Grzegorz Kicki Grzegorz Kicki
100
BLOG

W siedemnastą rocznicę... Gazeta Wyborcza a Kościół

Grzegorz Kicki Grzegorz Kicki Polityka Obserwuj notkę 4

Jutro upłynie siedemnasta rocznica powstania Radia Maryja.

Z tej okazji napisałem poniższy tekst. Zawiera on kilka ogólniejszych refleksji.

 

 

 

 

O marszałku Niesiołowskim głośno ostatnio nad Wisłą. Nie mam w zwyczaju zajmować się tym co pan ów mówi i pisze – kiedy tylko widzę go w Telewizji natychmiast zmieniam pilotem kanał, ale jakoś tak się złożyło, że wygodnie mi rozpocząć swe rozważania od przytoczenia słów na temat Radia Maryja, jakie ów pan zapisał w Gazecie Wyborczej. Oto te słowa:

„(…) Jarosław Kaczyński zasiadając przed mikrofonami wybitnie szkodliwej dla Polski i Kościoła katolickiego rozgłośni bluźnierczo używającej imienia Matki Bożej, a sprawiającej wrażenie realizatorki moskiewskich interesów i moskiewskiej polityki wobec Polski” http://wyborcza.pl/1,75515,5989230,Niesiolowski__PiS_ie__dosc_tego.html

 

Radio Maryja wedle Niesiołowskiego (a nie jest tylko jego zdanie) – miedzy innymi – wybitnie szkodzi Kościołowi.

Otóż postanowiłem dowieść tezy zupełnie odmiennej od tej jaką uraczył nas – w swoim stylu – pan marszałek i uważam, że:

(1) to Gazeta Wyborcza wybitnie szkodzi Kościołowi.

Tezę (1) uzasadnię takimi argumentami:

 

Ad1) Gazeta Wyborcza szkodzi Kościołowi, gdyż propaguje tak zwaną „teologię liberalną”.

Ad1a) Gazeta Wyborcza szkodzi Kościołowi, gdyż działa na rzecz osłabienia jego autorytetu.

 

Ad1[rozwinięcie]Gdy spojrzymy na to, które postacie związane z Kościołem lansuje ta gazeta, bez trudu zobaczymy, że są to persona typu Bartosia, Obirka, czy Węcławskiego vel Polaka.

Tu: http://wyborcza.pl/1,90705,3134654.html?as=5&ias=5&startsz=x&startsz=x&startsz=x, można przeczytać ogromniasty wywiad z Bartosiem, bez żadnego problemu można znaleźć na stronach Wyborczej inne materiały, które on sam napisał.

W wywiadzie, który podlinkowałem, znajduje się wiele myśli w duchu teologii liberalnej – nie ulega dla mnie zatem wątpliwości, że Gazeta ta ją właśnie propaguje.

Powie ktoś: i co z tego?

Wyjaśnię więc z grubsza co to jest za „zwierzę” owa teologia liberalna cytując za wikipedią (http://pl.wikipedia.org/wiki/Chrze%C5%9Bcija%C5%84stwo_liberalne):

Chrześcijaństwo liberalne albo chrześcijański liberalizm to ruch zapoczątkowany i prezentowany przez nurt chrześcijaństwa protestanckiego (niektóre elementy dostrzec można również w innych kierunkach) charakteryzujący się następującymi cechami:

  • wewnętrzną różnorodnością opinii
  • przyjęciem nadrzędnej krytyki Biblii wraz z chęcią kwestionowania nadprzyrodzonych elementów opowieści biblijnych (np. dzieworództwa)
  • odrzuceniem dosłownej interpretacji Biblii i jej nieomylności
  • wolnością konstruowania własnych, osobistych wizji Boga
  • innym spojrzeniem na zbawienie niż tym prezentowanym przez konserwatywnych chrześcijan (np. negacja istnienia Szatana i piekła)
  • naciskiem na poczucie włączającej przynależności i wspólnoty, w ostatnich latach stosowany do mniejszości: rasowych, seksualnych i narodowych oraz kobiet.
  • wolą rozważenia i przyjęcia punktów widzenia które mają inne korzenie niż chrześcijańskie
  • łączą teologię z nowoczesnymi teoriami naukowymi.
  • permisywizmem w wielu kwestiach obyczajowych (np. dopuszczanie związków osób tej samej płci, kapłaństwo kobiet etc).

Być może w niejednych uszach te idee brzmią dobrze, jednak zapewniam, że to tylko pozory. W rzeczywistości bowiem uprawianie tej teologii to zwykłe dogadzanie własnym zachciankom co do tego jak ma wyglądać Kościół. Liberalni teologowie (dalej nazywani

„liberałami”) przekonanie, że nie wszystko w Biblii jest historyczne, traktują jako furtkę dla uzasadnienia dowolnych z góry przyjętych tez – jeśli tekst biblijny przeczy gdzieś przyjętej apriorycznie tezie wówczas uznaje się ten tekst za niehistoryczny, podając odpowiednie argumenty. Ale innym razem kiedy Biblia zdaje się potwierdzać to, co sobie ktoś wyspekulował wówczas argumenty te się pomija milczeniem i tekst uznawany jest za historyczny. Tak samo z urzędem nauczycielskim Kościoła. Kiedy wygodnie, bo trzeba zanegować dogmat o Wniebowstąpieniu Maryji, wówczas mówi się, że Urząd ten ustalił ów dogmat przez głosowanie (kto to widział, by jakieś prawdy ustalać demokratycznie?), wobec czego dogmat ten nie musi wiązać katolika. Innym razem, a znów kiedy wygodnie, bo trzeba uzasadnić przekonanie, że piekło jest puste, wtedy powołanie się na praktykę Kościoła, która nigdy nie orzeka, kto trafił do piekła, a tylko, kto do nieba ( procesy beatyfikacyjne) jest najpoważniejszym argumentem. Chyba to starczy już, by Czytelnik uświadomił sobie, czym jest teologia liberalna i jaką ma wartość (kto chce dowiedzieć się więcej zachęcam do lektury mego tekstu „Opowiadanie teologiczne” http://grzegorz.klicki.salon24.pl/66524,index.html).

Teraz pokażę, jak zgubne dla Kościoła są konsekwencje teologicznego liberalizmu.

Pierwszym wymiarem szkodnictwa, jakie teologia liberalna wyrządza Kościołowi jest to, że teologia ta całkowicie traci charakter nauki. Można oczywiście się spierać, czy teologia w ogóle jest nauką. Nie będę tu rozstrzygał tego zagadnienia. Ale nawet jeśli nie jest, to zwykle zachowywała jakieś najogólniejsze cechy nauki (czy racjonalności), takie jak zachowanie zasady niesprzeczności, spójność argumentacji etc. Tymczasem pod piórami liberałów teologia traci nawet to! Staje się – jak powyżej pokazałem - fantazjowaniem, chciejstwem, mitologią.

A oto dalsze skutki teologii liberalnej:

Kościół, gdyby uznał, że jest tylko jednym z wielu Kościołów czy wyznań (jak chcą liberałowie) nie mógłby wystąpić w roli nauczyciela – nie mógłby twierdzić, że jakieś światopoglądy są błędne i że jakieś zachowania moralne są złe. Nie mógłby nawet napominać swych własnych wiernych do tego, żeby wierzyli – przykładowo – w dogmat Trójcy czy spowiadali się z jakichś zachowań.

Przejdę może na poziom konkretu, gdzie będzie to, co stwierdziłem wyżej bardziej widoczne. Wyobraźmy sobie, że w Kościele Rzymskim teologia liberalna wygrywa. Kościół ten stwierdza – bo takie zmiany przeforsowali liberałowie – że prawdy wiary mogą być zmieniane dowolnie i co wczoraj było jedyną prawdą dziś może być zastąpione nową prawdą – na przykład wczoraj dogmat Trójcy był prawdą a dziś już nie do końca, bo równie prawdziwy jest monoteizm taki jaki wyznają mahometanie. Tak zmieniony Kościół katolicki zaczyna nauczać; z taką nową twarzą idzie do ludzi. Ludzie wiedząc o tym, że Kościół zmienia swoje prawdy, (że są one tylko poglądami, takimi jak wiele innych poglądów) nie zechcieliby słuchać tego, co akurat w tym momencie Kościół im przekazuje i ani trochę nie przejęliby się tym nauczeniem. Przecież to obecne nauczenie też może być zmienione, po co zatem zawracać sobie nim głowę? Przecież Kościół, jak sam mówi, nie naucza prawdy, tylko jakichś tam wykoncypowanych tez, jakich jest bardzo wiele innych – czemu właśnie tych mamy słuchać? Takie pytania zaczęliby zadawać ludzie, ale nie znalazłby się nikt, kto te wątpliwości rozwiał – są to bowiem wątpliwości na gruncie teologii liberalnej nierozwiązywalne. Ludzie zaś wiedzeni tymi wątpliwościami albo porzucą katolicyzm (bo ten miast prawdy o Bogu, zaoferuje im spekulacje teo-fantastów), albo sprowadzą go do zestawu przyzwyczajeń, obyczajów, odczuć, dla wielu katolików Chrystus stanie się bohaterem mitologicznym, jak Zeus. Najgorsze jednak, że taki liberalny Kościół nie miałby sposobu, by tego rodzaju zjawiskom zaradzać ani by je prostować. Bo niby jak mógłby to robić, kiedy sam uważa, że każda religijność jest równocenna, że dogmaty to tylko przykład koncepcji, jeden z całego zbioru różnych a równie dobrych?

Kazania to tylko popisy sztuki oratorskiej (bo każdy sam ustala, co jest grzechem, a co nie), katechezy (nie tylko te szkolne) to gadanina o tym, jakie akurat teraz poglądy mają teologowie; misje (niesienie katolicyzmu do miejsc, jak na przykład Japonia, gdzie jest on prawie nieznany) to zupełnie pozbawione sensu zajęcie w sytuacji, gdy się przyjmuje, że nie ma niczego, co byłoby w religii naprawdę prawdziwe albo że Bóg chce, by istniały też inne religie. Jak widać zatem zwycięstwo teologii liberalnej w Kościele oznaczałoby niemożność odgrywania przezeń jakiejkolwiek roli nauczycielskiej.

Warto też przyjrzeć się skutkom w relacjach Kościół – świat współczesny, gdyby Kościół stał się liberalny, na modłę Bartosiów, Obirków itd.

W świecie współczesnym galopująca sekularyzacja, czy może raczej dechrystianizacja jest zjawiskiem normalnym i niemal powszechnym. Pojawiają się i zyskują popularność książki takie jak „Bóg urojony” czy „Kod Leonarda do Vinci”, które starają się podciąć gałęzie, na jakich zbudowany jest gmach nauki chrześcijańskiej. Mówi się w nich, że Biblia to jakieś tam wymysły, że z Jezusem to nie było wcale tak, jak nas Kościół do tej pory uczył itd.

Liberalny Kościół nie może takim tezom nic zarzucić, nie może dać im żadnego odporu. Nie może, bo sam stoi na stanowisku, że Biblia jest niehistoryczna, bo sam dopuszcza wiele jej egzegez i to takich na „widzimisię”. Liberalny Kościół odrzuca „prawdziwą prawdę” (Platon ukuł pojęcie „rzeczywistej rzeczywistości” ja chyba mogę się na nim wzorować, dlatego mówię o „prawdziwej prawdzie”) na rzecz emocji, „doświadczeń”, dlatego może nawet zaakceptować to, co stoi w takich książkach, jak te dwie podane wyżej. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że z samego wnętrza Kościoła (oczywiście takiego liberalnego) płynie wsparcie i wzmocnienie dla procesów dechrystianizacyjnych i - szerzej - sekularnych.

Taki scenariusz chcą – może nawet nieświadomie – zrealizować katoliccy liberałowie. Jest to, jak już teraz widzimy, scenariusz dla Kościoła zgubny. Otóż głównym ośrodkiem medialnym w Polsce, który teologię liberalną propaguje jest właśnie Gazeta Wyborcza. Jest zatem jasne, że przez to sama Kościołowi szkodzi.

Wspomniałem o artykułach Bartosia o wywiadzie z nim, dam jeszcze jeden przykład tekstu z Wyborczej całkowicie w duchu teologii liberalnej: http://wyborcza.pl/1,76842,5796817,Na_biskupach_Kosciol_sie_nie_konczy.html.

 

Ad1a[rozwinięcie]Gazeta Wyborcza systematycznie działa na rzecz osłabienia autorytetu Kościoła.

 

Gdy wejdziemy na gazetowowyborczy dział religijny, czyli na Arkę Noego, pierwsze co spotkamy to takie teksty jak:

- Bunt proboszczów (http://wyborcza.pl/1,90705,6018064,Bunt_proboszczow.html)

- Gej klerykiem? Lepiej nie (http://wyborcza.pl/1,90705,6002750,Gej_klerykiem__Lepiej_nie_.html

- Proboszcz bał się obciachu http://wyborcza.pl/1,90705,5944482,Proboszcz_bal_sie_obciachu.html

- Antykoncepcja dzieli Kościół (http://wyborcza.pl/1,75515,5752125,Antykoncepcja_dzieli_Kosciol.html

 

Charakterystycznym rysem tych teksów i większości jakie publikuje Wyborcza o Kościele jest jakieś osłabianie i nadwątlanie tego, co orzekają przywódcy Kościoła, czyli biskupi i Stolica Apostolska. Znakomitym przykładem takiego właśnie postępowania mogą być fragmenty artykułu Bunt proboszczów – zacytuję je:

 

„W sierpniu na Jasnej Górze zanosiło się na sporą rewolucję w Kościele. Biskupi jednogłośnie stwierdzili, że sprawowanie urzędu proboszcza - tak jak dzisiaj - do emerytury (czyli 75. roku życia) to złe rozwiązanie. I czas na zmiany.”

 

Tak się ów artykuł rozpoczyna. Dalej czytamy:

 

„Ale w komunikacie końcowym ze spotkania Episkopatu w Częstochowie z zeszłego tygodnia o kadencyjności proboszczów nie ma już ani słowa (…)”.Dlaczego? Proboszczowie najzwyczajniej w świecie ogłosili bunt.”

 

Widzimy zatem, że wedle autorki tego tekstu biskupi zarządzili coś, a rzesze kapłanów nie dają posłuchu temu czemuś - co nazwane jest „buntem”. Słowo „bunt” sugeruje, że księża masowo i ostro powiedzieli „nie!” swoim zwierzchnikom, zwierzchnikom przecież mogło to być (i na 100% było) najzwyklejsze podzielenie się wątpliwościami. Artykuł ten zdaje się twierdzić, że Episkopat ugiął się pod naciskiem tego „buntu”.

Dalsza część tekstu cichaczem sugeruje, że w kościele jest jakiś antagonizm między gronem biskupów (episkopatem) a ogółem kleru:

 

„(…)tłumaczy: - Księża uważają, że to bez sensu, a biskupi na siłę chcą reform.

Jego zdaniem chodzi po prostu o to, że biskupi chcieliby mieć większą władzę nad proboszczami, niewygodni byliby szybciej usuwani.

Kościelni hierarchowie ripostują, że faktycznie kadencyjność da im większą swobodę w polityce personalnej. Teraz biskup niby też może zwolnić proboszcza z funkcji w dowolnym czasie, gdy nie sprawdza się na stanowisku. Korzystają z tego jednak w wyjątkowych sytuacjach (…)Proboszczowie z naszej diecezji odnoszą się do pomysłu sceptycznie, bo nie widzą w nim sposobu na rozwiązanie problemów duszpasterskich - rozkłada ręce ksiądz z Wrocławia. Podobnie uważają proboszczowie z Poznania i Warszawy, z którymi rozmawialiśmy.”

Tekst kończy się sugestią, iż ów antagonizm występuje w Kościele nie tylko na linii biskupi – „szeregowi” duchowni, ale też na linii biskupi – wierni; oto akapit z artykułu:

 

„Równie sceptycznie mogą na pomysł kadencyjności zareagować wierni, choć tych nikt o zdanie nie pyta. Parafianie w obronie swoich proboszczów potrafią jednak protestować niezwykle stanowczo. Pięć lat temu mieszkańcy Smogorzowa w obronie proboszcza usuniętego przez biskupa po oskarżeniach o alkoholizm posunęli się nawet do okupacji wrocławskiej kurii.”

 

Ten artykuł sprawia, że episkopat zaczyna kojarzyć się źle. Jest on ukazany jako ciało wydające decyzje autorytarne, przeciw którym występują wszyscy wokół.

Łatwo wyobrazić sobie skutki stałego czytania tekstów o Kościele, takich jak ów powyżej omówiony. A trzeba wiedzieć, że podobne rewelacje ukazują się w Wyborczej co dzień, czasem co drugi dzień, tak czy owak bardzo często.

Niechęć do orzeczeń, które proklamują Episkopat czy papież, do wielu rozporządzeń przez nich wydawanych, jest naturalną konsekwencją stałego obcowania z takimi, jak ten tekstami.

 

Zakończenie

Czy jest choć trochę dziwne, że na tle takiego stosunku do Kościoła, jaki omówiłem, a jaki Gazeta Wyborcza reprezentuje ojciec Rydzyk jest przez nią przedstawiany jako wcielenie złego?

Jeśli ktoś propaguje teofantazjowanie uderzające w doktrynę Kościoła, to jak ma nie niszczyć kogoś, kto propaguje najczystszą postać nauki katolickiej we wszystkich jej elementach? Jeśli ktoś propaguje teofantazjowanie, wedle którego „wszystkie religie są jednako prawdziwe i nieważne, którą się wyznaje” to jak ma nie niszczyć kogoś, kto daje przykład całkowitej wierności religii, jaką wyznaje i zachęca do tej wierności innych?

Jeśli ktoś stale podważa autorytet przywódców Kościoła to jak może być przychylny komuś, kto okazuje im najwyższy stopień posłuszeństwa dając przykład innym?

Jeśli ktoś nagłaśnia wszelkich polskich heretyków, to znaczy ludzi, którzy w swoim myśleniu weszli w konflikt z urzędami nauczycielskimi Kościoła, to jak może darzyć sympatią kogoś, kto nagłaśnia tych, którzy myśleli w zgodzie z tymi urzędami.

Jest chyba jasne, że ten drugi z „ktosiów” jacy pojawili się w tych pytaniach (czyli o. Rydzyk) nie szkodzi Kościołowi, ale właśnie go wzmacnia - szkodzi mu właśnie pierwszy z nich.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Polityka