W 1848 roku Karol Marks wraz z Fryderykiem Engelsem tworzą bardzo niebezpieczną mutację popularnej choroby zwanej socjalizmem. Jednak nowy szczep - mimo potencjału, jaki zawiera i znacznego osłabienia organizmów, które miał zaatakować - nazwany „Manifestem partii komunistycznej” doprowadził do niewielkiej infekcji. Epidemia miała dopiero nastąpić. To skłoniło badaczy do dalszej pracy i dało efekt w postaci śmiertelnego wirusa „Kapitał”. Pomimo wysiłków wiernych naukowców znów zarażeni zostali tylko nieliczni. Skutki, niewielkie tylko z pozoru, dały znać o sobie dopiero po śmierci twórców mutacji. Ich dziecko powoli zaczęło zakażać umysły biednych, a także bogatych w Europie i na całym świecie. W zależności od determinacji medyków oraz mocy środków, jakimi, ci dysponowali udało się ograniczyć skutki epidemii, chociaż nie wszędzie. W efekcie zaraza wyeliminowała miliony istnień, znacznie więcej niż to było w przypadku dżumy. Co gorsza nawet obecnie jesteśmy w stanie zlokalizować ogniska niebezpiecznej choroby.
Okropne konsekwencje miał wybuch zarazy na terenie Rosji. Czerwony rak, zwany rewolucją proletariatu, najpierw wymordował miliony istnień w 1917, a następnie w latach 1929-1938. Chorobą posłużył się towarzysz Lenin. Pozwoliła mu ona na zdobycie władzy, ta z kolei zmieniła bieg historii na zawsze. Wirus przeniknął w geny Rosjan, a ci do dziś nie byli w stanie wytworzyć skutecznych przeciwciał. Nosiciele czerwonego szczepu, „homo sovieticusy” trwają w agonii do teraz i nie potrafią oprzeć się urokom cudownych antidotów proponowanych przez kolejnych potężnych znachorów robiących wszystko, aby ową martwicę tkanki społecznej utrzymać.
Towarzysz Stalin, swojego czasu, postarał się, aby zarazę przenieść na pozostałą część Europy. Mimo ogromnego oporu, udało się umieścić zakażonych osobników w państwach sąsiadujących z ZSRR. Ich zadaniem było powiększenie grona skażonych organizmów. Na szczęście to, co nie udało się Rosjanom, osiągnęły Polska (tu przebieg choroby był dramatyczny, w 1956, 1970 i 1980 organizm starał się na próżno wypracować mechanizmy obronne), Węgry (także tutaj, fatalny w skutkach przerzut w 1956), Czechy, Słowacja, NRD i inne państwa należące do strefy skażonej, tzw. sowieckiej strefy wpływów. I tak paskudne blizny, betonowe świadectwo zwalczonej choroby, widujemy dzisiaj w krajobrazie choćby polskich miast.
Tymczasem, zdolni amerykańscy farmaceuci, przewidując fatalne skutki epidemii, opracowali antybiotyk, który ich od zarazy uchronił. Wirusa zniszczono w zarodku, choć nie bez ofiar. Oczywiście nie sposób jest efektów ubocznych działania zastosowanego leku porównać do żniw śmierci, jakie choroba zebrała wśród zakażonych choćby w samej Europie. Mimo to, skuteczny do bólu proces leczenia zwany maccartyzmem nie jest dziś za oceanem wspominany z sympatią, a raczej z odrazą. Za to Stany Zjednoczone mogą dziś uchodzić za okaz zdrowia, dosłownie pod każdym względem.
Dla młodych lub tych, którzy zapomnieli na czym polegają objawy choroby namacalnym dowodem są przypadki obecnie występujących ognisk wirusa – m.in. Chiny i Kuba. Skażenie w Republice Ludowej jest skrajnie bezwzględne i całkowite, bo obejmuje dosłownie wszystkie dziedziny życia. Dodatkowo, choroba dokonała tam mutacji wymaganej, aby przetrwać – częściowo zliberalizowano rynek, co jednak zaowocowało silniejszymi objawami w innych częściach tkanki społecznej.
Trudno w to uwierzyć, ale nadal są tacy, którzy z niebezpieczną chorobą igrają. Liczni europejscy wyznawcy parafarmacji i samozwańczy medycy przeprowadzają pseudo-medyczne eksperymenty z wirusem na większą lub mniejszą skalę. Smutny jest również fakt, że działania te są poniekąd legitymizowane przez potężny, skupiający państwa europejskie Międzynarodowy Fundusz Zdrowia . Miejmy nadzieję, że ryzykowna fascynacja środowisk lekarskich, niektórymi z pozoru pozytywnymi aspektami wirusa minie zanim dojdzie do kolejnej, tragicznej w skutkach epidemii.


Komentarze
Pokaż komentarze (13)