Tego dowiesz się po przeczytaniu artykułu:
- Dlaczego Janusz Cieszyński nazywa Dawida Kacprzyka złodziejem i na czym dokładnie polega jego zdaniem skala nadużyć
- Jak miała wyglądać sala VIP w Szpitalu Południowym i kto miał nią zarządzać
- Jakie trzy zawiadomienia do prokuratury złożył szpital i dlaczego kierownik prosektorium mimo to pracował dalej
- Które wiceprezydentki straciły stanowiska w ratuszu i jakie śledztwa prowadzi teraz warszawska prokuratura
Obejrzyj podcast z Januszem Ciszewskim i Adamem Abramczykiem
Dwa szpitale, jedna metoda
Kiedy pada nazwisko Dawida Kacprzyka, Janusz Cieszyński nie szuka dyplomatycznych określeń. Złodziej, mówi wprost, człowiek, który ograł system dwukrotnie, najpierw w Szpitalu Południowym, potem w szpitalu bródnowskim, korzystając z pozycji zdobytej w Platformie Obywatelskiej. Dla byłego wiceministra cyfryzacji to nie jest odosobniony przypadek nieuczciwego lekarza, tylko symptom czegoś większego. System, jego zdaniem, sam stworzył warunki, w których taka kariera mogła się wydarzyć, a Kacprzyk po prostu z nich skorzystał.
Cieszyński rozdziela jednak sprawę na dwa piętra. Pierwsze to zwykłe wzbogacenie się kosztem publicznych pieniędzy. Drugie, jak mówi, dużo cięższe, dotyczy tego, co działo się w prosektorium. Rodziny w najtrudniejszym momencie życia, tuż po śmierci bliskiej osoby, miały być naciągane na pieniądze, a te, które odmawiały zapłaty, traktowano w sposób, który Cieszyński określa jako skandaliczny.
Sala, której nikt nie miał zobaczyć
Najciekawszy wątek rozmowy to jednak coś, o czym do tej pory prawie nikt nie mówił. Cieszyński przywołuje rozmowę z lekarzem pracującym na oddziale, który opowiedział mu, że pewnego dnia odcięto dostęp kartą do pomieszczenia służącego wcześniej pacjentom do wybudzania się po zabiegach przeciwbólowych kręgosłupa. Miejsce to miało zostać przerobione na salę VIP, a zarządzać nią miał sam Kacprzyk.
To nie jest informacja z dokumentu ani z ustaleń śledczych, tylko relacja z drugiej ręki, i Cieszyński mówi to wprost. Deklaruje przy tym gotowość podzielenia się szczegółami z prokuraturą, jeśli zostanie w tej sprawie wezwany.
W tle tej historii jest jeszcze jeden szczegół, który rzuca światło na całą sytuację. Kacprzyk realizował specjalizację z anestezjologii w trybie pozarezydenckim, rzadkim w tej dziedzinie w skali całego kraju. Jako osoba w trakcie nauki nie powinien wykonywać części procedur bez nadzoru specjalisty, a program zakłada dla niego dwieście godzin nauki miesięcznie. Tymczasem średni czas jego pracy wynosił trzysta trzydzieści jeden godzin. Rachunek sam się nie zgadza.
Trzy zawiadomienia i człowiek, który został
Drugim ciężarem afery jest sprawa prosektorium i jego byłego kierownika, w rozmowie nazywanego panem Chabowskim. Szpital złożył w tym roku zawiadomienie do prokuratury w sprawie umieszczania zdjęć zwłok w mediach społecznościowych. Mimo to kierownik nie stracił pracy od razu. Dyscyplinarne zwolnienie nastąpiło dopiero później, o czym Cieszyński i Abramczyk dowiedzieli się dopiero podczas własnej kontroli poselskiej.
W sumie w tej sprawie złożono trzy zawiadomienia. Pierwsze dotyczyło zdjęć zwłok, drugie rzekomego urządzenia podsłuchowego w biurze prosektorium, trzecie zgłosił sam kierownik, twierdząc, że ktoś wykorzystywał jego pieczątki. Prokuratura uznała pierwsze i drugie zawiadomienie za niebudzące zastrzeżeń.
Cieszyński zwraca uwagę na jeszcze jedną nierówność w tej sprawie. Sygnalista był przesłuchiwany w prokuraturze już dwukrotnie, podczas gdy młody lekarz nadzorujący oddział formalnie wciąż figuruje jako świadek, a jego adwokat swobodnie występuje w mediach publicznych, budując narrację na jego korzyść.
Ratusz sprząta, ale dopiero teraz
Rozmowa Cieszyńskiego z Abramczykiem odbyła się jeszcze zanim afera przyniosła pierwsze realne konsekwencje personalne. Trzeciego lipca Rafał Trzaskowski przyjął dymisje dwóch swoich zastępczyń, Renaty Kaznowskiej, odpowiedzialnej od lat za ochronę zdrowia w ratuszu, oraz Aldony Machnowskiej-Góry, nadzorującej politykę społeczną. Obie urzędniczki sprawowały bezpośredni nadzór nad funkcjonowaniem miejskich placówek leczniczych, co czyni ich odejście pierwszą tak wyraźną polityczną konsekwencją kryzysu wokół Szpitala Południowego.
Na tym się nie skończyło. Prezydent stolicy odwołał w całości zarząd Szpitala Południowego oraz radę nadzorczą sprawującą nad nim kontrolę, a decyzję o wymianie rozszerzył na wszystkich dotychczasowych polityków zasiadających w radach nadzorczych pozostałych miejskich spółek medycznych. Nowe składy mają być odtąd dobierane według kryteriów kompetencyjnych, nie partyjnych, co ratusz przedstawia jako gwarancję, że podobny scenariusz się nie powtórzy.
Równolegle warszawska prokuratura prowadzi już dwa odrębne postępowania. Pierwsze dotyczy wprost umów i wynagrodzenia Dawida Kacprzyka, drugie sprawdza, czy urzędnicy miejscy dopełnili obowiązku nadzoru nad szpitalem. Dopiero wyniki tych śledztw pokażą, czy odpowiedzialność zatrzyma się na poziomie kadrowym w ratuszu, czy sięgnie głębiej.
Kogo najbardziej boli ta afera
Rozmówcy Salon24 nie mają wątpliwości, że sprawa Szpitala Południowego ma wymiar wykraczający daleko poza jeden lekarski gabinet. Cieszyński przypomina, że Dawid Kacprzyk kierował kiedyś młodzieżówką Platformy Obywatelskiej, a byłą prezes szpitala, Annę Łukasik, opisuje jako bliską współpracowniczkę Bartosza Arłukowicza z czasów, gdy ten stał na czele Ministerstwa Zdrowia.
Próby oddalania sprawy od realnych decydentów, w tym słowa ministra Marcina Kierwińskiego o rzekomym zablokowaniu kandydowania Kacprzyka do rady miasta, Cieszyński ocenia jako mało wiarygodne. Dymisje wiceprezydentek pokazują jednak, że presja na ratusz była na tyle silna, że Trzaskowski nie mógł już dłużej udawać, że sprawa go nie dotyczy, nawet jeśli, jak twierdzą rozmówcy Salon24, to nie on osobiście był bezpośrednim architektem tego układu.
red.





Komentarze
Pokaż komentarze (4)