Świat obiegła wiadomość o tym, że Benedykt XVI zdecydował odwołać swoje wystąpienie na uniwersytecie La Sapienza. Do skandalu doprowadziły protesty części wykładowców i nielicznej grupki studentów uczelni. Manifestanci przypisywali papieżowi wrogi stosunek wobec nauki powołując się na jego rzekome słowa potępiające Galileusza. Jest to oczywista manipulacja wypowiedzi papieża, który cytował opinię pewnego uczonego, z którym się nie zgadza. Nie ulega wątpliwości, że ‘sprawa Galileusza’ była jedynie pretekstem do niedopuszczenia do prelekcji duchownego. Zwłaszcza, że gdy Jan Paweł II odwiedzał tenże uniwersytet, również przywitano go wrogimi okrzykami. Co kryje się za zachowaniem studentów i pracowników uczelni?
Łatwo można by reakcję lewicowych radykałów wytłumaczyć antyklerykalizmem i próbą obrony świeckich wartości. Być może chcieli w ten sposób chronić uniwersytet – miejsce, w którym rządzą prawa Rozumu, a nie wiary - przed negatywnymi wpływami religii? Być może poczuli zagrożenie, że celem papieża może być nie chęć dyskusji i dialogu, lecz nawracanie niewiernych lub wątpiących?
Ciężko, jednak brać takie rozważania na poważnie w kontekście niedawnego wykładu na La Sapienzie, którego udzielił nie kto inny, a prezydent Iranu Ahmadineżad. Co prawda nie jest on najwyższym hierarchą muzułmańskim, ale reprezentuje reżim teokratyczny oraz jest przywódcą kraju, w którym rozdział religii i państwa nie jest dopuszczany nawet w publicznej debacie. Podobnie jak żaden z postulatów europejskiej postępowej lewicy - sankcjonowana prawnie wolność seksualna, prawo do adopcji dla par homoseksualnych, aborcja na życzenie czy zakaz stosowania kary śmierci. Dlaczego lewicowcy dopuścili do wykładu islamskiego radykała, wrogiego cywilizacji Zachodu i w publicznych wypowiedziach deklarującego nienawiść do Żydów, a tak zaciekle przeciwstawili się wizycie Benedykta XVI? Odpowiedź na to pytanie odsłania tendencję obecną dzisiaj w Europie.
Otóż egalitarna, tylko z pozoru rzecz jasna, lewica dzieli religie na godne potępienia, jako zagrażające postępowi i krzewieniu świeckich wartości oraz na te mniej niebezpieczne. Nietrudno odgadnąć, że do tych ‘złych’ wyznań zaliczane jest aktualnie chrześcijaństwo, a do tych ‘dobrych’ - islam. Dla przeciętnego człowieka taki podział mógłby wydać się absurdalny w kontekście zjawiska islamskiego terroryzmu i ostentacyjnej wrogości muzułmanów do naszej cywilizacji, ale dla elity europejskiej jest to już mniej oczywiste. Bez wątpienia lewica nie spodziewa się od muzułmanów poparcia dla swoich liberalnych postulatów, które stoją w sprzeczności z obyczajowością proponowaną przez Koran. Jednak to, co pociąga i jednoczy europejczyków ze światem islamu to przede wszystkim wspólny antyamerykanizm. Nienawiść do wszystkiego, co kojarzy się ze Stanami Zjednoczonymi spaja laicką lewicę z muzułmańskimi przywódcami. Dlatego przymyka się oko na łamanie praw człowieka w Iranie, Syrii czy Egipcie. Wystarczy, że któryś z bliskowschodnich oficjeli wygłosi antyamerykańską tyradę na europejskim uniwersytecie, aby jego grzechy, wynikające z muzułmańskiej ‘kultury’ oczywiście, zostały mu wybaczone. Ponadto, europejska elita jest święcie przekonana, że islamski fundamentalizm na Stary Kontynent - do oazy liberalizmu - nigdy nie dotrze. Choć gdyby tak się stało, być może islam zacząłby być zaliczany przez nich do grupy tych złych, zagrażających wolnościowym ideałom ‘wyznań’, tuż obok dogorywającego chrześcijaństwa. Na dzień dzisiejszy, jednak muzułmanie stanowią atrakcyjnego sojusznika w walce z chrześcijaństwem i imperializmem Stanów Zjednoczonych. Należy dodać, że w europejskiej fascynacji islamem jest jakiś element irracjonalny: zamiłowania do czegoś odległego i egzotycznego, podyktowany zapewne snobizmem dość charakterystycznym dla tych środowisk.
Poprzez układ europejskiej lewicy z muzułmanami prześladowanie chrześcijan w naszych czasach stało się faktem, nie tylko w krajach islamskich, co jest już powszechnie akceptowaną normą, ale także w Europie. Laicka lewica nie protestuje przeciwko wznoszeniu meczetów i towarzyszących im szkółek koranicznych w miastach Starego Kontynentu. Wręcz przeciwnie, wspiera takie inicjatywy uznając to za przejaw równouprawnienia i niedyskryminacji mniejszości muzułmańskiej. Tymczasem, nie do pomyślenia byłoby wsparcie budowy świątyni katolickiej, czy szerzenia katechezy przez katolickich duchownych. Takie inicjatywy zapewne przez lewicowców zostałyby potępione, jako zamach na laickość państwa. Z jednej strony muzułmanie i lewicowcy solidarnie mówią o usuwaniu krucyfiksów z europejskich szkół. Z drugiej zaś, jednogłośnie domagają się nauczania o życiu Proroka oraz zgłębiania tajników Koranu, co już nie jest przyznaniem dodatkowych praw lecz oddaniem tego, co z góry się należy. Ostatnio we Włoszech pojawiły się nawet postulaty przyznania praw wyborczych nielegalnym imigrantom, będących w znaczącej większości wyznania muzułmańskiego, jako że stanowią oni część społeczności i mają prawo do własnej reprezentacji politycznej.
To co wydarzyło się we Włoszech jest znamienne i stanowi część szerszej skłonności europejskich elit politycznych. Skandal, do jakiego doszło w Italii nie jest manifestacją radykalnego laicyzmu, czy antyklerykalizmu. Jest jawnie antychrześcijańskim wystąpieniem, a w kontekście ciepłego przywitania prezydenta Iranu prowadzi nas do jednego wniosku. Laicka lewica prowadząc antychrześcijańską krucjatę, aby forsować swoje postępowe postulaty, nie zawahała się wejść nawet w pełen hipokryzji sojusz z muzułmańskimi radykałami.


Komentarze
Pokaż komentarze (19)