przebacza, zaiste nie w twojej mocy przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie? Bo przecież powinnością świeżo oświeconego Europejczyka jest wybaczać, wybaczać i jeszcze raz wybaczać. Nawet gdy nie ma skruchy...

Pan Cogito dzielnie znosił te zaczepki. Żałuję, że podczas naszych rozmów nie spytałem, skąd wie, że dusza ma strukturę włóknistą, a sumienie składa się z chrząstek.

Na szczęście ostatnie słowa Przesłania: Bądź wierny Idź -  nie potrzebują żadnych wyjaśnień.

Lubię to! Skomentuj7 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale