Szok establishmentu po wyborczym zwycięstwie Andrzeja Dudy i nagłym uświadomieniu sobie realnej perspektywy rządów PiS po jesiennych wyborach parlamentarnych, nawet (a może "jeszcze do tego") w koalicji z Kukizem, skutkuje coraz ciekawszymi enuncjacjami jego sztandarowych przedstawicieli.
Oto Tomasz Lis głosi, że zasadniczym powodem klęski Bronisława Komorowskiego był "hejt industry" w wykonaniu sztabu Andrzeju Dudy. Na czym miało to polegać? Na "obrzucaniu Bronisława Komorowskiego wszelkimi możliwymi obelgami", które zaskutkowały "zdemolowaniem wizerunku" obecnego Prezydenta.
Doprawdy, trudno nie dziwiś się słowom redaktora "Newsweeka", który sam wyznaczał coraz to dalsze granice ataków przeciw krytykowanemu przez siebie obozowi politycznemu. Nie chodzi tu nawet o słynne okładki jego tygodnika czy oszczerstwa wobec Kingi Dudy. Bardziej idzie tu o brak reakcji jego i jemu podobnych na obrzydliwe ataki wobec Lecha i Jarosława Kaczyńskich, naśmiewanie się z ich niskiego wzrostu, sposobu mówienia, bezżenności Jarosława i setek różnych rzeczy, które w normalnej debacie politycznej nie powinny stanowić jakiegokolwiek argumentu. To Panu Lisowi absolutnie nie przeszkadzało. Jeżeli było inaczej, proszę o dowody, wtedy chętnie przeproszę za powyższe słowa. Jednakże, w moim, być może mylnym, przekonaniu, dopiero gdy obiektem kpin internetu stał się Bronisław Komorowski Pan redaktor uznał to za rzecz karygodną.
Pominę i to, że w tym samym tekście Tomasz Lis używa sformułowania o "komsomolskich proPiS-owcach" czy o bełkoczącym bez składu i ładu Pawle Kukizie. Problem dotyczy dwóch podstawowych kwestii.
Pierwszą z nich jest to, w jaki rzekomo niezgodny z prawdą sposób był atakowany Bronisław Komorowski? Czy chodzi może o słynną kwestię o znalezieniu pracy i wzięciu kredytu, o konferencję prasową z koparką i ciężarówką w tle, gdy nazajutrz na placu udawanej budowy nic się nie działo, o wejście na krzesło w japońskim parlamencie, czy też o związki Bronisława Komorowskiego z WSI, z których w żaden sposób urzędujący jeszcze Prezydent nie jest w stanie się wytłumaczyć?
Tomasz Lis jako człowiek z pewnością inteligentny doskonale wie, że wszystkie te sprawy, przez które Bronisław Komorowski tracił poparcie i które skutkowały "dekonstruowaniem" jego misternie budowanego wizerunku, nie były wykreowane, tak jak analogiczne ataki na, przykładowo, Prezydenta Kaczyńskiego. Wydaje się, że enuncjacja redaktora "Newsweeka" jest odwracaniem uwagi od zasadniczej tendencji. Oto, gdy żyły jeszcze wspomnienia rzekomo obciachowych rzadów braci Kaczyńskich, niemalże każdą narrację o wspaniałym premierze i godnie pełniącym swój urząd Prezydencie mozna było w internecie z mniejszym czy większym powodzeniem sprzedać. Jak się wydaje, swój punkt kulminacyjny tendencja ta osiągnęła około 2011-2012 r., by potem coraz silniej słabnąć. Wtedy też zaczęła się owa dekonstrukcja wizerunku. Wpadki Komorowskiego, jego niekompetencję, nieudolność rządu - wszystko to coraz rzadziej można było wybronić argumentem "za Kaczyńskich było jeszcze gorzej". Kaczyńscy stawali się bowiem coraz odleglejszym wspomnieniem, a efekty rządów PO coraz bardziej odczuwalne. Pierwszym poważnym ostrzeżeniem dla establishmentu powinien stać się sukces Janusza Korwin-Mikke w 2014 r., który przebił szkalny sufit progu wyborczego. Wydawać się co prawda mogło, że był to jedynie wypadek przy pracy, i Komorowski ma reelekcję w pierwszej turze w kieszeni, zaś PO będzie rządziło trzecią kadencję. Takie przekonanie wzmacniać mógł wizerunkowy sukces przeprowadzki Tuska do Brukseli. Jednakże, okazało się to być tylko złudzeniem.
Tomasz Lis doskonale zdaje sobie sprawę, że opinia internetu nie działa na zasadzie "kto mocniej przywali ten ma poparcie sieci". Chociaż pobieżna lektura jego wypowiedzi mogłaby skłaniać do takiego wniosku, to w jego końcowej części jasno stwierdza, że rozkręcenie w tym momencie (zapomniał dodać: "ponowne") platformerskiego "hejt industry" nie zda się na nic. Przyczyny klęski Bronisława Komorowskiego i prawdopodobnej klęski obozu władzy są bowiem głębsze. I nie leżały one tylko i wyłącznie w fatalnej kampanii czy w sprawnych działaniach sztabu Andrzeja Dudy ani też w internetowym wizerunku Bronisława Komorowskiego. Nie były one zapewne powodem nawet podstawowym. Wszystko powyższe mogło bowiem odnieść skutek dopiero w określonej sytuacji.
To właśnie druga kwestia. Oscyluje ona wokół słowa "prekariat", czyli grupy, żeby nie powiedzieć "klasy społecznej", która, jak się wydaje, istniała od zawsze, ale liczebnie wzrosła dopiero za rządów PO i wtedy też uświadomiła sobie swoje znaczenie i siłę. Reprezentantów odnalazła nie tylko w Kukizie ale i w Dudzie. To owi pracownicy call center, kasjerzy, ludzie na umowach śmieciowych, doktoranci bez przyszłości, studenci zdający sobie sprawę, że dyplom będą mogli włożyć do teczki na pamiątkę, gdyż nikogo on nie interesuje. Uświadomili oni sobie, że wcale nie żyjemy "w złotym okresie dla Polski", rozstrzygając te wybory. Część z nich była kiedyś żelaznym elektoratem PO, żyli wspomnieniem Tuska, obiecującego w 2005 r. "walkę z przywilejami władzy", by potem obudzić się w Polsce, gdzie minister Sikorski płaci za kolację publicznymi pieniędzmi sumą większą niż ich miesięczne pobory. Inni głosowali po raz pierwszy czy drugi w życiu, często nie z powodu cenzusu wieku, lecz ze świadomej absencji na wyborach. Inni, nie interesując się polityką, głosowali na zasadzie "PiS to obciach" na PO. Będzie ich coraz więcej. Tomasz Lis doskonale o tym wie i dlatego z takim przerażeniem patrzy w przyszłość. Wieszcząc zwycięstwo "obozu zmiany" straszy, że w kraju będzie smutno, za to w internecie śmiesznie. Wtedy dopiero będzie można skutecznie rozkręcić "hejt industry" gdy o Kaczyńskim i Kukizie nie będzie można powiedzieć "oni nie rządzą". Czy uda się powtórzyć przemysł pogardy z lat 2005-2007/2010? Próby z pewnością będą. Czy skuteczne? Wątpliwe.
Będzie to jedynie przekonywanie przekonanych, które być może powstrzyma dalszy odpływ elektoratu od PO. Ale prekariusze, wściekli na Platformę, co najwyżej znajdą sobie innych politycznych reprezentantów, o ile ci się pojawią. I nie będzie to Ryszard Petru czy Leszek Balcerowicz, ani tym bardziej odnowione SLD. Prędzej nie pójdą na wybory niż zagłosują na Platformę. Czas tej partii wydaje się bezpowrotnie mijać.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)