521 obserwujących
825 notek
2900k odsłon
  6853   0

Sto i pięćset plus

Minęło, ledwo co, 100 dni pracy rządu Pani Premier Beaty Szydło; wypada się odnieść. Powstanie rządu Beaty Szydło, poprzedzone wygraniem wyborów prezydenckich przez Andrzeja Dudę oraz parlamentarnych przez Prawo i Sprawiedliwość, było zwieńczeniem czegoś, co nazywam „Rewolucją Czterdziestolatków”. Owa rewolucja była nieuchronna, a zaskoczenie tych, których rewolucja zmiotła i będzie zmiatać nadal można tłumaczyć tylko skrzywieniem perspektywy, bo symptomy nadchodzącego potężnego politycznego tsunami było widać od lat.

Próbę analizy kompletnej klęski „historyczno-politycznej” narracji obozu dzieci funkcjonariuszy stalinowskiego aparatu represji („Bunkier Siedemdziesięciolatków”) podejmę już wkrótce, wraz z próbą zarysowania historycznej drogi do tego zwycięstwa. W każdym razie nie widzę dzisiaj możliwości rekonstrukcji patologicznej struktury quasi-państwowej zbudowanej na bazie kłamstwa, donosicielstwa, szantażu i złodziejstwa, a obok czynników wewnętrznych wpływających na ten stan rzeczy wielką rolę odgrywają również czynniki zewnętrzne, a w szczególności wywrócenie do góry nogami europejskiego ładu politycznego w latach circa 2011-2015.

O tym, jako się rzekło, później, a dziś chciałbym dokonać podsumowania działania rządu Beaty Szydło w czasie 100+ dni.

Zacznijmy od tego, że nie istnieje jedna, idealna droga do odzyskania podmiotowości państwa i narodu na arenie międzynarodowej. Czysto teoretycznie można takich dróg wskazywać wiele, niemniej w rzeczywistości politycznej dostępne są te, które właśnie są, a z tych które są jedyną siłą zdolną przeprowadzić program odzyskiwania podmiotowości w perspektywie dekady jest Prawo i Sprawiedliwość.

Celowo użyłem słowa „dekady”, jako że właśnie dekada jest tym okresem czasu, w którym zmiany mogą zajść na tyle dalece, by niemożliwa byłaby restytucja „państwa teoretycznego”, żeby zacytować trafną diagnozę byłego Ministra Spraw Wewnętrznych Bartłomieja Sienkiewicza. Cóż oznacza owa „teoretyczność państwa”? Teoretyczność państwa polega na tym, że jego władztwo zostaje ograniczone do wąskiego wycinka obejmującego utrzymanie porządku wewnętrznego przy użyciu służb policyjnych, szkolnictwa, ale w ograniczonym zakresie, i w celu „wyprodukowania” potrzebnej „rdzeniowi unii europejskiej” klasy robotniczej, niewydolnego, opieszałego i skorumpowanego sądownictwa, kontrolowanego ponadto przez pozostający poza systemem polskiego prawa Trybunał Konstytucyjny (made in PRL, 1982), oraz zapewnienie ciągłości dostaw ciepłej wody, prądu i gazu dla tubylców. Całą, pozostałą wiązkę suwerenności oddaje się siłom zewnętrznym; podporządkowuje się ją ich interesom gospodarczym, politycznym i militarnym. Los sprawił, że na poziomie globalnym nastąpiła gwałtowna zmiana sojuszy, a my na tym skorzystaliśmy, dostając swoją drugą po 1918 roku szansę na upodmiotowienie. Upraszczając, dar von Beselera i Kuka o nazwie „Königreich Polen” po raz kolejny okazał się nieaktualny.

Jak stabilne jest historyczne „okno szans”? Tego nigdy nie wiadomo, ale zakres i siła działań nakierowanych na zniszczenie Rosji w jej obecnym, mocarstwowym kształcie, oraz na osłabienie Niemiec w Europie (obserwujemy ich fizyczny podbój, z czego – śmiem sądzić – się nie wygrzebią) może wskazywać, że dosyć stabilne, przy czym suwerenność militarną zmuszeni jesteśmy odzyskać tak szybko, jak to jest możliwe, bo nawet państwa w poważnych tarapatach są w stanie zdestabilizować sytuację w strefach zdemilitaryzowanych, a taką strefą, zwłaszcza po wydarzeniach lat 2007-2010 jesteśmy my.

Co więc rządowi Beaty Szydło się udało?

Bezsprzecznie największym osiągnięciem tego rządu jest program „Rodzina 500+”, bo on oznacza praktyczne wyeliminowanie jakiejkolwiek politycznej konkurencji do czasu, kiedy taka powstanie, a więc do czasu, kiedy w „obszarze odzyskanej suwerenności” skrystalizuje się jakiś alternatywny, wewnętrzny program polityczno-gospodarczy. Trudno dziś przeceniać, jaką mógłby mieć formułę, ale jeśli mielibyśmy wróżyć z fusów siły intelektualnej i duchowej tradycji, to mógłby to być program „na prawo” od Prawa i Sprawiedliwości, akcentujący silniej tradycję późno-endecką i katolicką (to ostatnie szczególnie istotne w kontekście możliwości powstania kalifatów na gruzach zdechłych organizmów Europy Zachodniej). Póki co jednak, do powstania takiej alternatywy droga daleka; mamy więc dzisiaj de facto system monopartyjny, wsparty znakomitą większością świadomego społeczeństwa, a już wkrótce wsparty również olbrzymią rzeszą tego mniej- lub nieświadomego, po 1 kwietnia 2016 roku, co oczywiste. Stworzy to potencjalną siłę głosów na poziomie większości konstytucyjnej.

Ale wróćmy do sukcesu programu „Rodzina 500+”, przy którym cała reszta celów do osiągnięcia to sprawy drugorzędne; ważne, ale dopiero po zabezpieczeniu perspektywy dekady. Zanim rozwiniemy temat „Programu 500+” podkreślmy również fundamentalne znaczenie zablokowania możliwości destrukcyjnych działań Trybunału Konstytucyjnego, który wraz z konstytucją w jej obecnym kształcie należy do „porządku architektury blokowania odzyskania podmiotowości”. Obecny rząd i jego zaplecze powinien wysłać jakiś talon na zgrzewkę taniego piwa pomysłodawcom wciśnięcia dwóch ekstra kandydatów na sędziów tego gremium o wątpliwych kwalifikacjach[1], co dało pretekst do przeprowadzenia akcji rozminowania tej bomby; inaczej i tak trzeba byłoby to zrobić, ale wbrew prawu, za to w interesie Rzeczpospolitej. A tak, to jest jak z goleniem kota: darcia mordy dużo, a wełenki mało.

Lubię to! Skomentuj112 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale