Jak wiadomo, przez ostatnie dwa lata, polityka względem naszych wschodnich sąsiadów prowadzona zarówno przez Pałac Prezydencki, a także przez rząd była zgodna i wyraźnie ukierunkowana na strategiczny sojusz. W tej kwestii po zmianie rządu zmieniło się bardzo dużo.
Lech Kaczyński i PiS zrobili wiele, aby relacje Polski z Gruzją, Ukrainą czy Litwą stały na jak najlepszym poziomie. Nie tylko dlatego, że z dwoma ostatnimi łączy nas wspólna historia, ale przede wszystkim ze względu na wspólnotę interesów i zagrożeń płynących, niestety, ze strony Rosji. Tym samym stosunki polsko-ukraińskie oraz polsko-litewskie zostały zdominowane przez kwestie bezpieczeństwa energetycznego. Litwa stała się faktycznie naszym strategicznym partnerem decydując się na włączenie Polski do projektu budowy elektrowni jądrowej. Oznaką dobrej woli, odwagi i zaufania było również przekazanie przez litwinów polskiemu Orlenowi pakietu akcji rafinerii w Możejkach, zwłaszcza w sytuacji gdy o tą najbardziej ubiegała się Rosja.
Litewscy politycy przekonani, do tej pory o strategicznym sojuszu naszych krajów, mogli poczuć niepokój gdy z wizytą do Rosji wybierał się Donald Tusk. Zwłaszcza, że nie do końca zrozumiałe były motywy spotkania polskiego premiera z Władimirem Putinem. Za to Ukraińcy na własnej skórze mogli się przekonać, że podróż Donalda Tuska do Moskwy miała nie tylko wymiar symboliczny i znaczenie PR'owskie.
Dziennik 'Kommiersant', ten sam, który nazwał polskiego premiera "naszym człowiekiem w Warszawie" donosi, że państwa Unii Europejskiej wstawiły się za RosUkrEnergo w sporze z ukraińskim rządem, który w reakcji na sygnały o powiązaniach spółki z rosyjskim światem przestępczym zakazał szwajcarskiemu konsorcjum przesyłu gazu na terenie Ukrainy. Premier Julia Tymoszenko i Prezydent Wiktor Juszczenko, zapewne nigdy nie spodziewaliby się, że kraj, który zadeklarował chęć czynnego uczestnictwa w wielkim projekcie energetycznym, jakim jest rurociąg Odessa-Brody wystąpi jawnie przeciwko Ukrainie. Niestety państwami 'Unii Europejskiej', które interweniowały na korzyść Rosji okazały się Słowacja komunisty Roberta Fico oraz Polska Donalda Tuska.
Takie posunięcie polskiego rządu, mimo jak zwykle sympatycznej wizyty Tuska w Kijowie, oznacza zwrot o 180 stopni w relacjach polsko-ukraińskich. Nie zmienią tego nawet usilne starania prezydenta Lecha Kaczyńskiego o członkowstwo Ukrainy w NATO.
Nóż w plecy Gruzinom i Ukraińcom wbił jeden z najbardziej nieodpowiedzialnych polityków zasiadających w rządzie Tuska - Radek Sikorski. Wybiegając przed szereg, jeszcze przed spotkaniem z ministrami spraw zagranicznych państw Unii Europejskiej, oświadczył, że Polska uzna niepodległość Kosowa. Takie zachowanie szefa polskiej dyplomacji było niepotrzebne i egoistyczne. Kiedy RadSik z zadowoleniem w telewizji przedstawiał polskie stanowisko ws. Kosowa do głowy mu nie przyszło, że może mieć to niekorzystny wpływ na nasze relacje z Ukrainą i Gruzją. Państwa te, co prawda, zapewne nie liczyły, że ich sytuacji graniczna wzruszy liderów starej Unii, ale na pewno nie spodziewały się tak nieprzyjaznego stanowiska ze strony swojego sojusznika - Polski.
Jakie będą konsekwencje polityki zagranicznej polskiego rządu względem państw, wcześniej uznawanych za naszych partnerów? Czy układanie całej polityki wschodniej pod Rosję odniesie sukces i będzie korzystne dla Polski? Odpowedzi na te pytania prawdopodbnie poznamy wkrótce, jednak warto przytoczyć tutaj słowa pierwszego przywódcy niepodległej Litwy Vytautasa Landsbergisa: "Nawet 100 uśmiechów nie zdoła przekonać Putina, że Polacy lubią czekistów".


Komentarze
Pokaż komentarze (8)