Byłem wczoraj w Gdańsku na imieninach Lecha Wałęsy. Oczywiście nie w roli zaproszonego gościa, tylko, muszę się do tego przyznać, że w weekendy chałturzę, pracując w agencji ochrony.
Zresztą naukowców na tej imprezie było więcej, czemu nie należy się dziwić, bo trzeba jakoś uzupełniać głodowe pensje. Z przyjemnością poznałem Mireksa, który roznosił drinki, Arka, który gotował bigos, a jeszcze jeden Fizyk-Salonowicz grał cichutko "Eine kleine Nachtmusik". Tichy śpiewał country, a Quasi z Baristą nieśli walizki biskupa Glodzia.
Korzystając z zamieszania spowodowanego golami Rosjan w meczu z Holandią, zacząłem udawać gościa, pijąc wino i zajadając krewetki. Jakiś bezczelny kelner z plakietką Rybitzky zaczął się dopytywać, ktom zacz, więc wytłumaczyłem, że będę pisał biografię Lecha Wałęsy, jako odpowiedź na książkę, która ma się w poniedziałek ukazać.
Moje niewinne kłamstwo było wielkim błędem. Wręcz życiowym błędem. Od wczoraj miałem już wizyty ze 30 ubeków, którzy przynieśli niezbite dowody, że Wałęsa to Bolek, i tyluż, którzy przynieśli niezbite dowody, że fałszowali dokumenty. A dodatkowo, redaktorzy Ziemkiweicz, Semka, Terlikowski z jednej strony, i Michnik, Olejnik i Lis z drugiej.
Jutro mam się spotkać z prezydentem Kaczyńskim, a pojutrze z premierem Tuskiem.
Ludzie!!! Dajcie mi spokój! Przeczytajcie lepiej moją poprzednią książkę "Przygody dzielnego wojaka fizyka" (szczegóły na www.hazelhard.eu.org, albo w ulubionych linkach "Najśmieszniejsza książka świata").





Komentarze
Pokaż komentarze (7)