Ja, Rotmistrz kawalerii Wojska Polskiego Witold Pilecki mogę z dumą stwierdzić, że nie oddałem broni nieprzyjacielowi, ani nie skapitulowałem. Zakopałem mój oręż 20 września 1939 w lasach województwa lubelskiego razem z moim dowódcą majorem Janem Włodarkiewiczem. Walczyłem do końca własnych sił. Niestety wrogowie Wolnej Polski i wolności ludzkiej byli silniejsi… Atak hitlerowców na II Rzeczpospolitą przygniótł formacje naszego wojska.
Niemcy użyli broni pancernej. Niestety nasza armia nie była na to przygotowana. Ich czołgi pantery i tygrys górowały nad naszymi tankietkami. To samo widziałem w powietrzu, gdy padały „Łosie” i „Pezetelki”. Inaczej wyglądała nasza sytuacja gdy walczyłem pod Radzyminem przeciw nawale bolszewickiej. Tam też czułem wraz z harcerzami z Grodna przygnębienie. Zostawiliśmy tam na Kresach przecież tylu naszych rodaków, którzy byli zabijani masowo przez sowietów. Jednak my, Polacy wykonaliśmy to zadanie bezbłędnie. Pokonaliśmy bolszewika w bitwie warszawskiej i uratowaliśmy ojczyznę. Pod wodzą generała Lucjana Żeligowskiego udaliśmy się do Wilna. Byłem wtedy żołnierzem jego dywizji litewsko-białoruskiej. Pamiętam jakby to było wczoraj ten wielki dzień: 09.10.1920. Flagi polskie w całym mieście św. Kazimierza. Wilniuki na mieście witają dywizję białorusko-litewską. I to „Boże coś Polskę” śpiewane pod Ostrą Bramą. Dlatego te 20 lat spędziłem w Wilnie. Zdałem tu maturę, zacząłem tworzyc podstawy skautingu, czyli harcerstwa na Wileńszczyźnie. Rozwinąłem się też wojskowo. Przed wielką wojną zostałem awansowany do rangi podporucznika.
Czasy się zmieniły. Moje Wilno znów należy do Litwy, gdyż Litwini porozumieli się ze Stalinem. Nasz naród cechuje to, że nigdy się nie poddamy. Nawet w sytuacji beznadziejnej. Trzeba walczyć z wrogiem i zniszczyc go. Dlatego wraz z majorem Włodarkiewiczem (dowódcą pułku, w którym walczyłem jeszcze kilka dni wcześniej w Wojnie Obronnej) musimy coś postanowić:
-Trzeba kontynuować Wojsko Polskie i zniszczyć najeźdźcę. Nie możemy siedzieć bezczynnie. Tylko tak możemy kontynuować wojnę – rzekłem.
-Zgadzam się z tobą podporuczniku. Tylko… nie mamy broni, ludzie są zdemoralizowani porażkami – powiedział major.
-Uda się! Ludzie będą czuć nienawiść do tych, co ją podsycają.
-Ta organizacja powinna być o charakterze sabotażowym i partyzanckim- stwierdził major Włodarkiewicz.
- Myślę, że bardziej to drugie. Nazywać się będzie Tajna Armia Polska-odrzekłem
-Tylko, z kim będziemy współpracować? - spytał major
-W Warszawie znajdziemy wielu porządnych ludzi, dla których ojczyzna wolna jest wszystkim – odpowiedziałem
-No, to ruszajmy. Dosyć już mam tego krycia się w lesie jak jakaś zwierzyna łowna.
-W takim razie majorze… chodźmy na polowanie na nazistów.
To mówiąc udaliśmy się w stronę stolicy. W trakcie żmudnego marszu poprzez lasy Polesia i Lubelszczyzny natykaliśmy się na patrole Wehrmachtu, partyzantów. Stwierdziliśmy też, co jest winą klęski Wojny Obronnej we wrześniu. Było bardzo sucho i dlatego Niemcy mogli się szybko poruszać. Po drugie zdrada naszego kraju i brak walk Francuzów Brytyjczyków na froncie zachodnim. Wygralibyśmy w sumie z Hitlerem, gdyby nie atak sowietów. Widać było już u nich przemęczenie wojną, a u naszych wolę walki. Niewiele brakowało, aby generałowi Kazimierzowi Sosnkowskiemu udało się zdobyć Lwów. Jego brygada pancerna rzuciła się na całą 5 armię niemiecką.
Gdy pojawiła się Warszawa uderzyło w nas wiele zmian. Gdy ostatnio byłem w stolicy przed wojną, to miasto wydawało się wesołe, rozśpiewane i bogate. Dziś zmienione nie do poznania. Ciągłe patrole, nie ma wywieszonych polskich symboli narodowych. Wszyscy chodzą uważnie, by nie zwrócić na siebie uwagi. Leżące zwłoki na ulicy nie robią na nikim żadnego wrażenia. Ciągłe wywózki Żydów. Po prostu dogodny obszar do działania dla konspiracji. W jednym z warszawskich mieszkań ja, major Włodarkiewicz, oraz kilku innych oficerów Wojska Polskiego spotkaliśmy się. Podczas tej rozmowy przyjęliśmy status Tajnej Armii Polskiej. Nasze idee to: walka o wolność Polski, przygotowanie moralne Polaków, podtrzymywanie kultury. Początkowo cała TAP działała tylko w obrębie Warszawy, ale chętnych do walki z Niemcami było wielu. Nie tylko w stolicy. Nasze oddziały formowały się w całym kraju. W 1940organizacja zaczęła bardzo często współpracować ze Związkiem Walki Zbrojnej, którym przewodził gen. Stefan Rowecki. W sumie, gdybyśmy połączyli siły, to Hitler miałby z nami kłopot. Mieliśmy wielki potencjał amunicji i arsenał broni odziedziczony po wrześniu 1939, oraz zdobyty na Szwabach. Jednak ideologicznie ZWZ jest zupełnie inną organizacją niż TAP. Nie dałbym rady dogadać się z Roweckim i generalicją ZWZ. W TAP zaczęło iskrzyć. Major Włodarkiewicz w lecie przejmował już prawie dyktatorską władzę w kolejnych komórkach TAP. Moja rola słabła. Włodarkiewicz podporządkował TAP Związkowi Walki Zbrojnej. Od generała Roweckiego usłyszałem słowa:
-Mianuję Cię dowódcą „Wachlarza”
Miały to być oddziały ZWZ na terenie kresów wschodnich. Udało nam się zorganizowac wiele akcji przeciwko Niemcom, stworzyliśmy państwo podziemne z własnym systemem edukacji. Przejęliśmy kontrolę czasem nad niektórymi powiatami w województwach nowogródzkim i wileńskim.
Nie zagrzałem tam jednak długo. W Warszawie odbyłem końcem sierpnia 1940 rozmowę z pułkownikiem Tadeuszem Pełczyńskim, który zajmował stanowisko szefa wywiadu ZWZ. Wymieniałem z nim tematy nowych wiadomości o akcjach GESTAPO w okolicach Wołkowyska na Podlasiu. Później poruszyłem niezwykle ważny wątek:
-Panie pułkowniku! Zamierzam dobrowolnie zbadać obóz koncentracyjny w Auschwitz. Napisać o nim prawdę i pokazać całemu podziemiu, co tam się właściwie dzieje.
-Podporuczniku Pilecki. Zawsze sądziłem, że jesteście szaleni, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu, ale teraz przeszliście samego siebie. Przecież to jest misja dla samobójcy! Auschwitz to droga do śmierci.
-Niech się pan, panie pułkowniku nie frasuje tak tym. To jest misja do zrealizowania. Mało tego. Zamierzam utworzyć konspiracyjną siatkę w obozie i w razie ataku aliantów, lub polskiego podziemia na obóz i stawiać opór szkopom.
-Witoldzie… zastanów się, co mówisz. Auschwitz to miejsce, gdzie wszystko staje się niewiadome, i tam może cię wszystko spotkac. Jest wielce prawdopodobne, że nie przeżyjesz tego.
-Uda się pułkowniku. Dostarczę ZWZ wiele materiałów na temat warunków panujących w obozie, dowiem się, czy rzeczywiście mordują tam masowo Polaków i postaram się pomóc więźniom psychicznie i materialnie. To się musi udać. Poza tym... zostaje jeszcze ten jeden procent zbawienny procent, który ostatecznie mnie może uratowac.
- Sęk w tym, że ty jesteś tylko człowiekiem. Oni cię tam zakatują na śmierć fizycznie i zdepczą psychicznie. Zostanie ci to na duszy do końca życia, o ile daj Bóg przeżyjecie – zamartwiał się pułkownik Pełczyński
- Owszem! Jestem człowiekiem, powiem więcej: jestem żołnierzem ZWZ. To trochę więcej niż zwykła istota ludzka.
Czułem wielki strach w moim sercu. Auschwitz wtedy nie nosiło opinii „fabryki śmierci”. Polacy twierdzili, że to tylko, a zarazem aż bardzo ciężki obóz robót przymusowych. Wiedziałem, że czeka mnie śmiertelnie ciężkie zadanie. Major Włodarkiewicz po długich namowach wydał mi zgodę na udanie się do Oświęcimia. Dostałem też nowe papiery. Od tego czasu posługiwałem się nazwiskiem niejakiego Tomasza Serafińskiego. W połowie września 1940 Warszawa grzmiała od ujadania psów, warkotu ciężarówek, jęku nieszczęśliwych ludzi. Widząc SS-manów na ulicach każdy ratowałby się kto może. Dorośli mężczyźni z Żoliborza, Grochowa i Mokotowa zostali wywleczeni do ciężarówek. W nocy 19 września przebywałem u mojej drogiej przyjaciółki Eleonory Ostrowskiej właśnie na Żoliborzu. Piliśmy właśnie herbatę.
-Witoldzie słyszysz ten warkot i okrzyki szwabskie? - zapytała
-Pomyśleć, ile rodzin rozbitych będzie przez ten idiotyzm wojenny.
-Musimy walczyć, inaczej oni zniszczą nasz naród.
-Eleonoro… Polska nigdy nie zginie - krzyknąłem
-Witek, ty wiesz, co ty tak naprawdę robisz?
-Tak! Idę popatrzyć śmierci w oczy i pokonac ją!
Usłyszeliśmy ujadanie owczarków niemieckich. Coraz głośniejsze okrzyki: ”schneller”, „polnische Schweine”, „raus Pole“. Wyszedłem na klatkę schodową. Przed moimi oczyma ukazał się obraz niemieckiego żołnierza. Wziął mnie i popchnął na schody. Krzyknąłem do Eleonory:
-Zamelduj gdzie trzeba, że rozkaz wykonałem!
I wzięli mnie w nieznane miejsce gdzieś w Warszawie. W jednej wielkiej hali leżało około 500 ludzi. Zaczęto nas tam bic, robiono ścieżki zdrowia, katowali nas tak, żeby nas bolało, ale byśmy nie poumierali. Łamano ręce i nogi. Każde uderzenie pałki, czy koleb karabinów były wymierzone z kolosalną precyzją. Wielu ludziom powybijano zęby, niektórzy po paru minutach tracili przytomność. Po kilkunastu minutach leżeliśmy w krwi innych osób. Jednak i tak ta warszawska katownia to tylko preludium do tego, czym miał być obóz koncentracyjny. A miały te zabiegi stworzyć nas ludźmi niezdolnymi do pracy, czyli niepotrzebnymi. Dopiero później zrozumiałem, o co w tym właściwie chodzi.
Nad ranem pod presją karabinów i ujadania psów SS-mani zagnali nas do wagonów. W tym transporcie było bardzo wielu ludzi. Z tego, co widziałem i słyszałem to byli tylko Polacy. Na warszawskim dworcu panowała atmosfera przygnębienia. Wszyscy ludzie milczeli. Za każdy ruch, który nie spodobałby się żołnierzowi niemieckiemu można było dostac kulkę w łeb. Tak trzech ludzi z mojego otoczenia. Kilku z mojego szeregu dostało kolbą po głowie. Wpakowano nas, dopiero po apelu jakiegoś szkopskiego oficera.
Ściśnięto nas kilkuset do jednego wagonu. W pociągu panował zaduch i smród. Ludzie, którzy gnietli się przy ścianach mieli więcej tlenu, a ci w środku po prostu się dusili. Po kilku godzinach drogi deptałem już po trupie jednego z moich przyjaciół w cierpieniu. Wielu z nas płakało, inni wołali imiona swoich żon i dzieci. Nie udało mi się z nikim nawiązac kontaktu. W tym wagonie brakowało tlenu. Musiałem oddychac płytko i rzadko. Podróż trwała cały dzień. Zdawało się, że jest to Odyseja do piekła. Był to wrzesień. Wieczory stawały się już chłodne. Wtedy niewielką przewagę w położeniu uzyskali Polacy ze środka wagonu, ponieważ nie było im zimno, jednak sytuacja z tlenem pozostawała taka sama.
Kilka godzin po zmroku pociąg stanął. Wszyscy usłyszeli ujadanie psów, okrzyki SS-manów jeszcze bardziej nienawistne niż te w Warszawie. Usłyszałem okrzyk jakiegoś Niemca:
-Raus! Schneller!
Zrozumiałem wtedy, że żarty się skończyły. Na zewnątrz czekało na mnie świeże powietrze, CKM-y, sfora owczarków niemieckich i ss-manów. Na początek zaczęto strzelac przed nogi wszystkich ludzi. Zaczęto mnie i innych więźniów bic kolbami. Przed moimi oczyma wyrosła stalowa brama. Na niej widniał napis: „ARBEIT MACHT FREI”. Z początku nie wiedziałem o co chodzi. Trapiły mnie mieszane uczucia. Z jednej strony to, że uda się tu przeżyc, tylko będzie trzeba się bardzo ciężko napracowac, żeby wypełnic moje zadanie. Drugie natomiast to beznadzieja. Przeczuwałem, że długo moje życie nie potrwa i szybko tu zginę.
Zapędzono mnie do jakiegoś domku. Tam obstrzyżono mi włosy. Później wszedłem do rejestracji obozowej. Dostałem tam blaszkę, ze swoim numerem i ten sam wszczepili mi pod skórę jakąś substancję, która to ułożyła. Oczywiście do kartotek obozu byłem wpisany jako Tomasz Serafiński. Następnie wszyscy z całego transportu do Auschwitz udaliśmy na jakiś plac. Wszystkim kazano stac na bacznośc. Cały apel trwał ponad godzinę.Tyle musieliśmy wytrzymac w zimnie, przy wietrze i przy zmęczonych nogach. Przemawiał Lagerführer Karl Fritz. Uderzyło mnie wiele jego słów nienawiści, a szczególnie jedno zdanie:
-Popatrzcie, to jest krematorium. Wszyscy pójdziecie do krematorium, 3 tysiące stopni ciepła. Jest to jedyna droga na wolnośc.
Ciarki przeszły przez całe moje ciało.W głowie krzątały się moje myśli. Co to znaczy? Ilu ludzi chcą oni zabic i w jakim celu? Jak im się przeciwstawic? Nie dałem rady ujarzmic myśli. Ulokowali mnie w jakimś zatłoczonym baraku. Wszędzie czułem smród, zapach ludzkich odchodów i dym… taki inny. Nie ten zwykły po spalaniu drewna, czy węgla. To były ludzkie ciała.
Transport, w którym ja się znalazłem to jeden z pierwszych z Warszawy. Był więc czas na rozpoczęcie działań w zakresie mojego planu, a co za tym idzie, stworzenie siatki ruchu oporu w obozie koncentracyjnym KL Auschwitz. Iskrzyła się we mnie nadzieja, że tą fabrykę śmierci uda się opanowac siłami ZWZ, albo atakiem bombowym aliantów. W tej sytuacji w chaosie powstałym w obozie ruch oporu zniszczyłby Niemców od wewnątrz. Liczyłem na dostarczanie broni metodą zrzutów lotniczych, lub konspiracyjnie przez pocztę obozową.
W obozie znalazłem wielu szczerych znajomych z Wojska Polskiego zesłanych na śmierc właśnie tutaj.. Jednym z nich był człowiek, dzięki któremu przeżyłem to oświęcimskie piekło – kapitan doktor Władysław Dering. Dzięki niemu znalazłem tam pracę w wielu zawodach: pielęgniarz, stolarz, rzeźbiarz, grabarz, paczkarz, piekarz. On uratował mi w końcu życie, gdy 2 razy zachorowałem na zapalenie płuc, oraz załatwił mi wtedy nietykalnośc w szpitalu obozowym.
Początek konspiracji był dośyc trudny. Pierwsze dni zajęło mi wyjście z szoku i zaskoczenia, że ci żołnierze-ludobójcy w mundurach to przedstawiciele gatunku ludzkiego. Brali do niewoli i katowali byle kogo, za każdą błahostkę. Wielu ginęło, gdy nieopatrznie przyznało się do przynależności do klasy inteligenckiej. To właśnie z nimi chciałem rozpocząc robotę konspiracyjną. Musiałem przemyślec, z kim mam właściwie pracowac, by nie dostac się w ręce capo, czy gestapo. Spotkania musiały odbywac się bardzo tajnie i nie mogło w nich brac wiele osób. Był to system „górnych piątek” nie wiedzących nic o sobie. Do pierwszej z nich należeli: płk. Władysław Sarmacki, kpt. dr. Władysław Dering, por. Jerzy de Virion, Eugeniusz Obojski, kpt. Alfred Stössel. Podczas dosyc krótkiego spotkania musieliśmy omówic plan działania ruchu oporu.
-Rotmistrzu Pilecki, czy to jest realne, co my właśnie teraz robimy? Przecież ludzie są podłamani codziennymi musztrami, poniżani przez ss-manów, nie da się z nich wydobyc nawet kawałka odwagi. Oni się boją o każdy ruch, który może doprowadzic ich do śmierci – zwrócił uwagę Eugeniusz Obojski.
-Ma Pan rację, to jest naprawdę ciężkie do zrealizowania. Jednak tych ludzi musi coś trzymac na duchu. Ta rzecz to nadzieja wolności. Inaczej wszyscy zginiemy.
-Witoldzie, to jaki masz plan? – spytał Władysław Dering
-Stworzycie pierwszą piątkę kierującą ZOW( Związkiem Oddziałów Wojskowych). Będzie ich oczywiście więcej. Tylko jest jedna zasada. Nie kontaktujecie się z innymi. Nawet nie będziecie znac nazwisk członków. Wszystko ze względu na utrzymanie mocno zakonspirowanych struktur ZOW. Waszym zadaniem jest informowanie o ruchu i wciąganie do niego każdego zaufanego.
-Coraz bardziej mi się to podoba. To jest właśnie polskie: nie możemy usiedzieć bezczynnie, gdy naokoło panuje zło i musimy to, co nas dręczy zniszczyc. Zresztą każdego człowieka w tym obozie, który posiada duszę trapi nienawiśc do tych ss-manów – stwierdził pułkownik Władysław Sarmacki
-Panowie, jeżeli chcecie dołączyc się do mojego planu, to macie obowiązek złożyc przysięgę-rozkazałem
-Ku Chwale Ojczyzny-odrzekli wszyscy chórem.
-Powtarzajcie za mną: Uroczyście przysięgam na Święty Krzyż, Chwałę Rzeczypospolitej i własny honor, że dołożę wszelkich starań, by pozbyc się wroga naszego narodu i unicestwic jego nikczemne czyny, a przy tym nie zdradzę współbraci w walce. Tak Mi dopomóż Bóg i Maryja Najświętsza Dziewica.
Udało się w przeciągu kwartału mojej organizacji stworzyc struktury, jakie nawet Armia Krajowa mogła pozazdrościc. Pewnego dnia na wiosnę 1941 udało mi się zamienic słowo z dwoma znakomitymi politykami Stanisławem Dubois i Janem Mosdorfem. Ten pierwszy był liderem Polskiej Partii Socjalistycznej, a drugi Obozu Radykalno-Narodowego. Tym bardziej dziwiłem się, że ludzie z dwóch ugrupowań politycznych nienawidzących się przed wojną dogadali się ze sobą. Przekazali mi chęc stworzenia komitetu politycznego ZOW. Widac było zaangażowanie, gdy każdy chciał pomóc, by unicestwic ludobójstwo.
Coraz więcej ludzi dostawało się do KL Auschwitz. Ludzie z moich jednostek znali dobrze plany działania wobec nowych transportów Polaków, Żydów, Cyganów, oraz wielu innych ludzi. Wiedzieliśmy, że do większości na samym początku mówią, że idą do łaźni się wykąpac, po czym duszą ich tam gazem, a później spalają. Pewien żołnierz ZOW podsunął pomysł, by zrobic panikę w takim transporcie, żeby utrudnic Szwabom zagazowanie tych ludzi. Pomysł akcji nie wypalił. Ów zołnierz został rozstrzelany. Tak naziści postępowali z każdym , który nawet lekko uchylił się od zbrodniczego regulaminu obozowego.
ZOW stworzył swój aparat sądowniczy. Za każdą kolaborację ze szkopami konfident dostawał karę śmierci w postaci wpuszczenia na skórę wszy zarażonych tyfusem. Wiadomo, co z takim robili później. Konfident ginął w oparach cyklonu B, by nie rozsiał choroby na całą resztę obozu.
W barakach działo się coraz gorzej. Ludzie ginęli z głodu, a ci, co się nie nadawali do pracy, szli od razu do komory gazowej. Pewnego dnia modliłem się do Boga: „Panie, oni giną, nie widzą nadziei, tracą zmysły. Widzę wiele dramatów ludzkich. Koło mnie leżą czasem kilka dni nieżywi ludzie. Na podłodze baraku pływa się w krwi, odchodach, czy kawałkach ciał. Widzę przypadki, gdy ojciec zjada własnego zmarłego synka, ponieważ nie ma już nic do jedzenia. Straszne to wszystko. Dlaczego tak się dzieje? Czemu Ty na to pozwalasz? Za co ci ludzie pokutują? Tracę już siłę do dalszej pracy. Boże… AK odmawia pomocy. To ognisko szatana nie będzie nawet tknięte. Tego się nie da zrobic. Cała moja praca jest właściwie na nic. Oni są za silni, by ich pokonać”.
W czerwcu 1941 zachorowałem na zapalenie płuc. Zrozumiałem wtedy, ile znaczy szpital obozowy. Stał się on od tego czasu miejscem kontaktowym między obozem, a resztą świata. Ocalałem i nie dostałem się do krematorium tylko dzięki Deringowi, u którego później pracowałem jako pielęgniarz. Innymi drogami przesyłek informacji na zewnątrz były piekarnia i zakład pogrzebowy. Dzięki nim dostaliśmy informacje o moim awansie przez generała Roweckiego na porucznika.oraz odmowy ataku na Auschwitz, który miało dokonać ZWZ. Ta wiadomość zawaliła moje plany. Łudziłem się cały ten straszny czas, że tych ludzi skazanych na śmierć przez zbrodniczy system da się uratować. Zdałem sobie sprawę, że muszę stąd wiać, by mnie nie zamordowali. Codzień ktoś z baraku ubywał. Co kilka godzin kogoś zmieniano w proch. Do Auschwitz zwiększały się transporty Żydów, Polaków i Cyganów. Z Żydami nie mogliśmy się dogadać. Szli odrazu do krematorium. Ci, co zostawali nie mieli przez ten szok siły z nikim rozmawiać. Gdy otwarto obóz w Brzezince stworzyliśmy w nim siatkę wywiadowczą. W całym obozie Auschwitz udało się mi stworzyc tysięczny oddział ZOW
Brak echa odpowiedzi na moje prośby o ataku na obóz skłoniły mnie do tego, żeby opuścić moich przyjaciół w biedzie. Poza tym staracono pułkownika Karcza z Birkenau i mojego bliskiego współpracownika Stoesela. Z informacji wywiadowczych dowiedziałem się, że Niemcy zbierają na mnie informacje. Na początku 1943 po ponad dwóch latach spędzonych w obozie jako Tomasz Serafiński zdecydowałem się na ucieczkę. Razem ze mną szli Jan Redzej i Edward Ciesielski. Wiedzieliśmy zbyt wiele, dlatego każdy miał ze sobą cyjanek potasu, środek nasenny i mylący psy, oraz klucz do piekarni. Mieliśmy wtedy w trójkę dyżur właśnie w jednym z tych zakładów obozowych. Był to niedziela wielkanocna 26 kwietnia 1943. Pamiętam wielką ulewę, która od paru dni podtapiała baraki. W Brzezince utopiło się wielu więźniów śpiących na dolnej półce. Wewnątrz piekarni uśpiliśmy strażnika, a inny nas nieświadomie zamknął. Spytałem się kolegów:
-Idziemy?
-Oczywiście, ku wolności-rzekł Janek
-Witek, Janek, spokojnie! Tu się może jeszcze wszystko wydarzyc. Musicie zachowywac się spokojnie i wtedy się wszystko uda – upomniał nas Edward - A teraz… zbieramy te łachy obozowe i… będziemy na zewnątrz.
Wyszliśmy z budynku ku torom kolejowym. Czołgaliśmy się około poł kilometra, by dojśc do bramy. Zatrzymałem się na chwilę przy bramie z napisem „Arbeit Macht Frei” i pomyślałem, że rzeczywiście. Ryzykowna praca czyni wolnym. Taka praca, która pomaga ludziom, a nie zniewala ich i zabija. Podeszliśmy do ogrodzenia:
-Ty Edwardzie pierwszy skacz, ja drugi, a Witold na końcu – rozkazał Janek.
- Dobrze, skaczcie.
Po sforsowaniu ogrodzenia pod napięciem szliśmy jeszcze jakieś kilkaset metrów wzdłuż linii kolejowej na północ. Później odbiliśmy na wschód ku widłom Soły i Wisły. Na naszym szlaku w okolicach Oświęcimia nie spotkaliśmy nawet jednego żołnierza niemieckiego. Udała się rzecz prawie niemożliwa. Ucieczka z KL AUSCHWITZ EINS.
Kilka dni później Rudolf Hoess zrobił w obozie całkowite piekło. Zginęło kilkuset więźniów przez nas. Niemcy zgładzili też wszystkich założycieli ZOW z „pierwszej piątki”. Dowiedziałem się o tym w Wiśniczu już przebywając razem z oddziałami Armii Krajowej. Przeżyłem to bardzo, bo z tymi ludźmi przeżyłem 2 lata. Zobaczyłem wiele zła. Mimo, że nie wykonałem do końca założonego planu: atak na Auschwitz z zewnątrz. Misję uznaję za udaną. Zobaczyłem śmierc z bliska, czułem jej zapach w pobliżu – Cyklon B. Widziałem ludzi konających konających głodu i poddanych okropnym torturom. Zniszczonych przez szatana z wąsikiem. Jednak ta misja się udała. Pomogłem naprawdę wielu ludziom czasem samemu narażając się na śmierc. Teraz zamierzam napisac wiele raportów i sprawozdań z mojej męczarni w Oświęcimiu. Niech świat Ujrzy okrucieństwo i nieludzkie barbarzyństwo, jakie dokonali żołnierze niemieccy. Tylko prawda nas wyzwoli.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)