Halo Halo
1009
BLOG

Poldek mnie pobił i co z tego wynikło

Halo Halo Rozmaitości Obserwuj notkę 27

22 czerwiec br. Podążam przez osiedle na zakupy do marketu. Z naprzeciwka idzie powolnym krokiem, ze zwieszonym łebkiem, jakby w depresji łaciaty, brudny, zabiedzony kot. Mija mnie. Jest poraniony.

- Kotku… - mówię do niego cichym głosem zatrzymawszy się – jaki ty biedny jesteś, chory, słaby… kiciuniu… chodź do mnie…

Kucam, wyciągam powoli rękę. Kot również się zatrzymuje i spogląda na mnie ze smutkiem.

- Kuciu… z tobą trzeba iść do lekarza, żeby ci pomógł… przecież sam możesz sobie nie poradzić. Trzeba się tobą zaopiekować. Chciałbyś mieszkać w moim domku?  Podejdź kiciu… Kiiici kici kici…

Odchodzi. Yhhhh… jest dziki. Nie da się wziąć – myślę – No cóż… przecież nie będę za nim ganiać i na siłę zmuszać…

Po powrocie opowiedziałam mamie o spotkaniu, opisałam kota i wyraziłam żal. Pewnie zdechnie niedługo gdzieś w krzakach.

Następnego dnia wczesnym popołudniem mama woła z kuchni:

- Ola… chodź no coś zobaczyć.

Wyglądam przez okno. Po trawniku blisko naszej klatki schodowej przechadza się kot. Kładzie się na środku, zwija w kłębuszek… podchodzi pies, obwąchuje go… kot nie reaguje.

- Mamo! To on! To ten kotek! Przyszedł prosić o pomoc! Przemyślał sprawę i dziś się stawił! Ale jaki mądry, że odnalazł miejsce, gdzie mieszkamy! Przecież spotkałam go dwa bloki dalej… tam... Skąd wiedział jak trafić? Idę do niego. Trzeba go wziąć.

- Oj daj spokój, zaraz pewnie pójdzie, nie zdążysz… poza tym jest dziki, nie da się złapać, pogryzie cię…

- Trzeba spróbować. Dam mu najpierw miseczkę z jedzeniem, a jak się naje, to wezmę na ręce. Stój w oknie i obserwuj. Gdy go będę miała na rękach – zejdź na dół z kontenerkiem. Nie można go tak zostawić. On wyraźnie prosi o pomoc.

Nie słuchałam dalszych wizji katastroficznych i narzekań mamy. Naszykowałam jeść, pośpiesznie wyszłam na zewnątrz. Podchodzę wolno, cichutko, stawiam miseczkę… Zjada. Podczas jedzenia głaszczę go jednym palcem po łebku. Przemawiam szeptem czule… Zjadł do czysta.  Biorę go pod paszki…

O rzesz kurcze co za atak w jednej chwili! Zęby, pazury, cztery łapy… ręka ocieka mi krwią. Hmmm… czego mogłam się spodziewać? Szybko do domu zalać rękę Domestosem. To najlepszy środek odkażający. Zabija wirusy, bakterie, grzyby i kamień z muszli klozetowej – jak to mówili w reklamie. Zabije wszystko ze śmietnika, co kiciuś miał pod pazurami. Dobra. Zabieg wykonany. No ale… co teraz? Jak go złapać?

Dzwonię do zaprzyjaźnionego gabinetu weterynaryjnego. Przedstawiam sprawę. Lekarz radzi zadzwonić na Ekopatrol, bo oni mają specjalne siatki i sprzęt do łapania dziczyzny. Pytam, czy jak go już będę miała w kontenerku, czy podjąłby się leczenia brudaska?

- Nie! Nie! Proszę pani, ja nie mam sprzętu unieruchamiającego. A kot proszę pani, to jest taka bestia, że nie da sobie pomóc! Bo koty są takie z natury. Trzema łapami jest na tamtym świecie, a jeszcze potrafi walczyć jak wariat i człowiekowi krzywdę zrobić. Nie! Musi pani go zawieźć do specjalnej lecznicy, w której leczą dzikie, bezdomne zwierzęta. Trzy są takie w Warszawie.

- A takich grubych rękawic do łokci pan nie ma, to ja bym go trzymała a pan obejrzał – pytam - On przecież nie będzie długo walczył bo jest wycieńczony i słaby.

- Nie! Mówię pani, że to nic nie da!

No tak – myślę. Odwaga współczesnych mężczyzn i ich zdolność do stawiania czoła problemom. Cóż… umiesz liczyć – licz na siebie. Dzwonię do specjalnej lecznicy, która leczy dzikie bezdomniaki. Przedstawiam recepcjonistce problem. Pytam, czy ma jakiś pomysł jak złapać dzikusa, bo Ekopatrol komara sobie uciął i nie odbiera.

- Może spróbuje pani nasypać karmy do kontenera, postawić i schować się za krzaki. Może da się przekupić i sam wejdzie?

No! Nie ma to jak kobieca chytra natura i pomysłowość! Lecę spróbować.

Stawiam przy kiciusiu kontenerek z karmą w środku. Zwierzak jest tak wygłodniały, że nawet nie czeka aż schowam się w krzaki. Wchodzi w jednej chwili. Zamykam drzwiczki. Biorę głęboki oddech i z uśmiechem na ustach, dumna z siebie co niemiara wykonuję ręką gest „Yes” w stronę stojącej w oknie mamy.

 

W lecznicy kolejka. Psiska wielkości ciężarówki leżą w poczekalni sparaliżowane strachem. Trzeba je za uszy wciągać do gabinetu zmiatając przy tym jak szmatą podłogę. Mniejsze stoją na własnych łapach ale trzęsą się jak galareta. Mówię do kiciusia:

- Widzisz kotku, wszyscy są bardzo grzeczni. Ty też musisz się postarać. Pan doktor obejrzy cię, da leki, pomoże. Nie będą cię ranki boleć. Ale jakby doktor dał zastrzyk, to trochę zaboli. Pamiętaj, że musisz wytrzymać, nie gryźć i nie drapać.

Podejmowałam rozmowę w ten deseń z kotem parę razy, uspokajałam, że wszystko będzie dobrze, nikt mu nie chce krzywdy zrobić, wkrótce pojedziemy do domku i dostanie smaczne jedzonko. Patrzył mi w oczy. Czasem wzdychał.

 

W gabinecie przyjął nas dorodny, masywny weterynarz koło pięćdziesiątki. Przedstawiłam sprawę i poprosiłam o doprowadzenie kota do domowej użyteczności, czyli o wszystkie niezbędne procedury lecznicze.

- Ojejku jejku to takie ryzyko – westchnął – czy pani wie ile kłopotu sobie robi? Takie bezdomne koty wszystko noszą łącznie z wirusowymi chorobami zakaźnymi, zarazi pani pozostałe… Będzie się szarpał, skakał, a tu trzeba przyjeżdżać nawet codziennie na zabiegi pielęgnacyjne…

- Dobrze, nie ma sprawy, będę przyjeżdżać. Zdaję sobie sprawę z ryzyka, dlatego proszę mnie poinstruować jak codziennie zachowywać środki ostrożności, co, gdzie, kiedy i jak robić… Co do chorób zakaźnych to przecież koty zakażają tylko w ostrej fazie, a w latentnej już nie. Więc proszę porobić badania, testy, określić fazy jakby coś było i do czasu wyleczenia będę go izolować od reszty. Ludziom kocie choroby nie zagrażają, a z jedyną taką – toksoplazmozą – miałam już kontakt, bo kotka przechodziła ostrą fazę. Mam przeciwciała, więc mi nie grozi.

- Ojejku jejku, no tak, ale wie pani ile to będzie roboty? Ze dwa miesiące będzie pani przyjeżdżać…

- Dobrze. Mam wakacje.

- O Matko Boska, ale żeby pani miała świadomość, ja pani odradzam… on jest dziki, nic sobie nie da zrobić, będą walki…

- Ja z nim rozmawiałam. Proszę zobaczyć jaki grzeczny.

- Taaaak. Teeeeraz. A pani wie co się zaraz będzie działo? Ojejku jejku… lepiej go wypuścić i najwyżej jeść dawać jak będzie przychodził pod okna.

- Ale nie widzi pan, że on wymaga leczenia? Chociażby na te rany. Lada moment wda się infekcja, zropieją… nie przeżyje długo. Już się słania. Poza tym trzeba go odrobaczyć, odpchlić, pewnie ma w uszach świerzbowca…

- Wszystkie bezdomne koty mają pchły, robaki, gryzą się i ranią i jakoś sobie radzą.

- Owszem radzą sobie, ale ten już sobie nie radzi i przyszedł prosić o pomoc.

- Ja tam jestem za selekcją naturalną.

- Ja też proszę pana, ale czasem Bóg stawia nam na drodze pojedyncze jednostki, które chce, żeby uratować. I to jest właśnie taki przypadek.

- Ojejku jejku… yhhhh… - chłopina jęczy i dyszy  - a jak nie da go się uratować?

Matko i córko! Ile to można jęczeć jak na porodówce? Słonica już by dawno słonia urodziła a on jeszcze nie dotknął kota. Tak… ta odwaga współczesnych mężczyzn i zdolność do stawiania czoła problemom. No utrapienie z tymi chłopami!

Z deczka poirytowana przeciągającymi się jękami i brakiem konkretnych działań mówię:

- Proszę pana. Jak się nie uda uratować, to trudno. Ale spróbować trzeba. Bo potem będziemy mieli wyrzuty sumienia, że można było, a nie spróbowało się. Ma pan sumienie wyrzucić go w takim stanie? (Cisza) No. To bierzmy się za robotę.

- Dobrze – syknął w złości – sama pani tego chciała.

Wyszedł z gabinetu. Wrócił z naszykowanymi zastrzykami, kropelkami odrobaczającymi na grzbiet… Nadeszła chwila sprawdzianu dla kiciusia. Zdjęłam górną część kontenerka. Kiciuś… jak zaczarowany dał zrobić ze sobą wszystko. Nawet nie poruszył się. Lekarz obejrzał go, zajrzał w uszy,  do pyszczka. Zapalenie dziąseł, najprawdopodobniej o podłożu autoimmunizacyjnym, utrata jednego kła.

- Widzi pan? Widzi pan jaki grzeczny? A nie mówiłam?

Advocate – kropelki na kark – wybija za jednym zamachem pchły, wszystkie wewnętrzne pasożyty (oprócz tasiemca) oraz świerzbowca, którego kiciuś miał w uszach. Na tasiemca - Panacur w tabletkach przez 3 dni i po tygodniu czwarta. Antybiotyk DEPO, czyli o przedłużonym uwalnianiu – raz na trzy dni w zastrzyku w klinice. I toaleta uszu też co trzy dni tu w klinice. Po leczeniu – badania i testy i leczenie jamy ustnej sterydami.

- Tylko co trzy dni? No widzi pan? A mówił pan, że codziennie. Dało się zrobić lepiej? Dało. Wystarczyło tylko pomyśleć. No jest pan geniaaaaalny! – podfutrowałam prawdziwego mężczyznę, żeby nie stracił woli życia.

Wróciłam z kiciusiem do domu. Przeznaczyłam dla niego łazienkę na kwarantannę. Kotek grzecznie przespał na podłodze całą noc.  Rano schował się za pralkę i nie wychodził z za niej do wieczora. Więc wstawiłam mu tam posłanie.

- Słuchaj Ola – rzekła mama – trzeba mu dać imię.

- Doooobra… Wpadnie jakieś przy okazji do głowy. Będziemy na niego patrzeć i z czymś nam się skojarzy.

- Poldek – stwierdziła mama.

- Poldek?

- Tak. Polduś. Zobacz, przecież on wygląda jak Poldek.

I choć żadna z nas w życiu na oczy nie widziała jakiegokolwiek Poldka – przyznałam mamie ze szczerym przekonaniem rację.

- Faktycznie. Ty wiesz, że dobrze mówisz? Cały Poldek. Trafiłaś w dziesiątkę.

A co było dalej – o tym następnym razem. :)

 

 

Halo
O mnie Halo

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (27)

Inne tematy w dziale Rozmaitości