Tych wstrętnych pijawek robotniczej krwi! TO ONI SĄ NAJBARDZIEJ WINNI UPADKU KAPITALIZMU!
Kapitalizmowi towarzyszą dwa zjawiska: dostępność towarów i szybki rozwój techniczny, który powoduje, że towary tanieją - niekoniecznie nominalnie: często ich asortyment na rynku zmienia się, produkty gorsze ustępują miejsca lepszym w podobnych cenach. Obfitość – i pęd do góry.
W PRL-u nie było ani jednego, ani drugiego.
Teraz dostatek towarów na rynku już mamy. Nie było to trudne do osiągnięcia. Przy obecnym rozwoju techniki rzucenie do sklepów tego, co ludzie potrzebują jest rzeczą banalną. Bardzo jest też łatwo o tzw. nadprodukcję.
Tym samym, nie jest więc problemem wyprodukowanie na rynek:
- samochodów,
- skuterów,
- wanien,
- bagietek,
- zestawów "małego hoplity",
- papieru toaletowego do pupy wrażliwej,
- papieru toaletowego do pupy szorstkiej jak przyjaźń Leszka Millera z Aleksandrem Kwaśniewskim,
- golarek do nóg w kolorze niebieskim (chodzi w zasadzie o niebieskie golarki, choć tuszę, że w razie potrzeby niebieskie nogi kapitalista też mógłby wyprodukować),
- dyktafonów miniaturowych,
- skarpet bezuciskowych,
- akcesoriów erotycznych w biało-czerwone pasy,
- zapalniczek,
- 500 tys. Gazet Wyborczych (i dowiezienie ich na czas!),
- 20 tys. Tygodników Powszechnych,
- gum o smaku owocowym,
- sów wypchanych,
- dzieł zebranych prof. Sadurskiego,
- kilkuset gatunków sera
...i miliona innych rzeczy, których nawet nazwanie sprawiłoby mi problemy.
Jak widzimy, rynek potrafi zaspokoić potrzeby proste, wyrafinowane, perwersyjne, a nawet niezrozumiałe.
Gdzie tu jednak postęp?
Nabrać ludzi, żeby cofnęli się do epoki niedoborów jest rzeczą trudną (ale nie łudźmy się, stale czynione są usiłowania! Słówko o tym niżej). Dobrze znamy ten syf i instynktownie się brzydzimy. Natomiast braku konkurencji – nie dostrzegamy. Przeciętny konsument nie dostrzega. Przedsiębiorca (lub niedoszły przedsiębiorca) już widzi więcej – ale czy na pewno wyciąga wnioski? Może już uwierzył, że faktycznie rząd powinien dbać o to, czy pracownicy, których on zatrudnia, mają umyte ręce?
Przywalić ostre normy, wprowadzić koncesje (urzędnik wie lepiej, czyja oferta jest potrzebna na rynku, a czyja nie; kiedy rynek jest nasycony i więcej "graczy" nie potrzebuje etc. etc.). A co! Wolny rynek – dobra rzecz, ale ktoś tym musi kierować, inaczej będzie bezhołowie. A kto może łatwiej ominąć normę (która przecież bardzo bruździ, bo zawyża ceny) – mały czy duży? Do tego: czyż nie wygodniej, bezpieczniej urzędnikowi przyjąć jedną gruuubą kopertę niż sto cienkich?
I tak jest nie tylko w Polsce.
Powtórzę: towary rzucić w ilościach wystarczających – nie problem. Chodzi o to, żeby była uczciwa konkurencja. Nie ma jej. Taki system więc to ŁŻE-LIBERALIZM. Gdy ktoś spostrzega "rządy wielkiego kapitału", dobrze byłoby gdyby rozejrzał się, czy nie wynika to z NIEDOSTATKU liberalizmu właśnie.
"Koncentracja kapitału" to świetna rzecz (dla urzędnika). Setki (tysiące...) producentów w jakiejś wąskiej branży to zaraza! Są nieprzewidywalni. Nie działają zgodnie z normą, racją stanu, strategią lizbońską, wartościami europejskimi i zasadami solidaryzmu społecznego. Nie wiadomo, jakie niebezpieczne pomysły mogą im przyjść do głowy. Które może nawet sprawią, że urzędnik nie będzie potrzebny. Lepiej dogadywać się z jednym... no, mówmy realnie, z kilkoma. Dużo łatwiej się dogadać, a jakby nie, to zawsze można pogrozić tą setką – tysiącem – młodych wilczków w odwodzie. Tak więc jedni drugim są potrzebni. Symbioza. A konsumenci mają spać ("po co wam wolność? Macie przecież telewizję").
Już nawet pomijam tu sprawę podatków. Ogromnie ważną, ale to może przy innej okazji.
Co jednak z tymi niedoborami?
Wyobraźmy sobie, że mamy mocny komputer, a na nim do zrobienia jakaś nieobciążające specjalnie zadanie. Np. przefiltrować sygnał audio w czasie rzeczywistym. Phi! Nic innego nie mamy do roboty, ale żeby się takie moce nie marnowały, odpalamy inne programiki, te co skaczą i fruwają, gierki, wodotryski... bo przecież mamy takie zapasy! Niestety, z czasem te "dodatki" zeżrą tyle mocy procesora, że podstawowe zadanie zacznie się nie wyrabiać... Co wtedy? Wiadomo: zbędne procesy pozabijać, a w ostateczności reboot. Brutalnie? No pewnie - Europa brutalności nie lubi. Zobaczymy tedy, na czym skończy. (Ale w USA niewiele lepiej, jakby kto się pytał.)
Ponieważ rozwój techniczny jest mimo wszystko znaczny, niektórym mocno na rozum padło i uwierzyli w siły sprawcze dekretu. Zadekretować ...% rozwoju co rok – i przejdzie. Zabronić ludziom używania normalnych żarówek (bo demos jest głupi i sam dobrze nie kupi) – to zaraz będzie lepiej. I już, wskutek obłędnej polityki, tam i ówdzie zaczyna brakować prądu. Co będzie dalej? I na co kartki?
Nie lubię kapitalistów. Nie lubię ich tak bardzo, że najchętniej nasłałbym na nich najgorszego wroga: konkurencję.



Komentarze
Pokaż komentarze (7)