"Bieda nie hańbi, ale brak pracy na pewno."
Tak głosi ludowa mądrość, której echa zdają się szczególnie głośno wybrzmiewać na polskiej prowincji. W krainie tysiąca jezior i pól, gdzie natura hojnie obdarzyła krajobraz, codzienne wybory stają się często surowym rachunkiem ekonomicznym, a szukanie zatrudnienia przypomina wędrówkę po labiryncie, w którym każdy zakręt kryje nie tylko szansę, ale i koszty, czasem dosłownie – materialne.
Warmińsko-mazurskie. Kraina, która w folderach turystycznych urzeka pięknem. Sielankowy obrazek z dala od miejskiego zgiełku. Jednak codzienne życie mieszkańców, zwłaszcza tych z mniejszych miejscowości jak Górowo Iławeckie, pisze zupełnie inną historię. Historię, w której głównym bohaterem jest często nie tyle brak pracy, co brak opłacalnej pracy.
Całość pełnej treści do przeczytania na blogu tutaj:Gorzka prawda prowincji. Ile naprawdę kosztuje pensja na Warmii i Mazurach? |
Patrząc na te dane, nasuwa się smutna refleksja. Nie brakuje ofert pracy, ale brakuje infrastruktury, która uczyniłaby te oferty atrakcyjnymi. Problem tkwi w głębszym systemowym wykluczeniu. Minimalna krajowa w Bartoszycach i w Warszawie to teoretycznie ta sama kwota, ale jej realna wartość, po odliczeniu kosztów transportu, jest diametralnie różna. Bez strategicznych inwestycji w transport publiczny, prowincja będzie nadal drenowana z najcenniejszego kapitału – ludzkich rąk i umysłów. Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, a ten, kto nie widzi konieczności zmian w tej kwestii, zasługuje na miano architekta biedy.
Oprac. redaktor Gniadek
|
Przeczytaj również: |
Fot. ilust. PUP


Komentarze
Pokaż komentarze (1)