Gdzieś tam, w odległej galaktyce, na granicy Federacji, gdzie nie sięgała władza Przymierza, dryfowała uszkodzona stacja. Zaiste, jakby spojrzec z boku, to smutny sobą przedstawiała widok. Bezbronna, narażona na ataki międzygwiezdnych maruderów, których po ostatniej wojnie sporo się jeszcze pałętało w tamtym sektorze. Właściwie tylko dzięki resztkom grawitacji utrzymywała się jeszcze w przestrzeni. Dodatkowym problemem był brak dowództwa. To znaczy nie taki dosłowny, bo i owszem, kapitanów nie brakowało, ale miotali się w bezładzie, jak reszta załogi. Na pokładzie platformy uwijali się szeregowcy, w panice usiłujący łatać wciąż nowe wyłomy w poszyciu. Oficerowie w pośpiechu pakowali co cenniejsze łupy , usiłując czmychnąć cihcaczem na jakąś gościnną stację. Rzecz jasna, nikt ich przyjąć za darmo nie zechce, więc nie szczędzili środków na sabotowanie wysiłku załogi. Najżałośniejszy obraz przedstawiała jednak sobą pani Kapitan. W kompletnym bezładzie miotała się po wszystkich stacjach i sektorach, obiecując gruszki na wierzbie i nagabując spanikowanych, ratujących dobytek ludzi, którzy już wprost przeklinali , tak ją jak i reztę, niegdyś uwielbianego przez gawiedź , dowództwa. Od tamtej pory minęło wiele miesięcy. Zrewoltowana załoga i zdesperowani mieszkańcy stacji obalili dowództwo. Gorączkowa, acz bezładna naprawa wreszcie nabrała tempa, a co więcej zaczęła przynosić rezultaty. Nie wiadomo jak długo potrwa. Raczej lata niż miesiące, jednak na stacji zapanował spokój, a to na początek cenniejsze niż wszystkie paciorki, obiecane wcześniej przez groteskową Panią Kapitan...A co do niej i reszty dowództwa. Wprawdzie żadne biuletyny o ich losach nie wspominały, jednak doświadczeni kurierzy, zapuszczający się w tamte rejony wspominali, w portowych barach o promie widmo, z napisem Zielona Wyspa na burcie, dryfującym gdzieś na granicy Przymierza
158
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (6)