Pupilla Libertatis
Jestem sarmatolibertarianinem. Myślę, politykuję, rozważam, polemizuję, szukam, prowokuję, dyskutuję, dociekam, analizuję, filozofuję.
150 obserwujących
1831 notek
2326k odsłon
  861   0

Ognisko

Ja dużo piszę o cywilizacji i często powołuję się na Feliksa Konecznego. Napisałem już takie notki cytując go:
Dziś chciałbym przedstawić obszerny cytat z Konecznego, w którym tłumaczy on związki ogniska z własnością - i w ogóle wyjaśnia różne cywilizacyjne aspekty ognisk.
Teraz mamy wakacje, a na wakacjach ludzie często grillują i palą ogniska. Ja jestem żeglarzem, a w młodości byłem harcerzem. Otóż wtedy prawie codziennie wieczorem urządzaliśmy ogniska na obozach – i na stacjonarnych i na wędrownych. Nawet są z tym związane piosenki, które z pewnością zna każdy Polak, typu: „Płonie ognisko w lesie…”.
Ja robię to do dziś – gdy pływam po Mazurach, to gdy nie nocuję w porcie, tylko gdzieś na dziko, albo na bindudze, to robię ognisko. Ognisko ma takie ważne cele:
  1. odstrasza komary,
  2. smaży się na nim kiełbaski,
  3. ogrzewa,
  4. ludzie się integrują, zbliżają do siebie, rozmawiają, śpiewają.
Nie wyobrażam sobie wakacji bez ogniska. Nawet jeśli nie ma komarów, nie mam kiełbasek i jestem sam, to ognisko jest konieczne, gdy jest już ciemno i nie można czytać, czy patrzeć w dal. Patrząc w ognisko człowiek się nie nudzi – taki wyczuwam w sobie atawizm. W ognisko można się wpatrywać godzinami.
Ale to mało. Ja ogniska urządzam nawet, gdy jestem w mieście, a nie na wakacjach. Tu jest tradycyjne miejsce gdzie to robię: Sarmackie Ognisko.
Grzegorz GPS Świderski
PS. Okazuje się, że ognisko ma duże znaczenie cywilizacyjne! Poczytajcie Konecznego (pogrubienia i formatowanie moje):

(…)
Nauka o cywilizacyi zaczyna od pytania, czy człowiek był od początku istotą gromadną, żyjącą w liczniejszych skupieniach. Nowsza nauka wstrząsnęła tem zapatrywaniem, a zadał temu cios także nasz Erazm Majewski, wysuwając zarazem słuszny wniosek, że skoro nie było gromadności, nie było tedy nigdy „jakiegoś stadnego komunizmu" (a który wymyślił był Morgan starszy).
Dzieje ludzkości dzielą się naszem zdaniem na dwie epoki przeciwstawne: przedogienną i ogienną. Są to epoki epok! Dokądkolwiek sięgnęło odkrycie ognia, przeinaczyło radykalnie warunki bytu. Przede wszystkiem poprawiły się warunki pożywienia. Zważmyż, jako nigdy dotychczas nie pojawiła się wiadomość o jakimś ludzie, dawnym czy współczesnym, któryby jadał mięso surowe na świeżo. Bywa ono suszone „na wietrze i słońcu” w licznych krainach świata, między innemi także wśród niektórych plemion Rusi i Serbii. Spożywają wprawdzie renifera i rybę na surowo Eskimosi i Czukczowie, lecz także nie za świeżą, a tylko pokrajane w kawałki w pewnego rodzaju konserwach mrożonych; zresztą wszystko inne gotują. Podobnież przyrządzali Mongołowie niegotowane mięso w polewce solnej, dodając rozmaite korzenie, a ubożsi w czosnkowej. Dotychczas zaś „w Czarnogórzu baranie i kozie mięso, pokrajane na kawałki i trzymane naprzód jakiś czas w naczyniu z solą (zupełnie podobnie jak na Polesiu), potem wyjmują i rozwieszają w chacie nad ogniskiem”. Skoro zaś człowiek pierwotny nie umiał robić zapasów, ani przyrządzać mięsa na jadalne, a surowizny mięsnej świeżej nie jadał, a zatem nie jadał mięsa wcale. Stał się mięsożernym dopiero odkrywszy właściwości ognia. Jest o tem nawet ciekawe podanie u Guanajasów wschodniego Paragwaju.
Człowiek przedogienny mógł się żywić tylko niektóremi roślinami i płodami ich, jadalnemi na surowo. Był przede wszystkiem dendrofagiem.
(…)
Ogień, przysparzający środków pożywienia, zwiększał zarazem stopień bezpieczeństwa, chroniąc przed drapieżcami, gdyż zwierz drapieżny nie zbliża się do ogniska. Ta dobroczynna strona ognia jest powszechnie wiadoma i uznawana; nie ocenia się natomiast należycie obrony, jakiej używał dym przeciwko wrogom małym, lecz uciążliwszym i niebezpieczniejszym od dużych drapieżców. Ponieważ brzmi to może niewiarygodnie, powołam się na szereg przykładów.
Chodzi tu o komary, moskity, pchły ziemne, muchę podzwrotnikową tse-tse, o południowo-amerykańskie polvori, mbarigni, pernilongi, piąues, bicho de pe itp.
Otóż plaga kąsających a niosących zarazę owadów sięga dziwnie daleko na północ. W północnej Norwegji, w krainie nocy arktycznej, na rybackim postoju, stosunkowo daleko od lądu, „gromady much i komarów wisiały w powietrzu. Cały czas trzeba było palić, aby się od ich ukąszeń ratować”. To jeszcze drobnostka! Inni mieszkańcy mroźnej północy, Jakuci dzisiejsi, mając nieraz w bród dookoło ziemi niczyjej, siedzą gęsto i gniotą się, zawadzając sobie wzajemnie, bo człowiek „na nowiźnie rady sobie nie da z komarami”, gdyż zagryzą bydło. W ich porze najdokuczliwszej, od pierwszych dni czerwca do początku lipca, Jakuci „unikają wychodzenia z domu i siedzą w izbach pełnych wciąż gryzącego dymu”. Albowiem komary „bezwarunkowo są w stanie udusić i zagryźć człowieka, któryby w lecie utracił możność rozniecenia ognia”.
W Azyi Mniejszej, w Anatolii „muchy za dnia, komary o zmroku, a moskity nocą stanowią plagę, o jakiej nikt, kto sam tego na sobie nie doświadczył, nie może mieć pojęcia. Wprost niesłychana natarczywość, siła żądła, jadu, i ilości przede wszystkiem, ta ilość, co cię obsiada; spuchlizna jako skutek sprawia poprostu tortury... owady roznoszą malaryę... nagminnie i to różnopostaciową, od zwyczajnej febry do śródziemnomorskiej i tropikalnej włącznie”.
W Azyi centralnej, nad Amu-Daryą, komary na wiosnę „oblepiają człowieka i trzeba ciągle siedzieć w gęstym dymie” - więc na lato myśliwi pójdą polować w góry. Czyż nie tak samo robili pierwotni mieszkańcy? W pewnem miejscu zjawiają się całe chmary komarów, a znający ów kraj kozak, przewodnik, oświadcza, że ich... jeszcze niema! Latem „i nosa pokazać nie można, żywcem zajedzą”. Indziej gryzące bąki, muchy, muszki, komary „omal nie zjadają bydła”. Cielęta trzeba zaraz po wycieleniu zawijać w płachty lub rogoże. Dzikim zwierzętom muchy „przegryzają skórę i w rany składają jaja, a robaki wylęgłe wgryzają się w mięśnie”, obok chmar komarów itp.
W innej stronie Azyi centralnej, w stronach rzek Kara-kosz i Kerja-derja „biada myśliwemu lub podróżnikowi, który w lecie zabłąka się w tych stronach. Zjedzą go komary, od których nigdzie schronić się niepodobna.” Nieprzejrzane chmary ich wiszą nad gęszczami trzciny, a od ostrego żądła nie uchroni sukienny surdut lub spodnie. Ukąszenia tamtejszych komarów są szczególnie zjadliwe i wywołują na ciele świerzbiące bąble, które pozostają w ciągu kilku dni. Niemniej od ludzi cierpią od ukąszenia konie. Napastowane przez ich miryady denerwują się, tarzają się po ziemi, nie jedzą i w ciągu kilku dni w oczach nikną. Późną jesienią, kiedy nocami mrozy już panują stale, komary nikną.
W afrykańskim kraju Wasagara nie można ani obecnie nawet hodować ni kur ni bydła, z powodu rozpanoszenia się muchy tse-tse. Jeden zaś z najnowszych podróżników oświadcza: „Jak długo w Afryce środkowej żyć będzie moskit, wróg macierzyństwa i dziecka, tak długo emigrant, pozbawiony możności stworzenia własnego ogniska domowego i oderwany od swego gniazda rodzinnego, będzie na tych obszarach tylko – przechodniem”. Ależbo wśród madagaskarskich Malaszów „wielu jest tak pokaleczonych i poranionych(przez afrykańską pchłę ziemną) iż niewiele się różnią od trędowatych”.
W Kalifornii na lewym brzegu Sacramento, pod Rio Vista „bywają tak gęste chmary moskitów, że poprostu nie można manewrować żaglem”. A zaś w Argentynie na ostrowy rzeki Parany nawet guaryńscy myśliwi nie chodzą, a to „dla olbrzymich chmar moskitów i komarów”.
Ależ obecnie w zapadłych kątach Polesia ginie bydło od komarów i „meszek” i „ślepni”, mając przez nie „zapchane nozdrza, uszy i drogi oddechowe”. Od tych „ślepniów” krwawią się koszule kosiarzy, aż „po kilku dniach plamy krwawe zlewają się w jedną całość, a koszula wskutek zaschnięcia krwi staje się do pewnego stopnia pancerzem”.
Widzimy tedy, że te wszelkiego rodzaju komarzyska, to potęga! Oto oświadczenie podróżnika polskiego: „Wszystkie te owady po niejakim czasie tak dokuczą kulturalnemu człowiekowi, że w porównaniu z niemi groźne zwierzęta dżungli wydają się łagodnymi barankami”. A więc nie było przesady w tem, że dobroczynna działalność ognia (dymu) przeciw owadom ma taką samą, a może nawet większą wartość, jak ochrona przed drapieżcami.
Nowocześni podróżnicy, wyposażeni we wszelkie środki obrony, powiadają: „zjedzą go komary”. Cóż mają robić prymitywni autochtonowie? Ogień i dym nie starczą na ochronę! Oto więc np. Minkopi andamańscy, chodzący nago, pokrywają ciało błotem, a nad Białym Nilem u Szyluków służą do smarowania ciała ochronnego od komarów łajno z uryną.
Łatwo teraz zrozumiemy, jak gęstoludna Kampania rzymska zamieniła się w pustynię, gdy zaniedbano odwadniania i teren stał się bagiennym. I może czytelnik nie będzie się uśmiechać z niedowierzaniem, gdy powiemy, jako komary rozstrzygały nieraz w średniowiecznych wojnach niemiecko - włoskich, gdyż rozprzęgały się od nieznanej choroby (malaryi) wojska Arnułfa, Ottona II, Ottona III, Konrada II, Fryderyka Barbarossy, Henryka VI i Henryka VII.
Wszystko to przy władaniu ogniem. Jakżeż tedy było bez ognia? Bądź co bądź ogień pomagał ograniczać tę klęskę do rozmiarów nie przechodzących wytrzymałości człowieka pierwotnego, przysparzał więc krajów mieszkalnych.
Przypuszcza się, jako człowiek umie rozniecać ogień od początku paleolitu. Należy tu dodać słówko: „na ogół”, albowiem wyspiarze andamańscy (pigmeje) ognia rozpalić nie umieją i nie mają na to zgoła wyrazu, tylko „z wielką troskliwością utrzymują wśród siebie wiecznie płonące ogniska, a pochodzenie ognia tłumaczą religijnym mytem”. Stwierdzono to w roku 1922. „Andamańczycy zatem stanowiliby w tym względzie jedyny znany obecnie wyjątek” – gdyż przyjęło się powszechnie, jakoby nie było już na ziemi ludu, nie posiadającego sztuki niecenia ognia.
Godnym jest uwagi fakt, że obecnie istnieje dziewięć sposobów wytwarzania ognia u ludów prymitywnych, a być może, że było ich więcej, gdyż tradycja innych sposobów mogła była zaginąć. Nasuwałby się z tej wielkości wniosek, jako w niejednem miejscu zjawiali się Prometeusze; ale ta kwestja nie należy do naszego przedmiotu.
Człowiek przechowujący ogień (wzniecony przez siły przyrody), wzbijał się wysoko nad innych. Około jego ogniska bezpieczniej było, ludniej i zamożniej. Toteż strzeżono swej własności! A za tą własnością następowała własność nieruchomości, własność przestrzeni objętej ogniskami.
Do takiego wniosku wiodą ciekawe fakty, znane z dziejów Islandji. Wzięcie w posiadanie gruntu dokonywało się tam (w wiekach X-XII) przy zachowaniu ciekawej symboliki, godnej uwagi etnologów, mianowicie przez „objazd krainy ogniem” (faraeldi um landit). Cały obszar, zajmowany przez kogoś na własność, musiał być otoczony na swych granicach płonącemi ogniskami w ten sposób, żeby płomień każdego widzialny był przy obydwóch sąsiednich. Cała granica obszaru zaznaczona tedy była ogniskami.
Trzeba tylko przypuścić, że protohistoryczny właściciel ogniska sam je rozmnażał, zakładając nowe ogniska w sąsiedztwie. Łatwo zrozumieć, że rozmieszczał je w taki sposób, żeby mieć przegląd swej własności, żeby z każdego miejsca widział przynajmniej dwa sąsiednie ogniska. Oczywiście wszystkie stanowiły jego własność i do niego należały pożytki ze wszystkich, a skupiający się koło nich osadnicy zależni byli od jego pozwolenia i nakładanych przez niego warunków. Mówiąc krótko: obszar otoczony jego ogniskami stawał się jego własnością.
Czy zwyczaj islandzki nie stanowił przeżytku tego stanu rzeczy?
Według tego zwyczaju właścicielem gruntu stawał się ten, kto pierwszy rozpalił gdzie ognisko. Przypływający nowi osadnicy niecili ognie przy ujściach rzek, na obszarze, jaki zamierzają zająć. Później nastąpił (jak zwykle) skrót symbolu, mianowicie objeżdżało się dany obszar konno z płonącą pochodnią w ręku.
Własność przestrzeni, zdobytej ogniem, zdaje się być zawiązkiem samego pojęcia własności nieruchomej.
Nie posiadający ognia dążyli oczywiście do tego, by go posiąść. Czy nie używano do tego przemocy i podstępu? Czy pierwsze napady, najazdy, pierwsze wyprawy i walki nie były po ogień, o ogień?
Kto umiał ogień sam niecić, stawał się potentatem.
Wiadomo, jako płomień nie tylko chroni przed drapieżcami, ale przywabia zarazem szereg zwierząt „spokojniejszej natury”, znoszących ogień. Nabytek zwierząt domowych był konsekwencyą posiadania ogniska. A kiedy potem nastały wynalazki rozmaitych narzędzi i zaczęły się łowy, urządzać je i korzystać z nich można było tylko w związku z ogniskiem. Bez ognia łowiectwo byłoby bezcelowe, gdyż dopiero ogień czynił upolowaną zwierzynę jadalną.
Odrzucić należy jednak hypotezę o t.zw. spółkach biesiadnych, jako najstarszej formie zrzeszania się, z czego dalsza hypoteza, jakoby wszelka cywilizacya wywodziła się z łowieckich prymitywów. Przed odkryciem ognia mięsa nie jadano i nie polowano, a ogień pozwalał zakonserwować mięso na kilka dni, więc nie musiało być natychmiast spożyte. Myśliwy miał zresztą pomocników do jedzenia we własnej rodzinie. Dotychczas też nigdzie u ludów łowieckich spółek biesiadnych nie wykryto, ani tam, gdzie poluje się na grubego zwierza w kilku; dzielą się mięsem zwierza, lecz wspólnej biesiady na poczekaniu nie urządzają.
Stawał się tedy ogień zawiązkiem kuchni i spiżarni. Koło ognia było coraz syciej i dostatniej.
Stawał się także zawiązkiem władzy i panowania. Około ognisk gęstniała ludność, od ognisk zaczyna się Zrzeszanie, a pan ognisk stawał się władcą ludzi. Poczynają się wytwarzać najstarsze społeczności, oparte na hierarchii, bo na nierówności pana udzielającego schronienia, a tych, którzy o schronienie proszą, zawiśli od łaski i niełaski władcy ognia i ludzi.
Oczywiście musiało powstać dążenie, by każdy mógł posiadać ognisko własne. Gdzie rozwój społeczny dotarł do tego szczebla, znikały społeczności ogniskowe, oparte na hierarchii, zniknęły owe najstarsze władztwa. Ich miejsce zajęły inne społeczności ogniskowe, oparte już wyłącznie na związku krwi, odkąd każdy ojciec rodziny mógł sobie założyć ognisko własne. Było to dziełem i następstwem rozpowszechnienia wynalazków, służących do wzniecania ognia.
Rozwój ten nie wszędzie jednak nastąpił. Jeszcze dziś ognisko własne bywa przywilejem zwierzchności. Jak świadczy nasz Kubary, w Mikronezyi na wyspach paleuskich sam tylko starosta rodowy (obokul) może posiadać ognisko własne.
A zatem od ognia poczyna się organizować życie zbiorowe. Powstają dwa szczeble rozwoju: umiejących ogień niecić i umiejących go tylko przechowywać. Tamci kroczyli dalej w rozwoju, gdy tymczasem ci popadli w zastój, np. andamańscy Pigmeje. Niecący rozszczepiali się następnie na dwa działy, według tego, czy posiadanie ognia pozostało przywilejem pewnych osób, czy też stało się powszechnem. I znów odpadają od rozwoju te ludy, u których nie zdołano zrobić z ognia własności powszechnej. Życie zbiorowe różniczkuje się dalej tam, gdzie każdy może nabyć własność osobistą ogniska, za czem nastąpiła własność gruntu, ogniskiem lub ogniskami oznaczonego. Dalsze różniczkowanie nastąpiło według tego, czy skorzystano z ognia, by posiąść zwierzęta domowe.
W obu okresach, wyjątkowego i powszechnego posiadania ognia, społeczności ogniskowe urządzone są według hierarchii. Po hierarchii własności ogiennej nastała hierarchja druga: rodowa - o czem później.
Zaczyna się pochód dziejowy człowieka nie od komunizmu i równości, lecz od własności i hierarchii.
(...)
Feliks Koneczny"O wielości cywilizacyj"

A tu jest ilustracja muzyczna do tej notki:


PS. Dodam, czego Koneczny nie mógł wiedzieć, bo odkryto to niedawno, że ogniem posługiwał się prawie na pewno homo erectus jakiś milion lat temu, gdy człowiek, czyli homo sapiens, jeszcze w ogóle nie istniał! A człowiek istnieje od jakichś 200 tys. lat. A zatem ogniska palili już nasi przodkowie z wcześniejszych niż nasz gatunków i trwało to 4 razy dłużej niż ogniska pali człowiek. Długa tradycja palenia ognisk, nie?

Rozdział Kościoła od państwa <- poprzednia notka

 

Lubię to! Skomentuj4 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Technologie