Ten artykuł mógłbym zacząć słowami: dawno, dawno temu. Dotyczy to rzeczywiście modelu, który był wiele lat temu możliwy. Dziś staje się trudny do zrealizowania. Mowa o tradycyjnym modelu funkcjonowania rodziny na tle teorii podziału pracy.
Wiek XIX przyniósł społeczeństwu wielką szansę. W wielu zniesiono krajach zależności feudalne i ludzie stali się równi wobec prawa. Każdy kreatywny i pracowity człowiek mógł się wzbogacić. Nie przychodziło to łatwo. Wielu mężczyzn udawało się w dalekie strony, by utrzymać rodzinę. Tysiące ludzi migrowało do miast, bo tam czekała na nich praca. Wyrosły nowe aglomeracje miejskie jak polska Łódź. Poziom higieny wzrósł wraz z rozwojem urbanizacji. Ludzie stali się bogatsi i wydawali więcej. Śmiertelność noworodków spadła i dzięki temu ludzkość przeżyła skok demograficzny. Na kapitał trzeba było bardzo ciężko pracować. Nie można było liczyć na państwo Do dziś jest to ogromny zarzut wobec kapitalizmu. Ów system sprawiał, że rodziną bądź jednostka zostawione zostały samotnie. Państwo nie spełniało roli opiekuna. Istniało, ale nie przeszkadzało.
Według Davida Hume’a ludzie samoorganizują się na podstawie zaufania. Filozof brytyjski podał tu przykład dwóch rolników. Pierwszemu zboże wyrosło tydzień wcześniej i potrzebuje rąk do pracy. Prosi drugiego o pomoc. Jeśli dostanie wsparcie, to pomoże sąsiadowi za tydzień. W tym przypadku rolników połączyło zaufanie. Efektem tej transakcji jest zysk obu jednostek.
O podziale pracy pisał w XX wieku Ludwig von Mises. Według tego austriackiego profesora ekonomii ten czynnik zadecydował o zwycięstwie człowieka nad dziką przyrodą. Organizacja pracy i jej podział stworzyły pierwsze społeczności pierwotne. Mężczyźni stali się myśliwymi, kobiety zajmowały się zbieractwem i opieką nad domem. Z biegiem czasu wytwarzano coraz bardziej skomplikowane narzędzia. Wprowadzono nowe techniki uprawy ziemi. Większe miasta powstały w dolinie Tygrysu i Eufratu około 4000 lat przed Chrystusem. Każdy mieszkaniec spełniał swą funkcję. Nieważne czy to rzeźbiarz, garncarz, skryba czy kupiec. Każdego zysk napędzał popyt i konsumpcję w mieście. Gdy brakowało jednego z fachowców, to towar stawał się deficytowy. W tym czasie ceny wzrastały, ponieważ podaż nie mogła zaspokoić potrzeb rynku. Przez wieki ludzkość funkcjonowała dzięki specjalizacji. Dzięki temu wartość usług wzrastała, a wraz z nią zależność międzyludzka.
Według stereotypu wytworzonego przez ruchy feministyczne i socjaldemokratyczne w XX i XXI wieku klasyczny model rodziny polega na niewolniczej pracy kobiety w domu. Możliwość rozwoju zawodowego ma jedynie mężczyzna. W tym momencie następuje konfrontacja idei Misesa – podziału pracy ze zniewoleniem kobiety.
Według ideologii konserwatywnej rodzina jest podstawą społeczeństwa. Można ją porównać do przedsiębiorstwa, które tworzy rynek. Rodzina ma swoje potrzeby, dochody, planuje wydatki, czas, perspektywy na przyszłość, problemy i sukcesy. Jak wcześniej wspomniałem gospodarka opiera się na specjalizacji. Mąż i żona naturalnie podchodzą do spraw w swoim przedsiębiorstwie. Kobieta jest precyzyjna i cierpliwa. Zatem przydziela sobie zazwyczaj obowiązki związane bezpośrednio z prowadzeniem domu. Mężczyzna natomiast woli przywództwo. Jego obowiązki to dbanie o zaopatrzenie rodziny w środki do życia – kapitał, pieniądze czy produkty wytworzone przez siebie. Do tego zapewnia pomoc techniczną i siłową. Nie kwestionuje się tutaj możliwości kobiety do pracy. Gdy pojawiają się dzieci rodzina postępuje analogicznie.
Pod koniec XIX wieku w Niemczech Otto von Bismarck ogłosił „Sozialpolitik”. Od tego momentu etatyzm znajdował wielu zwolenników wśród elit politycznych ówczesnego świata. W Rzeszy Niemieckiej szkoły wykształciły przyszłych SS-manów. W Stanach Zjednoczonych w 1913 wprowadzono podatek dochodowy. Po krachu na giełdzie w Nowym Jorku za rządów Roosvelta i Keynesa wprowadzano politykę „New Deal”. Państwo szeroko ingerowało w sprawy obywateli i gospodarkę. Rozszerzenie kompetencji państwa kosztowało społeczeństwo amerykańskie zwiększeniem podatków. Dotykały one bezpośrednio w rodzinę.
W dzisiejszym świecie państwo zapewnia nam „darmowe”: szkolnictwo, służbę zdrowia, opiekę społeczną, drogi, służby porządkowe, armię urzędników itd. itd. itd. Jak zwykł mówić prof. Milton Friedman „Nie ma darmowych obiadów”. Ów ekonomista wykazał również, że po nacjonalizacji szpitali w USA koszt usług medycznych wzrósł kilkakrotnie.
W dzisiejszej III Rzeczypospolitej Polskiej państwo obciąża rodzinę ogromnymi podatkami: dochodowy, VAT, ZUS i inne obowiązkowe ubezpieczenia, akcyza, cła, opłaty skarbowe i wiele innych ukrytych bądź jawnych danin. Rodzina jest zmuszona do zwiększenia pracy dla kapitału. Dzięki podatkowi dochodowemu ich zarobek zostaje przekazany na cele państwa. Fiskus dobija wtedy leżącego. Dochód staje się towarem deficytowym jak stwierdził Robert Gwiazdowski (znany przeciwnik podatku dochodowego). Dzisiejsze państwo zmusza rodzinę do sytuacji, w której mąż i żona pracują. Dlaczego tak się dzieje? Pensja męża nie wystarcza na utrzymanie rodziny, ponieważ praca jest drakońsko opodatkowana. Kobieta musi zasilić budżet. Spędzając w pracy kilka godzin dziennie nie ma siły i czasu, by zająć się domem i dziećmi. Z tego rodzą się patologie. Dzieci są wychowywane przez świetlice szkolne, zajęcia pozalekcyjne i podobne grupy socjalizacyjne. Znajdują tam własne zainteresowania, wielu znajomych i umiejętności pracy w grupie, ale dziecko, które znajduje się w grupie 30 osobowej nie ma takiego wsparcia od nauczyciela jak od rodzica. Dziecko pozostawione samotnie jest bardziej podatne na bodźce środowiska i traci poczucie hierarchii w rodzinie. W Stanach Zjednoczonych indywidualne podejście do dziecka w nauczaniu jest popularne. Kilkaset tysięcy dzieci uczy się w domach. Jeden z rodziców musi poświęcić się dla rodziny. Jest to duży wydatek, ale przynosi efekty. Dużo informacji można znaleźć na stronie internetowej http://www.edukacjadomowa.piasta.pl/.
W ostatnich latach politycy starają się „ulżyć” rodzinie. System pomocy socjalnej w Polsce stwarza okazję do rozerwania więzi rodzinnych. Dobitnym przykładem jest zasiłek dla samotnie wychowujących matek. Wraz z możliwością zdobycia pieniędzy zwiększa się liczba rozwodów. De facto państwo rozbija rodzinę poprzez zawikłane przepisy zasiłkowe. Każdy zastrzyk pieniędzy od państwa zaburza równowagę podziału pracy w rodzinie. Zachęca do zaniechania swoich obowiązków, ponieważ „ktoś za mnie to już zrobi”. Jeżeli rodzina jest podstawowym składnikiem społeczeństwa, to całe społeczeństwo staje się wtedy pasywne. W latach 2005-2007 rozpoczęła się debata sejmowa na te tematy. Przegłosowano socjalistyczny pomysł „becikowego”. Żeby spełnić wymogi tego zasiłku potrzebna jest zbędna biurokracja. Sam system jest droższy od pieniędzy, które dostanie rodzina. W 2007 roku politycy LPR, PO i Prawicy RP wprowadzili ulgę dla rodzin w postaci około 1200 zł. na dziecko w odliczeniu podatku dochodowego. W wyniku tego głosowania zyskali najbiedniejsi, klasa średnia i bogaci ludzie. Mniej zamożni odczują to wyraźnie, ponieważ dla nich każda złotówka jest ważna. Bogaty natomiast zaoszczędzi lub skonsumuje tworząc przy tym nowe miejsca pracy.
Jedynym rozwiązaniem dla rodziny, które mogą zaoferować politycy jest zaprzestanie opieki na nią. Definitywnie należy znieść podatek dochodowy. Ojciec sam ciężko zarobi pieniądze, ewentualnie matka mu w tym pomoże. Małżeństwo opłaci samo szkołę, lekarza, ubezpieczy się dobrowolnie itd. Zaoszczędzone pieniądze przeznaczy na cel, który jej pasuje. Dochód nie stanie się wtedy towarem akcyzowym. I tu rodzi się pytanie. Co z tymi, którzy nie są na tyle zamożni, by samodzielnie płacić za te wszystkie usługi? Są dwa rozwiązania. Pierwsze to ciężka praca. Kapitalizm nie jest systemem dla ludzi leniwych. Drugie to szukanie wsparcia u organizacji charytatywnych i w samych szkołach. Politycy powinni wreszcie uwierzyć, że człowiek potrafi sobie ułożyć życie w rodzinie.


Komentarze
Pokaż komentarze