Grzegorz Lepianka Grzegorz Lepianka
303
BLOG

Rozmowa z Bartoszem Józwiakiem, Prezesem UPR

Grzegorz Lepianka Grzegorz Lepianka Polityka Obserwuj notkę 0

Szef Unii Polityki Realnej komentuje wynik wyborów parlamentarnych. Przedstawia pomysł na budowę polskiej Partii Republikańskiej, ocenia że Jarosław Kaczyński nie ma szans na zostanie polskim Orbanem i docenia współczesną Rosję jako państwo, które może służyć do przechowania depozytu fundamentów tradycyjnych form władzy i wartości.

 

 

 - - - Panie Prezesie, Komitet Wyborczy Prawicy osiągnął w skali kraju 0,24 procent głosów. Nawet gdyby udało się zarejestrować listy na całym terytorium to i tak pewnie nie wystarczyłoby na wejście do Sejmu…

Aby odpowiedzieć na to pytanie muszę nieco rozwinąć wątek tych wyborów. Wynik, jaki osiągnęliśmy jest oczywiście bardzo słaby. Tylko, że on nie odzwierciedla faktycznego poparcia dla UPR i Prawicy RP. Nie jest wyznacznikiem rzeczywistej pozycji oraz siły obu ugrupowań. Wynika to z przyjętych w tej kampanii strategii. Otóż w momencie, kiedy stało się jasne, że KW Prawica nie zarejestrował list wyborczych w całym kraju, zdecydowaliśmy się na zaniechanie prowadzenia kampanii. Inwestowanie środków i sił na z góry przegraną walkę (brak list w całym kraju praktycznie uniemożliwia przekroczenie progu 5% oraz dostanie się do parlamentu), uznaliśmy za działanie niezasadne.

Tak więc te 0,24% to jest ewidentnie dolny próg poparcia, jaki KW Prawicy mógł uzyskać nie robiąc kampanii (pamiętajmy też, że od tego momentu popieraliśmy kandydatów z innych list, którzy mieli realne szanse reprezentować w Sejmie bliskie nam idee; i części z nich udało się do Sejmu dostać, np. Przemysławowi Wiplerowi czy Andrzejowi Jaworskiemu startującym z list PiS). Nas nie było w telewizji, radiu czy prasie. Nie inwestowaliśmy w plakaty, bilbordy oraz płatne reklamy. Skupiliśmy się na poparciu dla naszych kandydatów do Senatu i tu, jak można prześledzić, wyniki były znacznie lepsze. Co nie znaczy, że zadowalające, skoro jednak żadnego Senatora nie mamy. Wydaje mi się, że taka strategia, jaką przyjęliśmy była jak najbardziej słuszna, gdyż wynikała z tego, w jaki sposób rozumiemy rolę partii politycznej. Dla nas ważny jest realny udział w rządzeniu krajem, a nie jedynie promocja własnego logo czy też jakiejś postaci. Skoro więc ten najistotniejszy element był w tej kampanii nieosiągalny, to jakiekolwiek inne rozwiązanie byłoby stratą sił. Oczywiście inne ugrupowania stosowały inną taktykę.

I tak KNP postanowił zrobić kampanię, angażował się w wybory na 200%. Jego lider w zasadzie codziennie był w prasie, telewizji, radiu czy na internetowych portalach. Skupiono się wokół tematu nieuczciwego i bezprawnego działania PKW, co było tematem bardzo nośnym, a kierunek słuszny. Ale efekt tej męczącej walki był równie słaby. Po rzuceniu wszystkich sił na barykady, udało się zebrać zaledwie 1% głosów. To mnie utwierdza w przekonaniu o słuszności naszej decyzji. Nie oszukujmy się, wynik na poziomie 0,24 czy 1 % jest bez znaczenia. Są to osiągnięcia beznadziejne, sytuujące się wyraźnie poniżej błędu statystycznego. Czyli cała akcja wyborcza w przypadku drogi obranej przez KNP poszła można by powiedzieć jak para w gwizdek. I proszę mnie źle nie zrozumieć. Ja nie zamierzam krytykować KNP. Podjęli walkę, włożyli w nią dużo sił i pewnie serca. Tu pełna zgoda. Ja chcę jedynie pokazać na ich przykładzie, gdyż kampania KNP była bardzo konkretna, że i tak nic to nie mogło dać. Ktoś jednak musiał to sprawdzić, abyśmy mieli pewność, że tak jest. Nasze założenie było teoretyczne.

Warto sobie zadać pytanie, kiedy w takim razie doszło do przegranej polskiej prawicy? Oczywiście w momencie nie zarejestrowania list w całej Polsce. To był moment, który zamknął wrota do Sejmu i nic już nikomu nie mogło pomóc. Trzeba zastanowić się nad tym, dlaczego nie udało się zarejestrować tych list? To jest oczywiście wynik zaistnienia wielu zjawisk. Od fatalnej ordynacji wyborczej, przez łamanie prawa przez PKW czy utrudniające działania Namiestnika Komorowskiego (wakacyjny, a do tego bardzo krótki termin zbierania podpisów), po ogólne zniechęcenie społeczeństwa do aktywności wyborczej. Nawet tak nikłej jak podpis na liście. Jeszcze nigdy, podpisów nie zbierało się tak trudno. Tyle, że to nie może być usprawiedliwienie, gdyż, może po za czynnikiem społecznym, trudnym do oszacowania wcześniej, wszystkie inne były każdemu znane. Decydując się na start w wyborach, wiedzieliśmy, na jakich, niedogodnych warunkach przyjdzie nam rywalizować. Musimy więc najpierw poszukać istotnych przyczyn porażki w samej organizacji zbiórki podpisów, logistyce czy ogólnie sile partii prawicowych.

Krótko mówiąc na własnych podwórkach. Moim zdaniem, wbrew opinii niektórych, zbiórka podpisów wcale nie jest banalnie prostą czynnością. Gdyby tak było, to wszyscy byśmy tego dokonali. Jest to bardzo trudne zadanie i jeden z istotniejszych elementów wyborczej strategii, która miała docelowo właśnie doprowadzić do tego, że już nie tylko prawica w wyborach nie będzie wygrywała, ale nie będzie nawet dopuszczana do tych wyborów. I owo założenie ustawodawców okazało się słuszne. Niestety nie zdołaliśmy tej przeszkody przeskoczyć. Ważne jest, przynajmniej w przypadku UPR, że dziś wiemy choć gdzie sami popełniliśmy błędy i co trzeba zrobić aby ich więcej nie było. Wiemy też, jaka siła jest potrzebna aby start wyborczy miał szansę realnego powodzenia. A to już duża zaliczka na przyszłość.

Zaś, co do szacowania, co by było gdybyśmy mieli zarejestrowane listy w całym kraju, to trudno jest dokonać takiej oceny. Pamiętajmy, że już samo nie posiadanie takich list skutkuje utratą, co najmniej ¾ wyborców (na zasadzie: „i tak nie mają już teraz szans”). Ja osobiście liczę, że spokojnie mogliśmy liczyć na 5-6%, a w sytuacji najgorszej na 3-4%. I na tyle samo maksymalnie mogła liczyć każda partia prawicy. Na nic więcej. Ale to i tak było by świetne osiągnięcie dla partii pozaparlamentarnych.

Warto zaznaczyć, iż my nie stawialiśmy wszystkiego na jednej szali. W czas wyborczy UPR, była ciągle w trakcie przebudowy i porządkowania. Od początku naszego zarządzania partią zakładaliśmy, że jest ona szykowana dopiero na kolejne wybory. I z tego powodu w UPR nie ma jakiegoś wielkiego rozczarowania. Nie ma powodów do radości ani pełnego spokoju, ale niema też i do załamywania się. Wiemy gdzie jesteśmy oraz ile pracy nas czeka, dlatego spokojnie dalej będziemy systematycznie wypełniali postawione sobie, na lutowym Konwencie, zadania. Dziś już mamy załatwione ostatecznie sprawy w Sądzie, mamy nowe władze, uporządkowaliśmy sprawy finansowe i lokalowe, mamy nowy program (który doprecyzujemy w ciągu 2 miesięcy), a wybory świetnie zweryfikowały stan struktur i przydatność poszczególnych osób.

Kończąc powiem tylko, że realnie największym przegranym w tych wyborach na prawicy jest chyba PJN. UPR, Prawica RP czy KNP, w zasadzie utrzymały status quo, jeśli chodzi o swoją pozycję i wpływ na realną politykę. Mają one już duże doświadczenie w funkcjonowaniu po za parlamentem. Ale sejmowe ugrupowanie, jakim był PJN znalazło się w bardzo trudnej sytuacji (po za Sejmem, bez pieniędzy itd.). To jest upadek z bardzo wysokiego konia i sytuacja, w której liderzy tego ugrupowania jeszcze zdaje się nie byli. Dla Prawicy, UPR czy KNP wiele się nie zmienia. Można to opisać tak, że po raz kolejny pociąg odjechał bez nas i dalej musimy iść pieszo. Jedyna różnica, że tym razem nie wpuszczono nas nawet na peron. Czyli dalej idziemy pieszo, musimy jednak szybko coś wymyślić, bo od tego ciągłego marszu mocno już zdarliśmy podeszwy. Gorzej jest z PJN, gdyż oni zostali z tego pociągu wyrzuceni w biegu na tory. Są trochę w szoku, mocno poobijani, a niektórzy muszą jeszcze pomyśleć jak zapłacić za bilety, gdyż te były kupione na kredyt. Ale najważniejsza informacja dla nich jest taka, że jednak żyją. A to daje możliwości w przyszłości. Powiem więcej. W efekcie to wszystko może być dla nich i dla całej prawicy bardzo korzystne. Trudno nam jeszcze coś stracić, trudno też będzie dziś komuś pokazywać swoją wyższość. A to powinno pozwolić na łatwiejsze rozmowy o budowie jednej, dużej federacji partii prawicowych na przyszłe wybory. W tym przypadku gremialna pobrząka powinna o dziwo ułatwić kontratak prawicy. Trzeba to tylko zrobić mądrze, spokojnie i solidnie.

- - Współpraca UPR i Prawicy Jurka będzie kontynuowana?

Dziś polska prawica przypomina trochę luźne, chaotycznie poruszające się atomy. Pojedynczych ludzi, z których każdy dźwiga heroicznie jakąś część do samochodu: jeden silnik, drugi koła, trzeci karoserię, czwarty kierownicę i beczkę z paliwem. A gdyby się porozumieli to zamiast się męczyć indywidualnie, jechaliby wspólnie złożonym z tych wszystkich części autem. Innymi słowy, jest potencjał, tylko rozproszony. KW Prawica w tych wyborach był taką próbą zebrania tego potencjału. Udało się złożyć karoserię i koła, więc łatwiej było podążać, gdyż można było już pchać swój bagaż na kołach zamiast go dźwigać na plecach. Ale nie udało się zamontować silnika i wlać benzyny. Stąd ten krok był w efekcie niewystarczający.

Staram się mieć stałe poglądy. Przed wyborami mówiłem, że projekt KW Prawica, ma być prologiem do budowy szerokiego bloku prawicowego. Wstępem do stworzenia silnej federacji wielu partii i zbudowania realnej siły na prawicy. Oczywiście sukces w tych wyborach mógł ten proces uczynić prostszym i go przyspieszyć. Ale skoro wszyscy przegrali, to jak mówiłem wyżej, warunki do rozmów prowadzących do realizacji omawianego planu są nie najgorsze. Najtrudniej jest rozmawiać w sytuacji, gdy mamy jednego hegemona i kilku drobniejszych udziałowców, albowiem w takiej sytuacji już na starcie istnieje duża pokusa do dominacji jednego podmiotu. Dziś nie ma na prawicy takiego hegemona, więc rozmowy powinny być łatwiejsze. UPR jest gotowa do kontynuowania procesu konsolidacji sił prawicowych. Rada Główna UPR wydała nawet, w minioną sobotę, stosowną uchwałę zobowiązującą Prezesa UPR oraz Prezesów Okręgów do podjęcia takich działań. Teraz dobra wola musi być wyrażona przez inne ugrupowania. Bardzo ważne dla osiągnięcia sukcesu jest, aby poszczególni liderzy zrozumieli, że sami w sobie nie są „brendem” dającym szanse na zwycięstwo i odkładając na bok własne ambicje postarali się skupić na sukcesie prawicy dla Polski. Wtedy spokojnie zbudujemy i wspólny program i wspólną strategię. A to już duży krok do sukcesu. Czasu jest wystarczająco dużo. Następne wybory z 3 lata. Byleby tylko nie marnować go tkwiąc w stagnacji i wierząc kolejny raz w cud samodzielnego sukcesu.

- - Zakłada Pan możliwość zjednoczenia obu partii?

W aktualnej sytuacji myślę, że wszystkie ugrupowania, choć solidnie poobijane, powinny jednak spokojnie funkcjonować jeszcze samodzielnie, konsolidując najbliższe im ideowo środowiska. Ale jednocześnie muszą szybko stworzyć nadrzędną formę współpracy. Federację ze wspólnymi dla nich wszystkich władzami (być może opartymi o zespół stworzony przez prezesów ugrupowań członkowskich, podejmujących wspólne decyzje z prawem veta dla każdego?), która byłaby już gotowym komitetem wyborczym na kolejne wybory. Władze tego tworu, już dziś budowałyby program i strategię, a wszystkie partie wyraźnie reklamowały markę tej federacji w społeczeństwie. To powinno pozwolić na to, aby za 3 lata był to rozpoznawalny „brend”, z wyrazistym, popularnym programem. Przecież w konsekwencji chodzi nam o zdobycie władzy i przeprowadzenie najważniejszych reform ratujących kraj. W szczegółach i sprawach trzeciorzędnych nie musimy być zgodni w 100%. Ważne abyśmy mieli te same imponderabilia i pełną wolę działania dla programu. Nawet kosztem własne promocji.

Dopiero w przypadku zaistnienia sukcesu takich działań (sukcesem może być w tym przypadku choćby dobry odbiór społeczny stworzonej federacji i poparcie społeczne; nie trzeba czekać do weryfikacji wyborczej), słusznym wydaje się dokonanie ewentualnego zjednoczenia i przekształcenia federacji partii w jedno, kilku nurtowe ugrupowanie. Ale zaznaczam, że nie jest to konieczne.

- - „Federacja ze wspólnymi dla nich wszystkich władzami”. W założeniu przypomina mi to formę Akcji Wyborczej Solidarność.

Coś w tym jest. Jak byśmy spojrzeli na dokonania AWS-u to chyba nikt wcześniej i nikt później nie podjął się tak wielu prób reformatorskich. Możemy się z nimi nie zgadzać, ale nie zmienimy faktu, iż tylko wtedy odważono się na próbę reformowania najbardziej drażliwych dziedzin: ochrona zdrowia, szkolnictwo itp. Tylko, że projekt AWS, był zdecydowanie źle ułożony pod względem doboru podmiotów i w konsekwencji mało wyrazisty ideologicznie. Trudno np. pogodzić idee związkowe, z budową państwa opartego na wolnym rynku. W zasadzie była to więc dość luźna masa, niekiedy sprzecznych pomysłów. I w dalszej perspektywie nie została poprowadzona właściwymi torami. Projekt AWS na własne życzenie przegrał kolejne wybory i upadł, gdyż nie było tam spójności wokół programowego credo. Czyli nie było trwałego zwornika.

Jednak sama idea budowania szerokiego porozumienia różnych partii o zbliżonych programach i ich wspólny start w wyborach jest słuszna. Ja bym to o czym rozmawiamy porównał jednak raczej do amerykańskiej Partii Republikańskiej niż do AWS. To jest najlepszy przykład współistnienia szeregu różnych poglądów i organizacji: libertarianie, neokonserwatyści, paleokonserwatyści itp., ścierających się z sobą w merytorycznych dyskusjach, ale startujących w wyborach pod wspólnym szyldem i w pełnej zgodzie. Bo najważniejsza dla nich jest realizacja swoich programów, a to daje jedynie wygrana wyborcza Partii Republikańskiej (takiej właśnie federacji). Każdy sam nie ma na tyle sił aby tego dokonać.

Polska prawica wykorzystała już chyba wszelkie konfiguracje startów wyborczych. Teraz zdaje się pozostał już tylko ten jeden, który musi dać efekt.

- - Jakie środowiska Pańskim zdaniem powinny wejść do tej Federacji partii?

Wszystkie, które są w stanie wpisać na sztandarach hasła: wolności gospodarczej, stania na straży cywilizacji łacińskiej (a więc konserwatyzmu światopoglądowego), Polski suwerennej oraz rozumiejący konieczność odbudowania myśli geopolitycznej w polskiej polityce zagranicznej (dziś może to być np. działanie w kierunku budowy wspólnoty państw środkowoeuropejskich – od Bałtyku po Bałkany – z Polską aspirującą do roli lidera; to podstawa do uzyskania siły niezbędnej do reprezentowania naszych stanowisk w Europie). A więc konserwatywne i konserwatywno-liberalne, Muszą to być ugrupowania, które nie boją się zburzyć aktualnego, chorego systemu politycznego i ekonomicznego panującego w Polsce i zbudowania nowego, zdrowego.

Tak więc to spektrum może być dość szerokie. Tak dziś można wymienić: UPR, Prawicę RP, PJN, KNP, ale to nie musi być lista zamknięta. Tylko musi być taka wola. Czas pokaże czy te moje teoretyczne wizje wypełni realna treść.

- - Jak odbiera Pan sytuację Prawa i Sprawiedliwości. Partia Jarosława Kaczyńskiego dysponuje największym opozycyjnym klubem parlamentarnym. Ale bez szans na władzę…

Można na to patrzeć z kilku perspektyw. Z jednej strony, Jarosław Kaczyński na tym wygrał. Przed samą ciszą wyborczą rozważałem w tekście zamieszczonym na portalu www.rebelya.pl, różne, alternatywne możliwości rozwoju sytuacji i wspominałem, że istnieje prawdopodobieństwo, że PiS będzie grał na porażkę w tych wyborach. Co prawda dla pełnego sukcesu powinna ona być mniejsza (1-3 punkty procentowe), ale takie rozwiązanie dawała szansę uniknięcia wszystkich możliwych pułapek zastawionych przez PO oraz swoistego uniknięcia z rzeczywistością barku zdolności koalicyjnych PiS. I dlatego uważam, że jeśli było to planowane to wykonano plan w stopniu dobrym minus (za duża porażka) i zostawiono PO z ich „pasztetem”. Ale równie dobrze, to PO mogła pójść na całość, gdyż Donald Tusk doszedł do wniosku, że jego nastawione na stołki zaplecze nie wytrzyma 2 lat (bo kadencja byłaby prawie na pewno krótsza) bez profitów i Platforma może zacząć pękać. Toż to typowa, bezideowa partia władzy dla samej władzy i płynących z niej zysków.

Z drugiej strony, ta porażka wpycha jednak Polskę w szpony PO i w konsekwencji w zasadzie gwarantuje pewną klęskę finansów państwa, systemu emerytalnego, polityki zagranicznej itd.. W tej sytuacji raczej spadniemy w przepaść gigantycznego kryzysu wywołującego niepokoje społeczne na tle ekonomicznym. A więc jednak przegrana PiS, mimo, że dobra dla samej partii, jest gorszym rozwiązaniem dla Polski. To zaś niekoniecznie dobrze jest odbierane w przypadku tak silnie podkreślającej swoje oddanie państwu.

I po trzecie (założenie nie wykluczające ani z pierwszym ani z drugim) Jarosław Kaczyński, padł ofiarą polityki swoich doradców i oczywiście swojej własnej. Zamiast budować sobie przezornie potencjalnego koalicjanta po prawej stronie, a skutecznie zwalczać wszelkie twory na lewicy oraz PO, zdecydował się najpierw na niszczenie jakiejkolwiek konkurencji po prawej stronie (nie wiem z czego to wynika? Może z obsesyjnego strachu o swoją pozycję czy też wmawianie ludziom, że nie ma dla niego alternatywy? Tylko, że to były by bardzo błędne podstawy działania). W konsekwencji został sam na placu boju, bez możliwości koalicyjnych. W sejmowym towarzystwie Palikota, który nie da żyć PiS, wywołując kolejne spory o charakterze ideologicznym. To jest zresztą świetny sposób na odwrócenie uwagi opinii publicznej od spraw gospodarczych i systemowych. Te spory będą dotyczyły spraw sumienia, życia ludzkiego itp. Nader ważnych dla ludzi tematów, w wyniku czego toczyć się będzie niezwykle ostra i emocjonalna walka, a w tym czasie Donald Tusk będzie spokojnie „harcował” w naszych finansach, podatkach, szkołach, emeryturach itd.

Tym samym Jarosław Kaczyński sam sobie otworzył nowy front i teraz będzie musiał walczyć za kilku, rozczłonkowując siły, jak też robiąc wrażenie kłótliwego (tak na 100% PO będzie sprzedawała walkę PiS o sprawy jak najbardziej, z pomocą niezawodnego posła Niesiołowskiego – „chodzącej mowy nienawiści”). A przezorna polityka mogła doprowadzić do tego, że można było mieć do tego stosowną pomoc. Nie twierdzę, że PiS tej walce nie podoła. Ale będzie mu znacznie trudniej niż w poprzedniej kadencji, a i w tamtej różowo nie było.

Myślę, że problem polega na tym, że przywódca PiS nie umie jednoczyć, nie ma zdolności przyciągania różnych środowisk i budowy szerokiego obozu zmian. Z drugiej strony wygląda na to, że jednak nie chce On kompletnej likwidacji aktualnego systemu i budowy nowego, zdrowego. A bez tego nic nie można zrobić, gdyż aktualny system jest nie do naprawy. Jest tu pewna brzemienna w skutki niekonsekwencja. Dlatego zapewne Jarosław Kaczyński nie będzie polskim Orbanem. Chyba, że zmieni sposób myślenia i koniecznie doradców (Panowie Hoffman i Lipiński gwarantują tylko porażkę w takich planach jakie może snuć Prezes PiS).

- - A tymczasem największą negatywną niespodzianką tych wyborów jest wejście do sejmu partii Palikota.

To jest rzeczywiście duży problem i zapewne jakieś zaskoczenie. Choć co do zaskoczenia, to bym nie przesadzał. Myśmy raczej próbowali zaklinać rzeczywistość, a już „hunowie z Dominika Tarasa” pokazali, jaka jest twarz dużej części społeczeństwa III RP. Że ma ona kształt „świńskiego ryja” czy „gumowego penisa”. I tu muszę zrobić drobną uwagę, że największym grzechem niektórych ludzi polskiej prawicy, były próby „cywilizowania” Palikota i jego partii, po przez wspólne marsze, konferencje, debaty itd.. Mleko się już oczywiście rozlało, ale chciałbym, aby zrozumieli, że popełnili błąd. Moim zdaniem nic, żadne wspólne punkty programowe czy poglądy gospodarcze, nie usprawiedliwiają promocji, nawet nieświadomej, tego typu libertyńskich ugrupowań.

Niezależnie od tego, oczywiście wszyscy przespali ostrzeżenie z Krakowskiego Przedmieścia, gdzie pijane hordy barbarzyńców pokazały prawdziwą twarz pokolenia ukształtowanego przez „wartości” III RP. To były „dzieci” Tuska i Komorowskiego. „Dzieci” Michnika i Mazowieckiego. To efekt inżynierii społecznej prowadzonej przez nieodpowiedzialnych znachorów. To PO, z jej wulgaryzacją języka (Niesiołowski, Palikot), schamianiem debaty publicznej, cynizmem i zniszczeniem polityki, jako służby z całym jej etosem, ponosi pełną odpowiedzialność za ten „prezent dla Polski”. To Donald Tusk jest ”politycznym ojcem” Janusza Palikota. To jego uśmieszki oraz brak reakcji i kręgosłupa moralno-etycznego przyprawiły nam ten garb. O specjaliście od owadów, który wręcz ocieka nienawiścią, wulgaryzmem i brakiem elementarnej kultury, nawet nie wspomnę. To Hanna Gronkiewicz-Waltz popierając wraz z Donaldem Tuskiem i Bronisławem Komorowskim warchołów na Krakowskim Przedmieściu stała się „polityczną matką chrzestna” tego, co dziś mamy w Sejmie (i ta kobieta jeszcze ma czelność nazywać się konserwatystką; ogarnia mnie pusty śmiech).

To, co się stało w tych wyborach to dramatyczne, ale możliwe do przewidzenia konsekwencje libertyńskiej doktryny postrzegania świata i ludzi. Społeczeństwo bezideowe, jakie było marzeniem i celem UD, UW KL-D, PO, SLD dziś już funkcjonuje, a efekty tego funkcjonowania jeszcze nie raz będą napawały nas strachem. Dlatego tak ważne jest podjęcie już dziś walki o odwojowanie „rządu dusz”. O to, aby nadchodzącym, kryzysowym buntem społecznym, którego efektem będzie wyjście ludzi na ulice zdołali pokierować ludzie prawicy, którym zależy na odbudowie tradycyjnych wartości i dźwignięciu zrujnowanego kraju.

Smutne jest w tym wszystkim to, że ponad milion ludzi traktuje sprawy polskie jak zabawę. Żartuje ze spraw śmiertelnie poważnych. To jak chichot diabła nad ludzką naiwnością. Tak, uwierzono już, że on nie istnieje. Szokuje mnie to, że w zamian za chwile wątpliwej przyjemności można wyzbyć się przyrodzonych człowiekowi wartości,. Fundamentów wyjątkowości istoty ludzkiej. To już nie jest niewinny żarcik, czy zwykła głupota. Mamy do czynienia z permanentną patologią nieodpowiedzialności za przyszłość. Dlatego ci ludzie są już straceni. Walczyć trzeba o innych. Szczęśliwie ciągle jeszcze o większość.

Nie traktujmy Palikota, jako jeźdźca apokalipsy, to nie ten kaliber. Sądzę, że Bóg nie pozwoli, aby to się tak głupio skończyło. Ale uznajmy to, co się stało, za wyraźne ostrzeżenie, dokąd dojdziemy idąc tą drogą.

- - A może sukces Palikota to dowód, że polskie społeczeństwo się zmienia i nie ma już w nim miejsca na konserwatywne wartości i chrześcijańską wrażliwość?

Nie. To są wartości ponadczasowe. Problem w tym, że dziś odbijają się nam czkawką kolejne lata psucia ludzi. Lata budowy społeczeństwa na przekór logice. Ten proces był i jest realizowany od wielu lat. Winą prawicy jest to, że ten rząd dusz przegrała, że jednak oddała pole różnego rodzaju lewakom. Barbarzyńcom kulturowo-moralnym.

Rzeczywiście konserwatyzm dziś w Polsce jest w odwrocie. Tylko, że wina polskich polityków prawicowych jest w tym aspekcie jedynie częściowa. Kiedyś konserwatyzm mógł się, choć opierać na Kościele. A dziś? Wielu hierarchów i tzw. „księży inteligentów” prędzej utuli i poprze niszczącego Biblię Nergala (vide ks. Boniecki) czy ociepli wizerunek Palikota (vide Bp. Pieronek). Żyjemy w czasach, w których duża część hierarchii kościelnej i niektórzy księża zaparli się Chrystusa i jego wiary (żeby nie powiedzieć, że go najzwyczajniej zdradzili idąc na kompromis z modernistycznym światem konsumpcjonizmu). I gdzie ma w takiej sytuacji znaleźć oparcie konserwatysta? Katolików tradycji nazywa się sektą (wypowiedź pewnego prałata z mojej rodzinnej Wrześni), a prawicę konserwatywną oszołomami. Może i nadchodzi czas katakumb, ale jeszcze możemy temu zapobiec.

Cywilizacja łacińska jeszcze ma na tyle sił, aby przetrwać kryzys i się odrodzić. Musimy jednak zbudować nowe pokolenie. To z Krakowskiego Przedmieścia jest już, jak wspominałem, stracone, bo wychowali je ignoranci oraz wichrzycie z pokolenia lat 60-tych. Nie oczekujmy, że nowi Kolumbowie narodzą się sami z siebie. Na tej ideowej pustyni. Przed nami czas wielkiej pracy u podstaw. Na przekór modernistom. Kiedy rok temu Lech Jęczmyk ogłaszał w Lądku Zdroju, w ramach kolejnego Sympozjonu tezę, że miejscem przetrwania elementarnych form tradycji i cywilizacji zostanie Rosja, coś się we mnie buntowało, nie zgadzałem się z tym jednoznacznie.

Ale po roku, kiedy czytam jego nową książkę, mimo, że jeszcze się buntuję, to zaczynam się jednak zastanawiać, czy ta, na pozór kompletnie fantastyczna teoria, nie jest prorocza? To nie będzie tradycja naszych marzeń, ale jako inkubator pewnych fundamentów cywilizacyjnych może być skuteczna. Dlatego moim zdaniem mamy (my ludzie związani z tradycja Europu łacińskiej) ostatni dzwonek na przebudzenie. Dziś już nie możemy szukać oparcia gdzieś obok. Każdy z nas musi sam zacząć pracować na sukces. I być gotowym na ciosy z najbardziej nieprzewidzianych kierunków. Na strzały w plecy. Takie są czasy „postwszystkiego”.

Konserwatyści dziś są w Polsce w sytuacji w jakiej byli obrońcy cywilizacji europejskiej opisani przez Jeana Raspail w jego świetnej książce „Obóz świętych”. Musimy spodziewać się „buntu mas”. Kolejnej rewolucji. I tu jest nasza rola: mamy tak pokierować tym buntem, aby stał się iskrą kontrrewolucyjną. Inaczej musimy się liczyć z „wiekami ciemnymi”. Z „quasi robespierrowską epoką terroru”, którą tak świetnie opisała moja koleżanka z Instytutu Archeologii UG Monika Milewska w swej książce” Ocet i łzy” (moim zdaniem lektura obowiązkowa dla każdego, kto chce zrozumieć całe zło rewolucji).

- - Rosja opoką tradycji i cywilizacji?

Brzmi niewiarygodnie prawda? Ale jest to pewna warta refleksji koncepcja alternatywna. Dla przechowania depozytu fundamentów tradycyjnych form władzy czy nawet wartości, które z putinowaską Rosją nie maja wiele wspólnego, nie potrzeba rozgadanego, rozfilozofowanego, dekadenckiego społeczeństwa zachodu. W takich warunkach nie da się już niczego przechować. Ale wystarczy do tego dość proste w formie, ale dzięki temu odporne na wszelkie głupie nowinki, twardo rządzone państwo. To może, ale nie musi być miejsce gdzie uchowa się najwięcej elementów tradycyjnego świata. Zupełnie zresztą bezwiednie.

Nie skupiajmy się jednak na tym temacie, gdyż są to rozważania na zupełnie osobna dyskusję o podstawach cywilizacji i formach jej aplikacji, której wiele aspektów miałoby charakter futurologiczny. A dziś chodzi na jednak o realia.

- - Mówi Pan o pracy u podstaw. Ale jak to zrobić skutecznie. Idee konserwatywne przegrywają z Nergalem i Palikotem. A pokolenie 99% na Zachodzie Europy i w USA domaga się obalenia szczątkowego kapitalizmu i zastąpienia go bardziej sprawiedliwym systemem interwencjonizmu. Dokąd to zmierza i jak to powstrzymać?

Pamiętajmy, że nic tu nie dzieje się spontanicznie, nawet, jeśli impuls i faza początkowa jakiegoś ruchu, czy protestu ma takie znamiona, to natychmiast jest przejmowana „pod opiekę” przez stosowne grupy zajmujące się obroną status quo i panowaniem nad refleksją społeczną. Zobaczmy jak tzw. protest oburzonych przebiegał Polsce. Kto tam był? Żakowski, Kalisz w złotym Jaguarze, ludzie Palikota i dzieci z wyjątkowo zindoktrynowanego liceum kierowanego przez Panią Blumsztein. Przecież to wręcz klasyczni ludzie systemu, z którym teoretycznie oburzeni chcą walczyć?

A głoszone hasła: refundacja in vitro, legalizacja aborcji, wyrzucenie religii ze szkół itd. Gdzie te postulaty socjalne i antysystemowe? Nie ma, gdyż to nie był żaden rzeczywisty protest tylko kontrolowana ustawka, mająca na celu upuścić społecznego ciśnienia i skanalizować ewentualny bunt mas (podobnie zresztą dzieje się w Europie, gdzie decydenci z UE już postanowili upuścić ciśnienia ze społecznego balonu i wskazać bezpieczny dla siebie kanał dla protestów). Zawładnięto nim za pomocą wyuczonych pustych frazesów dzieci, które dzięki swoim rodzicom są w szkole kształtowane na bezrefleksyjne narzędzia w ręku lewacko-libertyńskich inżynierów dusz. To nie jest obraz młodzieży polskiej. To zakłamana wizualna agitka, rodem z najciemniejszych czasów stalinowskich. Dlatego Nergal i Palikot, są raczej nachalnie wciskanym młodzieży symbolem, a sterowana i wytresowana grupa indoktrynowanych młodych ludzi ma uwiarygodniać zachwyt na chamstwem i wulgarnością. Ale ta młodzież odpłaci swoim indoktrynerom. My po prostu chrońmy nasze dzieci i uświadamiajmy młodych, jakiego matactwa ich kosztem próbuje się dopuścić grupa lewicowych „inżynierów dusz”.

I na koniec pamiętajmy o jednym, jakakolwiek wiara w biurokrację i pełną możliwość zaklinania rzeczywistości, jakiekolwiek dewiacje ideologie oraz oszołomskie lewicowe projekty antyspołeczne, nie wygrają ze światem realnej ekonomii. Kiedy skończą się pieniądze, kiedy nastąpi załamanie się giełdy, ludzie stracą swoje oszczędności i emerytury, wtedy opadnie zgrana maska lewackich demagogów i ekonomicznych indolentów z UE oraz naszego rodzimego podwórka.

A nastąpi to szybko, gdyż w sferze finansów zrobiono wszystko, co można było, aby system się załamał (antyekonomia i partactwo, było od wielu lat dominującym kierunkiem działania). I wtedy nie pomoże zaklinanie rzeczywistości, a ten wyhodowany, bezrefleksyjny narybek libertynów sam powiesi swoich nauczycieli. Nikt nie wygra z walką o byt. Musimy przygotować się do tego, aby ten krach szybko został opanowany i powstały chaos uładzony w takiej formule, która pozwoli budować państwo normalne, a nie lewacki, wirtualny i szkodliwy projekt społeczny stanowiący emanację marzeń sennych chorych umysłów.

Nie należy się bać, ale realnie oceniać zagrożenie i starać się je zlikwidować. A więc ważna jest ta spokojna i mozolna praca nad nowym pokoleniem.

 

Rozmawiał Grzegorz Lepianka 

Polecam e-booka: Konserwatysta w postkonserwatywnym świecie https://www.e-bookowo.pl/publicystyka/konserwatysta-w-postkonserwatywnym-swiecie.html grzegorz.lepianka.interia.pl

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka