No bo co innego można jej dać?
Jak inaczej podziękować za to, że jest? Za to, że zawsze była.
Czy właśnie tak jak 26maja, sto lat temu, gdy wracając z harcerzami z nocnej łapanki na kłusowników nazbierałam w lesie olbrzymie bukiety konwalii
Za to, że czytała Brzechwę (jak ja nie lubiłam psich smutków!) do nauczenia się na pamięć.
Za to, że robiła za zegarynkę – „siódma, wstawaj do szkoły”, „druga w nocy, dobrze, że już jesteś”.
Za kopniaki w tyłek przed egzaminami.
Za perfidne komentarze wychowawcze - „a może to dobrze być takim wrednym”, „egoistom jest lepiej w życiu”
Za najlepsze na świecie strucle z serem przywiezione kiedyś na kolonie.
Za wyrzuty „znowu masz zimne ręce”.
I za to, że brała te zimne ręce w swoje zawsze ciepłe, nawet na mrozie. Tak ciepłe, że ogrzały i ręce i duszę na całe życie.
To za to konwalie?
A może niezapominajki?
Nic z tego; dziś posadziłam begonie i fuksje. Na płycie postawiłam goździki.





Komentarze
Pokaż komentarze (1)