Wszyscy (no, prawie wszyscy) jadą na PiS za najrozmaitsze zagrania poniżej pasa, ale jakoś nikt nie biadoli nad tym, że za rządów PiS cena mieszkań wzrosła dwukrotnie.
Czy Rząd mógł coś z tym zrobić?
Oczywiście, że mógł, gdyby nie zajmował się lustracją, taśmami, atakowaniem wykształciuchów (w tym, szczególnie lekarzy).
Na budownictwie znam się co nieco, bo od wielu lat buduję swoje laboratorium, a ostatnio także domek pod Warszawą.
Wybudowanie metra kwadratowego powierzchni mieszkalnej, biorąc pod uwagę robociznę, cegły, kable, drzwi, itp., oscyluje pomiędzy 500 a 1000 zł. Reszta (5000-10 000 zł), co człowiek płaci za ten metr, to jest swoisty haracz dla posiadacza ziemi, dla developera budującego dom, a w końcu dla państwa, bo podatków różnych i usług trzeba zapłacić co niemiara.
Nikt mi nie wmówi, że być tak musi. Wokół Warszawy, a pewnie wokół każdego polskiego miasta, są tysiące hektarów nieużytków, w stosunku do których nie ma planu zagospodarowania, albo są ziemiami rolniczymi i nic na nich budować nie można.
Niejaki A. Lepper parę lat temu proponował automatyczne odrolnienie wszystkich ziem w promieniu iluś tam kilometrów od centrum miasta. Pomysł wydawałoby się doskonały, wręcz oczywisty. Niestety, A. Lepper pewnie zaraz pójdzie do więzienia, a metr kwadratowy będzie kosztował dalej 10 tys zł.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)