Pieniądze z Unii Europejskiej mają być nie tylko na autostrady, czy stadiony, ale także na naprawę wieloletnich zaniedbań w polskiej nauce i technologii.
Nie muszę (chyba) nikogo przekonywać, że jak wydajemy poniżej 0,4% PKB na badania naukowe, to stoją one na niższym poziomie, niż np., w Finlandii, gdzie wydaje się ponad 3%. W związku z tym, że nasz PKB na głowę mieszkańca jest dużo mniejszy niż w innych krajach Unii, w liczbach bezwzględnych wyglądamy wręcz beznadziejnie.
Unia to rozumie, chce nas z zacofania wyprowadzić, i daje nam całkiem duże pieniądze na rozwój infrastruktury naukowej.
Problem jednakże polega na tym, że współczesny high-tech składa się z dwóch elementów: urządzeń technologicznych i analitycznych, oraz wykształconych ludzi.
Mając pieniądze z Unii, kupić urządzenia jest dosyć prosto. Po niecałym roku każde urządzenie może być "operational".
Z wykształconymi ludźmi sprawa wygląda dużo trudniej. Zaczyna się wszystko w przedszkolu, a kończy na politechnice, gdzie młody człowiek uczy się około połowy tego, co mógłby.
Potem potrzebne są studia doktoranckie. Oczywiście najlepiej w MIT, czy na Harvard'zie, ale wtedy mało kto wraca do Polski. Studia doktoranckie w Polsce z roku na rok poziom obniżają z kilku przyczyn.
Podstawowa to stypendium około 1200 zł. Za takie pieniądze to mogą pracować tylko pasjonaci (ale ci wyjeżdżają głównie za granicę), albo życiowi nieudacznicy. Oczywiście, większość promotorów kombinuje dodatkowe pieniądze, ale poziom 2000 zł netto to i tak nie są pieniądze, za które młoda elita intelektualna chciałaby pracować.
Druga przyczyna to "ciekawy" przepis, że profesorem można zostać jak się dochowa dwóch doktorantów (ostatnio nawet jednego). Czyli to promotorowi głównie zależy, żeby się jego doktorant obronił.
Reasumując, wykształconych ludzi w Polsce prawie nie ma.
Problem zilustruję na swoim przykładzie, bo takowy znam najlepiej!!!
Mój Instytut z funduszy Unii Europejskiej najprawdopodobniej w ciągu 3-4 lat otrzyma kilkanaście milionów Euro na zakup nowoczesnych urządzeń. Do obsługi tych urządzeń potrzeba około 30 nowych ludzi. Mógłbym takowych w trybie ekspresowym wykształcić, gdybym mógł im zapłacić co najmniej 10 tys zł netto, bo wtedy znalazłbym naprawdę najlepszych. Tylko trochę głupio by wyglądało, że PhD student zarabia trzy razy więcej od profesora!
Ale i tak pieniędzy na kształcenie ludzi nie ma. Kombinując, jak się tylko da, być może wykształcimy w naszym instytucie w ciągu tych czterech lat może 10 nowych doktorantów.
Oznacza to, że nowe urządzenia będą tylko w 1/3 wykorzystane.
Jaki z tego morał? Fundusze Europejskie to bardzo potrzebny plasterek na wielką ranę. Ale tym plasterkiem rany nie wyleczymy. Sami musimy pracować nad wielkim plastrem, który uzdrowi przedszkola, szkoły, wyższe uczelnie i instytuty badawcze.
Czy pracujemy? Poczytajmy, czym się zajmuje Minister Edukacji, to odpowiedź sama się nasunie...


Komentarze
Pokaż komentarze (5)