0 obserwujących
80 notek
43k odsłony
968 odsłon

Zapomnijcie o prawach człowieka i obywatela, jesteście winni.

Wykop Skomentuj4

 

Przeczucie mnie jednak nie myliło. To musiała być właśnie ta katastrofa, przed którą ostrzegał wewnętrzny głos. Ostrzegał? Po co?

http://godnoscojca.salon24.pl/672336,panstwo-prawa-nie-istnieje

Bardziej koszmarnej matni nie mogłem sobie wyobrazić. Sądziłem, że obronić się przed nią nie mam szansy. Bez adwokata, bez świadków już po mnie - kołatało mi się po głowie. Wrogość otoczenia przytłaczała. Ale głupkowate, tryumfalistyczne uśmieszki funkcjonariuszy MOPR-u już nie złościły tak bardzo, raczej przygnębiały. Jak tak można? Czy sędzia to widzi? Widział. Zwłaszcza w momentach kiedy ukradkiem wymieniał z nimi porozumiewawcze uśmieszki. Dobrze się pilnował ale kilka razy udało mi się go na tym przyłapać. Poczucie beznadziei i bezradności próbowało wtrącić mnie w coraz głębszą rozpacz. Jakaś tajemnicza siła jednak na to nie pozwalała. Walczyłem, mimo beznadziei. Żeby chociaż te dziennikarki przyszły...

Temu mojemu aniołowi stróżowi nie chodziło więc o przeciwdziałanie, tylko... Oswojenie? Dzięki temu zmobilizowałem się żeby zrobić co w mojej mocy, a nawet więcej to fakt. Czerpałem z tego przekonania pewien spokój. Spokój połączony z rodzajem rezygnacji - dystans. Tak, musiało chodzić o dystans. Czułem jak we mnie rośnie poczucie dystansu do całej tej sytuacji.

Aniele Boży stróżu mój dzięki, że jesteś, że jednak czuwasz.

Po iście sprinterskim dopełnieniu protokolarnych formalności sędzia zaproponował mi w imieniu prokuratury ugodę. Chodziło o to żebym przyznał się do winy i dobrowolnie zgodził na dwa miesiące więzienia za każdy paragraf. Wyszło z tego sześć, albo siedem miesięcy, już dokładnie nie pamiętam, ale w zawieszeniu. Na dwa lata... Oczywiście jeśli się przyznam do winy, zapłacę jakieś grzywny państwu, oraz sfinansuję publikację w prasie przeprosin pod adresem przestępców, którzy chcieli zniszczyć życie mojej rodziny, skazać dzieci na tułaczkę po opiekuńczych pogotowiach i innych przechowalniach...

Kpina. Nigdy!!! Jestem niewinny! Krzyczał wewnętrzny głos. To oni powinni siedzieć w ławie oskarżonych, a nie ja! W państwie prawa już by nie było ich na wolności. Nie mam za co przepraszać tych łajdaków!

Sędzia naciskał, ostrzegał że jak się nie zgodzę po dobroci, to wyrok będzie o wiele wyższy.

Trudno, wzruszyłem ramionami, nigdy nie poświadczę nieprawdy! Sędzia się skrzywił, jakby mówił: sam tego chciałeś... Możecie mnie wtrącić do więzienia, nawet zabić, pomyślałem. Niech się dzieje wola nieba, ja zrobiłem co do mnie należy.

  • jestem niewinny – odparłem patrząc sędziemu w oczy.

Sędzia zzieleniał ze złości, a potem się zaczęło.

Nie pamiętam już w jakiej kolejności byliśmy przesłuchiwani. Na pierwszy ogień poszedłem chyba ja? To co zeznawałem miało niewiele wspólnego z tym co zostało zaprotokołowane. Walczyłem z wiatrakami. Moje nieśmiałe próby wyjaśniania czegokolwiek, były kwitowane przez wysoki sąd machnięciem ręki lub okazaniem pogardliwego zniecierpliwienia. Moje wnioski dowodowe były odrzucane z automatu, a na próby prostowania protokołu sędzia unosił się i groził kilkutysięczną grzywną „za obrazę sądu”. Momentami mówił tak szybko i niewyraźnie jakby przewodniczył aukcji na giełdzie zbożowej, a nie posiedzeniu Sądu Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Strasznie się spieszył. Jeśli w takim tempie będzie galopował to dziś już wyjdę z wyrokiem skazującym, uświadomiłem sobie w pewnym momencie ze zgrozą.

Po mnie przyszła kolej na zeznania tak zwanych „poszkodowanych” - czyli Jarosława Rosłona i Justyny Gajewskiej. Sędzia nieco zwolnił. „Poszkodowani” kręcili i kłamali głupio, klęli przy tym jak szewce, tyle że przypisywali te przekleństwa mi. Sędzia korygował w protokole wszystkie ich głupoty z wielką wyrozumiałością, nie dociekał żadnych szczegółów, więcej uwagi i atencji poświęcając kurtuazyjnym zwrotom grzecznościowym kierowanym w ich stronę, niźli dociekaniu prawdy. Krzywił się za to demonstracyjnie i wił na całym ciele słysząc jak wypowiadają co dźwięczniejsze określenia potocznie zaliczane do tzw „Uproszczonej Polszczyzny”.

Chyba dla ulżenia sobie w tym cierpieniu, co i rusz rzucał w moją stronę surowe spojrzenia. Odczuwałem je jako wyraz pogardy. Kiedy skończył ich przesłuchiwać nie oddał mi głosu lecz płynnie przystąpił do wykładu na temat „brzydkich słów”. Mógł sobie na to pozwolić, niewiele już pozostało formalności do dopełnienia przed zamknięciem procesu. Jego teoria podzieliła polskie słowa na ładne i brzydkie. Ładne to te dobre, brzydkimi zaś ostentacyjnie się brzydził. A fe! Sędzia tak bardzo się brzydził, że aż nie potrafił ich wymówić. I to pomimo licznych prób. Co gorsza nie umiał znaleźć sposobu aby je zaprotokołować. Wyczyniał takie fikołki nad tym protokołem, że aż odczułem pragnienie znalezienia się jak najprędzej w czytelni sądu i pochylenia nad tym dziełem. Ale przecież tak naprawdę nie chodziło o słowa, tylko o spacyfikowanie mojej uwagi w celu uniemożliwienia mi wykorzystania ściągawki z zestawem podchwytliwych pytań adresowanych do pracowników MOPR-u, który na odchodnym wcisnęła mi w dłoń moja pani adwokat „z urzędu”.

Mniej więcej na tym etapie usłyszeliśmy nieśmiałe pukanie, następnie skrzypnęły drzwi i do sali rozpraw wśliznęły się umówione ze mną dziennikarki.

NA RESZ CIE! Uśmiechnąłem się z wdzięcznością do obu przybyłych pań. Sędziego zamurowało. Z jego twarzy dało się wyczytać że wie iż dzwonią, tylko ma problem z lokalizacją, w którym kościele. Świdrował więc przybyłe kobiety z coraz bardziej wytężona uwagą jednocześnie wertując w swej pamięci jakieś strasznie opasłe segregatory. Na jego twarzy zaczynał się malować wyraz lekkiej paniki. W końcu pękł i zapytał panie kim są. Na co redaktor Anna Wójcik Brzezińska z rozbrajającym uśmiechem oświadczyła, że są publicznością.

- Acha – westchnął wysoki sąd i błyskawicznie przywrócił do sali rozpraw pewne, może nie zaraz europejskie, ale w miarę cywilizowane standardy. Od tej chwili mogłem już w miarę swobodnie składać wnioski dowodowe, wyjaśnienia, a nawet prostować protokół bez narażania się na grzywnę w wysokości jedenastu tysięcy złotych. Cóż z tego, kiedy byłem tak skołowany i wyczerpany, że już nic mi nie przychodziło do głowy. „Wersal” który tak niespodziewanie nam nastał zaczął nieubłaganie pożerać cenny, zwłaszcza dla wysokiego sądu, czas. Sędzia przez jakiś czas usiłował temu zaradzić różnymi sprytnymi kruczkami oszczędnościowymi, ale procedura od chwili pojawienia się świadków niestety stała się nieubłagana. W pewnym momencie wysoki sąd musiał odpuścić i wyznaczyć następny termin. Hura! radowałem się w duszy. Wygrałem coś małego, ale zawsze coś. Na następną rozprawę muszę przyjść z nowym adwokatem. Nie wiedziałem jeszcze skąd wezmę na to kasę i w ogóle... ale uwierzyłem, że się uda.

Aniele Boży, stróżu mój, zawsze tak przy mnie stój... - dziękowałem i prosiłem o więcej.

 

Wykop Skomentuj4
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka